Kategorie: Wszystkie | Film | Gry | Jedną Nogą w Grobie | Kawiarenka | Książka | Mity
RSS
piątek, 19 listopada 2010

 


 

I powiedziała Fraa: „Niech się stanie blog!” i widziała, że to było takie se. Następnie Fraa powiedziała: „Niech się stanie drugi blog!”. Przez chwilę popatrzyła na Drugiego Bloga, a widziała, że to było dobre.

 




Hevi właściwie nieświadomie prawie zgadła.

Kawiarka ZaFraapowana – reaktywacja.



Do widzenia na nowych śmieciach.
Pozdrowienia,
Fraa

 


 

Closed

23:26, fraa_farara
Link Komentarze (4) »
środa, 17 listopada 2010

Czas wrócić do Wielkiej Kolekcji Westernów, bo dawno nie było. A przecież czeka jeszcze masa tytułów, w tym kolejne spod znaku Sergio Leone.

Wielka Kolekcja Westernow

Za kilka dolarow wiecejCzwarta część kolekcji to właśnie jedno z dzieł tego mistrza spaghetti westernu: Za kilka dolarów więcej (Per qualche dollare in più). Jest to druga część „trylogii dolara”, o której Fraa już wspominała przy okazji tytułu Dobry, Zły i Brzydki. Widz po raz kolejny ma przyjemność śledzić losy Bezimiennego (Clint Eastwood) oraz... no tak, oraz kogoś odgrywanego przez Lee Van Cleefa – tym razem jest to pułkownik Mortimer, tak jak w Za garść dolarów.

Ale po kolei:
Rozdział pierwszy dołączonej książeczki zapoznaje czytelnika z historią powstania filmu. Tak więc jest na przykład krótka notka o tym, że zaproszeni przez Eastwooda przyjaciele obejrzeli po raz pierwszy Za garść dolarów po włosku i, choć ni w ząb nie rozumieli dialogów, to film tak im się spodobał, że Eastwood od razu zgodził się na udział w produkcji sequelu, czyli właśnie Za kilka dolarów więcej.
Podkreślono też różnicę między westernami Leone a tradycyjnymi, hollywoodzkimi filmami z tego gatunku, jak również podano parę ciekawostek dotyczących czy to postaci z „trylogii dolara”, czy to miasteczek, w których rozgrywa się akcja.
Ogółem rozdzialik ten jest naprawdę całkiem interesujący.
Dalej następuje część historyczna – tym razem czytelnik dostaje zarys dziejów telegrafu i telefonu. Co prawda to zagadnienie nie jest dla Za kilka dolarów więcej jakieś kluczowe, no ale gdyby chcieć opisywać pod kątem historycznym same najistotniejsze elementy filmu, mogłoby nie starczyć materiału na trzydzieści książeczek – ileż można pisać o koniach, coltach i kapeluszach?
Ostatni rozdział to standardowy zbiór wiadomości o ekipie: Clint Eastwood, Lee Van Cleef, Sergio Leone, Klaus Kinski, Ennio Morricone. Tu więc żadnych zaskoczeń.

Per qualche dollaro in piuNo a sam film?
Fraa myśli, że powściągliwe „Genialny! Fantastyczny! Yay!” będzie całkiem nieźle oddawało jej stosunek do produkcji Za kilka dolarów więcej.
Widz poznaje dwóch, wspomnianych już wcześniej, łowców nagród, pułkownika Mortimera i – a jakże! – Bezimiennego, jak również groźnego przestępcę, El Indio (Gian Maria Volontè). Pozornie fabuła jest prosta: pułkownik i Bezimienny ścigają tego samego człowieka, więc – co jest dość logiczne – łączą siły, bo przecież lepiej już współpracować, niż wchodzić sobie w paradę. Zaczyna się obława na El Indio, który ma swoją bandę i w żadnym razie nie przypomina zaszczutej zwierzyny.
Trudno tak naprawdę napisać o tym filmie coś, czego nie powiedziałoby się już przy okazji poprzedniego wpisu o spaghetti westernie z kolekcji. Jak to u Leone, widz dostaje solidną dawkę zbliżeń na oczy i dłonie, bohaterów o szemranej moralności i świat, w którym praktycznie nie ma kobiet. Jeśli są, to tylko po to, żeby krzyknąć i zginąć. Opcjonalnie mogą być przedtem zgwałcone.
Rzeczony widz dostaje też porywającą (długą, to prawda, ale to i tak jeszcze nie jest aż taki hardkor, do jakich zdolny był Sergio Leone) scenę pojedynku.
A więc cały ten wciągający, choć może z lekka pesymistyczny świat, jaki włoski reżyser wykreował w swoich westernach. Świat, w którym nawet dobrzy są dobrzy tylko dlatego, że tak akurat im się opłaca – w końcu tytuł mówi sam za siebie. Wszystko kręci się wokół pieniędzy: Bezimienny i pułkownik chcą nagrodę za głowę El Indio, a El Indio chce złoto z banku.
Jest to zresztą wizja ponadczasowa, bądź co bądź powiedzenie „Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.” funkcjonuje i ma się nieźle.

Bohaterowie są znowu zapadający w pamięć, ze swoimi mrocznymi tajemnicami i śmiercionośnymi coltami w kaburach. Są bezwzględni i nieustępliwi, nie zawahają się zabijać i oszukiwać – nawet ci, którzy uchodzą za „tych dobrych” – żeby osiągnąć cel. Nie wspominając już o strzelaniu do siebie nawzajem w dobrych intencjach.
Takich mężczyzn niezmiennie pokazywał Leone w swoim Dzikim Zachodzie.

Kawiarkę ponadto zawsze bawi powtarzalność elementów w „trylogii dolara”. W Dobrym, Złym i Brzydkim Angel Eye pyta na początku o niejakiego Bakera. W Za kilka dolarów więcej z kolei staruszek zwany Wyrocznią opowiada o jakimś Bakerze, który sprzedał swoją ziemię kolejom. Są też oczywistości takie jak ponczo Bezimiennego, jak również spora część obsady – i nie chodzi tu tylko o głównych bohaterów. Na przykład Mario Brega, odtwarzający rolę Nino, jednego z bandy El Indio, rok później wcielił się w jankeskiego sierżanta na rozkazach Angel Eye (zresztą, rok wcześniej z kolei pojawił się w Za garść dolarów...). Luigi Pistilli, który zagrał Groce, najbardziej zaufanego człowieka El Indio, w Dobrym, Złym i Brzydkim jest bratem Tuco. I tak dalej, tego typu przykładów jest mnóstwo.

Oczywiście nie byłoby „trylogii dolara” bez muzyki Morricone.



Choć tym razem paradoksalnie to nie tak zwany „main theme” jest najbardziej wyeksponowany, jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, ale melodia z pewnej pozytywki. To ona kawiarce kojarzy się najmocniej z filmem, powtarza się od początku do końca jak refren i jest mocno powiązana ze stopniowym wyjawianiem historii bohaterów. Chociaż Fraa musi przyznać, że mimo wielokrotnego oglądania Za kilka dolarów więcej, do końca nigdy nie nadążyła za tą historią i zrozumiała całość dopiero wtedy, gdy przypadkiem zaczęła przeglądać filmografię losowo wybranych aktorów, którzy się pojawili w tej produkcji. Najpewniej wystarczyłoby oczywiście obejrzeć listę płac, gdzie wszystkie postacie byłyby wymienione nieco bardziej konkretnie, bo z samego filmu Fraa, niestety, nie odczytała poprawnie ich „statusu”.
Teraz jednak kawiarka już wszystko rozumie, a Za kilka dolarów więcej podskoczyło w prywatnym kawiarczym rankingu jeszcze bardziej – o ile to w ogóle możliwe.

Fraa nie poleca. Bo to nie jest film, który ogląda się na zasadzie „ktoś mi polecił, za bardzo nie wiem co to, ale pewnie będą strzelać” – to film, który zasługuje na to, żeby się nim delektować. A żeby się delektować, trzeba chyba jednak sięgnąć po niego z własnej woli, a nie wiedzionym cudzymi polecankami.

 

 



– I don't know him!
– Come on, now, you know everybody.
– I don't know anybody anymore! I'm dead! Understand? Well, there was a time when I knew everybody. That was a long time ago when all this was prairie. In these days everybody's in a hurry. That's right... with your damned good-for-nothing trains! Disgusting! One day, someone from the railroad comes here to see me. He says: „Prophet, the railway's gonna go right past your house”. „Is that so?” I said. „Yep, that right”, he says. „All those trains gonna go right past here. The best thing for you, Prophet, is sell your land to the company... or else we'll buy Baker's. He lives next to your place, and I'll put the tracks here... and that'll make you go crazy. Will you sell out to our company, Prophet?” – „Oh, is that so?” Says I. He was very anxious for me to sell out. You know what I told him about the railroad?! You know what I told him he could do with his railroad?!

 

10/10

10 na 10

23:54, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »

Fraa miała dziś rano dodać normalny wpis, ten, który za chwilę doda u góry. Jednakże zanim miała go dodać, postanowiła trochę powalczyć z blogiem jako takim – właściwie planowała to zrobić już dawno, ale okazało się, że gdzieś jej wcięło wszystkie obrazki do stylu (w fazie: „każdy obiekt osobno”; bo zwykłe, płaskie jpg, to mogłaby sobie skopiować z samego bloga). A właściwie nie tyle wcięło, co kawiarka nie skopiowała ich ze starego komputera. I tutaj zwyciężało do tej pory lenistwo: Fraa myślała o tym, że trzeba będzie podpiąć komputer, monitor, klawiaturę, kopiować to wszystko... i momentalnie ochota na roboty blogowe jej przechodziła.
Dziś jednak miało być inaczej. Kawiarka podpięła co trzeba, skopiowała i... i wrzucając upgrejdowane wersje najwyraźniej coś gdzieś klipnęła w szale twórczym, bo nagle cały styl się zresetował. Żeby było śmieszniej, Fraa zauważyła, że w swoim niezmierzonym geniuszu – nie miała na dysku zapisanego kodu tegoż słitaśnego blogaska.
Niby nic złego, jak coś się zrobiło raz, to można przecież to powtórzyć, z tym że Fraa próbowała przywrócić wszystko do normy przez pół dnia i ciągle coś się rozjeżdżało. Ostatecznie jednak cała batalia zakończyła się wielkim zwycięstwem kawiarki, która przypomniała sobie, że dysponuje Tajną Bronią. Potem już poszło gładko, choć Fraa dalej nie ma za bardzo pojęcia, czemu się rozjeżdżało i - tym bardziej - czemu przestało.

Fraa tak naprawdę zaczyna dojrzewać do myśli o stronie. Normalnej stronie, która by miała od początku do końca normalny kod CSS, HTML, EPGP, PKP czy inne HWDP. To nie może być przecież aż tak trudne, a blox czasem dziwnie się zachowuje. Najprawdopodobniej zresztą dużo łatwiej by się pracowało nad czymś od początku stworzonym samodzielnie, niż na przeróbkach cudzych wytworów.

To jednakże melodia przyszłości.

Na razie sytuacja przedstawia się następująco:

 

  • poprawiona stopka (znaczy się to to na dole, Ulv);
  • tak naprawdę zmieniony też nagłówek, bo Fraa nad ranem bawiła się w fotografowanie kawy – no co, zawsze to większa frajda, jak się ma własną kawę na blogu, niż cudze niewiadomoco. Fraa tylko żałuje, że własnego colta nie ma... a właśnie, pikselowate brzegi coltów udało się nieco wygłaskać;
  • szpalt nie zmienia – częściowo kierując się słowami Ulva, częściowo przez własne lenistwo i nieporadność;
  • może tego nie widać, ale – wbrew pozorom! – Fraa rozjaśniła tło i zmniejszyła jego kontrast. Nie chciała przesadzić, żeby nie dawało po oczach w porównaniu z resztą elementów stylu, no a poza tym Ulv i Zięba nie narzekali, to kawiarka nie chciała, żeby dopiero teraz zaczęli.
  • powiększanie obrazków zostało zmodyfikowane – Fraa nauczyła się dorabiać do nich linki;
  • Fraa wszczęła poszukiwania sposobu na wyświetlanie się tekstu notki podczas komentowania – i, niestety, misja ta zakończyła się fiaskiem;
  • Tomtores będzie sad pandą, ale jego rady (poza wywaleniem w kosmos wyjustowania w bocznej szpalcie) Fraa musiała odłożyć na później – to już wyższa szkoła szydełkowania i kawiarka nie jest jeszcze do czegoś takiego przygotowana psychicznie;
  • od dziś został wprowadzony nowy system punktowania opisywanych produktów, utworów itp. (oczywiście dotyczy to tych notek, które będą coś opisywały - typu film, książkę czy grę).

 


To by było na tyle kwestii organizacyjnych.

Fraa ma nadzieję, że jakoś to będzie.

23:44, fraa_farara
Link Komentarze (1) »
środa, 10 listopada 2010

Dziś w dziale filmowym mała przerwa od Wielkiej Kolecji Westernów.

Dead Man - plakatFraa została ostatnio poczęstowana czymś, na co czaiła się już od kilku ładnych lat. Mowa tu o Truposzu (oryg. Dead Man) z roku 1995, w reżyserii Jima Jarmusha, z genialną muzyką Neila Younga. Toteż jak tylko kawiarka dostała się do komputera, bezzwłocznie obejrzała film. I teraz ma problem.
Bo Fraa nie zrozumiała.

Jedno co można powiedzieć o reżyserze i scenarzyście, to że jest dziwny. Staje się jasne, czemu mottem dla filmu jest „It is preferable not to travel with a dead man.”, słowa pochodzące z Nocy z Bułgarami, którą popełnił Henri Michaux – francuski poeta i malarz surrealistyczny.

Bo w istocie, taki właśnie jest cały film: oderwany od rzeczywistości, hipnotyzujący – chciałoby się powiedzieć: surrealistyczny. Trudno nazwać go westernem, chociaż w takiej właśnie estetyce jest utrzymany. Widz dostaje właściwie wszystkie potrzebne do westernu składniki: są zastępcy szeryfa, bogaty przedsiębiorca, śliczna i wrażliwa prostytutka, bezlitośni najemni rewolwerowcy, „miastowy” przyjezdny, strzelanie do bawołów i – oczywiście – Indianie.
Jednak – mimo tego zestawu – film jest bardzo specyficzny.

William Blake

Przede wszystkim: w czarno-białej wizji Jarmusha fabuła praktycznie nie ma znaczenia. I Fraa nie bez powodu używa tu słowa „wizja” – tak to właśnie wygląda: jak podróż gdzieś na granicy jawy i snu. Główny bohater, William Blake (Johnny Depp), zostaje wzięty przez samotnego Indianina za zmarłego angielskiego poetę – „zostaje wzięty”, czy też istotnie nim jest? Kawiarka cały czas się nad tym zastanawia. Martwy stróż prawa wygląda jak obrazek świętego. I znów – „wygląda”, czy też może jego aureola nie jest przypadkowa i to rzeczywiście był święty? Miasteczko Machine, do którego jedzie Bill, zostaje nazwane piekłem – czy to na pewno tylko żart? Tego typu pytania się mnożą. Nie poprawia sytuacji fakt, że dziewczyna, którą główny bohater spotka po rozmowie z przedsiębiorcą Dickinsonem, ma na imię Thel – co przywodzi na myśl Księgę Thel z 1798 roku, autorstwa tego Williama Blake'a.

DickinsonFilm koncentruje się na podróży, podczas której bohaterowie głównie rozmawiają, a widz może obserwować stopniową przemianę głównego bohatera. Całość nie jest jednak przegadana, a niemal każdy dialog wnosi coś nowego, szczególnie ciekawie pod tym względem prezentuje się Indianin Nikt (Gary Farmer) ze swoimi mądrościami. Swoją drogą, jest to postać, która cały czas nie daje kawiarce spokoju – „Nikt”. Był już jeden taki, co się przedstawiał w ten sposób. Walczył pod Troją, a potem dziesięć lat obijał się u czarodziejek udając, że wraca do domu. Z drugiej strony, może Fraa jest nieco przeczulona. Ale jednak słysząc dialog: Z kim podróżujesz? – Z Nikim. – nie może odpędzić od siebie rozmowy Polifema z Posejdonem, kiedy bóg pyta, kto skrzywdził cyklopa, a ten odpowiada właśnie: Nikt!

Bounty huntersInnym zagadnieniem jest próba odniesienia wspomnianego wcześniej motta do treści filmu. Jak Fraa pisała, najważniejsza w tym wszystkim jest podróż (momentami po terenach, przypominających nieco nasze rodzime Góry Izerskie). Pozostaje oczywiście kwestią otwartą, czy to istotnie podróż niedoszłego księgowego z Cleveland po Dzikim Zachodzie, czy może podróż do krainy snów, czy też jedna wielka alegoria ludzkiego życia, czy pewnie wszystko naraz. Dlaczego właściwie Truposz jest Truposzem, to dla kawiarki nie jest do końca jasne, choć Fraa ma pewne przypuszczenia, że to kwestia tego, iż na samym początku filmu Blake zostaje postrzelony w okolice serca i właściwie można powiedzieć, że został „zastrzelony”, bo kuli nie da się usunąć. Bohater jest więc od jednej z pierwszych scen skazany na niedaleką śmierć, można go traktować jako martwego. Choć dochodzi tu element jego tożsamości – dla Indianina Bill jest trupem, wracającym z zaświatów duchem angielskiego poety. Zresztą, łowcy nagród i Dickinson pewnie też uważają Blake'a za martwego, w końcu wyrok został wydany, nagroda wyznaczona, toteż sam fakt uśmiercenia ściganego jest już tylko nieuchronną formalnością. Jednak Fraa nadal nie rozumie, dlaczego jest rzeczą niewskazaną podróżować z Truposzem.

Jak już kawiarka wspominała na początku, muzyką do filmu Dead Man zajął się Neil Young – i wyszło mu genialnie. Gitarowe solówki idealnie wpasowują się w ciężki, hipnotyczny i przytłaczający klimat całości.

Film jednak – mimo całego tego ciężaru i, co tu kryć, okrucieństwa – nie jest pozbawiony humoru. Bohaterowie nie stronią od żartów, szczególnie łowca nagród, Conway Twill, ale również Nikt i inni. Warto tutaj wspomnieć o fantastycznych postaciach takich jak John Scholfield (jak zawsze rewelacyjny John Hurt), Salvatore „Sally” Jenko (Iggy Pop) czy Cole Wilson (Lance Henriksen, najbardziej chyba znany jako Bishop z Obcego, choć od niedaw... od kilkunastu lat można go kojarzyć z serialem Millennium). Wszystko to są postacie bardzo wyraziste – zresztą, w Truposzu nawet zupełnie epizodyczni bandyci, którzy pojawiają się w jednej scence, są wyraziści i mocno zapadają w pamięć.

Blake in boatI tak to wygląda. Fraa jest Truposzem zauroczona i zachwycona, a dwa dni po obejrzeniu nadal nie może przestać o nim myśleć. Jest to film zjawiskowy – niezwykle klimatyczna wizja, która wciąga bez reszty.
Jednak kawiarka nie może napisać po prostu, że serdecznie poleca. Bo tak naprawdę nie potrafi powiedzieć, komu Dead Man mógłby się spodobać. Pewne jest, że część osób będzie tym filmem zniechęcona, znudzona, obrzydzona. I o tej ewentualności warto pamiętać. Dla kawiarki – arcydzieło.




Goddamn pinto is a stupid damn animal. Stupid as the day is long. Got his heart so set on one. Buy yourself a sorrel horse and paint some white spots on him as far as I'm concerned. Jesus Christ. Course, ya can't put much stock in a man who spends the most part of a conversation talkin' to a bear. Talkin' to a goddamn bear.

09:11, fraa_farara , Film
Link Komentarze (1) »
wtorek, 09 listopada 2010

W ostatnią środę października Fraa została brutalnie odcięta od Internetu. No, może nie do końca w środę, ale proces odcinania właściwie wtedy się rozpoczął. Całkowite odcięcie nastąpiło w czwartek czy piątek. Los chciał, że zdarzenie to nastąpiło tuż przed długim weekendem, toteż zapowiadało się, że kawiarka będzie musiała ostro szukać sobie innego zajęcia, nie mogąc buszować po forach internetowych czy grać w jakiegoś sympatycznego WoW-a na przykład.

KotOR IIZ tego miejsca Fraa pragnie gorąco podziękować Ulvowi, który saved the day. A nawet całe trzy days.
Otóż Ulv złożył na kawiarcze ręce grę Knights of the Old Republic II: The Sith Lords.

Tytuł nie jest nowy, bo pochodzi z 2005 roku (co na standardy gier komputerowych jest sporym kawałkiem czasu, nawet jeśli Fraa wciąż ma ochotę o Settlersach III powiedzieć, że są „wcale nie takie stare”) i stanowi kontynuację Knights of the Old Republic z roku 2003. Z racji stażu, jaki gra już ma na polskim rynku, jak również popularności uniwersum, którego dotyczy, Fraa pewnie nie musi przybliżać, o czym tak właściwie mowa, ale mimo wszystko zrobi to. Tak na wszelki wypadek i dla czystego sumienia.

 

Chodzi tu o cRPG-a osadzonego w świecie Gwiezdnych Wojen, którego akcja rozgrywa się cztery tysiące lat przed historią znaną ze starej (i – zdaniem kawiarki – jedynej słusznej) trylogii filmowej Star Wars, czyli z epizodów IV-VI. Jedi są praktycznie zdmuchnięci z powierzchni Zie... Jedi praktycznie nie istnieją, a za ewentualnymi niedobitkami biegają hordy łowców nagród.

Postać, w którą wciela się gracz, znajduje się ledwo żywa na pokładzie statku Ebon Hawk. Dzięki staraniom droida T3-M4 (przez kawiarkę niezmiennie nazywanego Artuditu), statek – ledwo bo ledwo, ale jednak – dolatuje na kolonię górniczą Peragus II, gdzie w końcu postać się budzi i... No i właśnie. Od tego momentu właściwie trudno napisać coś, co nie byłoby bezczelnym spoilerem. Grunt, że nic nie jest tak, jak miało być.

 

Skoro formalności załatwione, można przejść do sedna.

 

KotOR IIPrzede wszystkim: gra jest przemiodna. Choć dla maniaków fotorealistycznej grafiki pewnie byłaby ciężej strawna, jako że od strony wizualnej prezentuje się nieco przestarzale. Drzewa przypominają papierowe zabawki na choinkę (dwie kartki o stosownych konturach, złożone na krzyż), a większość kształtów jest dość wyraźnie kanciasta. Fraa jednakże graficzną fanatyczką nie jest, więc ten poziom wizualny w zupełności jej wystarcza. Wnętrza – choć w dużej mierze uzupełnione płaskimi teksturami – nadal są ładne, a krajobrazy malownicze. Podczas biegu trawa się odgina i nawet jeśli każde źdźbło nie rusza się osobno, to efekt pewnej naturalności i tak został osiągnięty.

Zarówno główne postacie, jak i „statyści” różnią się między sobą. Na tym tle nieco pozostawia do życzenia miasto Iziz, w którym na pierwszy rzut oka Fraa odniosła wrażenie, że mieszkają klony. Jednak z czasem i to wrażenie minęło – a może po prostu kawiarka przestała zwracać na to uwagę, bo zajęła się fabułą.

No właśnie – jeśli o to chodzi, gra ma w sobie wszystko to, co kawiarki lubią najbardziej. Jest więc oczywiście pewien element siekania, ale nie dominuje aż tak, żeby Fraa miała się tym znudzić. Między siekaniem a siekaniem gracz musi też całkiem dużo porozmawiać i pozwiedzać, zdobywając po drodze jasne bądź ciemne punkty mocy oraz wpływając na wzajemne relacje z innymi pojawiającymi się w grze postaciami. Fakt faktem, czasem kawiarka dostawała rzeczone punkty w najmniej spodziewanych momentach, ale to tylko sprawia, że nieco trudniej grać metodą „jak powiem to i to, dostanę ciemny punkt i mój piorun będzie mnie mniej kosztował...” – a więc gracz może spokojnie wczuć się w postać i kierować nią wedle uznania, a nie wedle wyliczeń „co się opłaca”, bo tak naprawdę... czasem trudno stwierdzić, co się będzie opłacało. Fraa zawsze była zdania, że tego typu wyliczenia niszczą całą fabularną grę, bo odciągają uwagę od dziejącej się historii na rzecz expienia.

[pożyczony fragment większej całości, zamieszczonej na YouTube]

No dobrze, powiedzmy, że tancerki w barze na Telosie nie zwalają z nóg, tym niemniej przecież nawet na rodzimej Ziemi znane są czasy i miejsca, gdzie pokazanie łydki uchodzi lub uchodziło za pornografię, łatwo więc uwierzyć, że istnieje lub istniała planeta, na której tego typu smętne kołysanie uchodziło za taniec erotyczny najwyższej klasy, prawda?
No.

KotOR II raz jeszczeGra jest w oryginalnej wersji językowej, co Fraa akurat liczy na plus. Są napisy, więc na spokojnie można wszystko przeczytać, a przynajmniej oszczędzono graczom masy irytujących błędów i niedoróbek, które dość często pojawiają się przy spolszczeniach.


Elementem natomiast, który irytował kawiarkę podczas rozgrywki, była wywalalność KotOR-a II. Po każdej rozmowie, po każdym przejściu do innej lokacji, że już Fraa nie wspomni o walkach, trzeba było zapisywać, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy wyskoczy błąd i będzie trzeba całą grę uruchamiać na nowo. Zdarzało się to, niestety bardzo często. Odpalanie w trybach zgodności pomagało, ale tylko trochę. Niby nic, bo częste zapisywanie w tego typu grze i tak jest wskazane, ale na bogów – bez przesady! Niestety, użytkowników Visty lub Windowsa 7 czeka sporo nerwów podczas gry.


Poza tym irytującym mankamentem, gra jest warta polecenia – szczególnie jeśli kogoś bawi space opera i machanie mieczem świetlnym, z tym charakterystycznym bzzt! bzzt!

 

 

Then there was some big explosion, I was sitting here for a long time, then you showed up in your underwear and things got a lot better.

[Atton Rand]

11:00, fraa_farara , Gry
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 października 2010

Dziś Fraa wygrzebała ze swojego prywatnego IPN-u teczkę na Jedną Nogą w Grobie. W teczce tej znajdowała się pierwsza seria rysunków – mają swoje lata, ale Fraa wychodzi z założenia, że najuczciwiej będzie je zaprezentować: w końcu to od nich zaczął się ów, że tak kawiarka hucznie to nazwie, „projekt”.

Łatwo zauważyć, że wtedy Fraa stawiała głównie na „Ale Scott Adams też nie umie rysować (przynajmniej tak twierdzi)!” – każdy rysunek został wykonany od początku do końca ręcznie, przy wtórze modłów o to, żeby jeden od drugiego za bardzo się nie różnił (bogowie raczą wiedzieć, ile mniej-więcej wynosi „za bardzo”). Całą nadzieję kawiarka pokładała w tym, że zagęszczenie cegiełek w murze (robionych od linijki, więc pi razy drzwi powinny być jednakowe) odciągnie uwagę potencjalnego widza od wszelakich innych niedoróbek.

Tak naprawdę, ta seria rysunków była robiona nawet bez kalki – jako kalka dla ubogich występował wtedy papier śniadaniowy. Byłoby łatwiej, gdyby jednak był nieco bardziej przezroczysty. Pojawiła się też szczwana metoda: „pierwszy szkic narysuję mocno przyciskając ołówek do kartki, to na kartce pod spodem będę miała wyciśnięty już szkic do kolejnego odcinka”.

Fraa musi nieskromnie przyznać, że z niektórych odcinków pierwszej serii nadal jest nawet całkiem zadowolona. No i postacie dużo częściej były w ruchu (no ba! W końcu wtedy nie rzuca się tak w oczy różna wielkość dłoni i inne tego typu kwiatki) – właściwie to kawiarka tak sobie myśli, że można by do tego wrócić.

 

Jedno jest pewne: Grabarz nigdy nie miał imienia.

 

Seria pilotażowa, odcinek 1 – czyli tak właśnie poznali się Franki i Grabarz;

Seria pilotażowa, odcinek 2;

Seria pilotażowa, odcinek 3 – a tak dołączyła do nich Petunia;

Seria pilotażowa, odcinek 4 – cegiełki. Dużo cegiełek;

Seria pilotażowa, odcinek 5 – ten odcinek słabo się zestarzał. Kiedy był rysowany, Michael Jackson jeszcze żył i miał się dobrze. To znaczy na tyle, na ile może czuć się dobrze ktoś po tylu operacjach plastycznych, bez pigmentu w skórze i z odpadającym nosem...

Seria pilotażowa, odcinek 6;

Seria pilotażowa, odcinek 7 – gdyby ktoś miał wątpliwości, dlaczego właściwie Franki nie leży jak bogowie przykazali.

Seria pilotażowa, odcinek 8 – tak... wtedy kawiarce wydawało się, że to dobry pomysł. Chwilę po skończeniu całości spojrzała na to i rzekła: WTF?! Ale było już za późno. Fraa nie ma pojęcia, dlaczego akurat afro;

Seria pilotażowa, odcinek 9 – czyli nieco o przeszłości Frankiego;

Seria pilotażowa, odcinek 10 – czyli właściwie zapowiedź przyszłego Grabarza. W tym właśnie odcinku wyłoniły się poniekąd w dużej mierze relacje między Frankim a Grabarzem;

Seria pilotażowa, odcinek 11 – ...choć nigdzie nie jest powiedziane, że Franki nie może mieć swoich pięciu minut. Swoją drogą, ten odcinek też słabo zniósł próbę czasu. Teraz zabawy z krzyżem to ryzykowna sprawa...

Seria pilotażowa, odcinek 12 i ostatni – tutaj Państwo mogą znaleźć poniekąd wyjaśnienie tego, czym się zaczyna druga seria. Jak widać, plan był dobry, no ale... Zawsze jest jakieś „ale”.

wtorek, 26 października 2010

Dzień dobry.

Dziś maleńki wpisik organizacyjny – Fraa uznała, że nie można w nieskończoność jechać na cudzym szablonie: czas najwyższy nauczyć się zmajstrować coś takiego własnoręcznie... własnoklawiaturnie, raczej.

Oto przed Państwem pierwsze, nieśmiałe próby.

Prawdopodobnie w bliższej (dalszej pewnie też) przyszłości całość będzie ulegała mniejszym lub większym modernizacjom, więc proszę się nie przyzwyczajać – tym niemniej Fraa zaczyna mieć w końcu własne podwórko, a nie ściągnięte z galerii „Szablony Użytkowników”.

No wiecie, Państwo... Ciasne, ale własne i tak dalej. Choć oczywiście cały ten niecny proceder odbywa się kosztem normalnych wpisów, bo wypocenie tego co tu obecnie widać, zajęło kawiarce praktycznie cały dzień. Z hakiem.

Z aktualnych zagadnień na warsztacie są:

  • rozjaśnienie tła dla wpisów, bo jeszcze nieco za ciemno, chyba będzie się ciężko czytało (? - Fraa nie jest pewna: ona tu pisze, a nie czyta...);
  • najchętniej zamiana pozycji szerokiej i wąskiej szpalty, żeby syf był po lewej stronie, a po prawej wpisy;
  • podrasowanie stopki, bo im dłużej Fraa na nią patrzy, tym mniej się podoba (szczerze mówiąc nie podobała się od początku, ale kawiarka już nie miała siły).
Przy okazji Fraa ma pytanie: w poprzednim wpisie ilustracja przedstawiająca okładkę trzeciego tomu kolekcji powiększa się po najechaniu na nią kursorem. Czy fakt takiego powiększania obrazków byłby jakkolwiek pożądany, czy też zostawiać wszystkie malutkie? Fraa oczywiście nie mówi, że powiększałoby się koniecznie okładki, które same w sobie ciekawe raczej nie są... ale rzecz w tym: taka opcja jest w ogóle bardziej wkurzająca czy fajna?
Aha, dość istotna rzecz: tytuł bloga obecnie nie jest, niestety, linkiem na stronę główną. Niestety, blox nie lubi czcionek niestandardowych, więc trzeba sobie radzić oszustwem - wlepiać u góry całościowy obrazek.

 

 

Miłego dnia życzy Fraa.

21:02, fraa_farara
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 25 października 2010

Wielka Kolekcja Westernów po raz trzeci.


Wielka Kolekcja Westernow

Fraa w tym miejscu musi zacząć od tego, że cała kolekcja wcale nie wygląda tak, jak na powyższym obrazku, znalezionym oczywiście za pomocą magicznego Google Graphics. Po pierwsze, tomy w rzeczywistości stoją w odwrotnej kolejności – Siedmiu wspaniałych powinno być najbardziej z tyłu, a nie na wierzchu. Dopiero w ten sposób grzbiety filmów ułożą się w obrazek. Co do którego zresztą też należałoby mieć potężne zastrzeżenia: nie żeby Fraa lubiła marudzić, ale jakaś symetria w tym wszystkim byłaby mile widziana. Tymczasem obrazek wypada po prostu okropnie krzywo. Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że początkowo kolekcja miała 28 tomów, to nadal rewolwery nie były na środku. Po dołączeniu kolejnych czterech filmów, całość przesunęła się jeszcze bardziej.

Wielka Kolekcja naprawde

Butch Cassidy i Sundance KidTeraz można ponarzekać nieco na zawartość książeczki od tego konkretnego filmu.
Pierwszy rozdział, ten z ciekawostkami o filmie, tym razem jest zwyczajnie nudny. Znajduje się w nim coś w rodzaju recenzji Butcha... – czyli nic, czego widz sam by nie mógł sobie wykoncypować po seansie.
Rozdział drugi, ze względu na specyfikę filmu, oczywiście musiał dotyczyć rzeczywistej historii Butcha Cassidy'ego i Sundance Kida. I tu przyszło kolejne rozczarowanie, bo Fraa obszerniejsze informacje dotyczące historii tej dwójki, jak również te odnoszące się do Agencji Pinkertona, znalazła na durnowatej Wikipedii.
Na końcu znaleźć można zwyczajowy rozdział o ekipie, a tam bez większych zaskoczeń: Paul Newman, Robert Redford, Katharine Ross, reżyser George Roy Hill i scenarzysta William Goldman. Trudno właściwie oczekiwać, żeby tę część książeczki poświęcono komuś innemu, bo i chyba nie bardzo byłoby komu.



Butch i SundanceNa wstępie omawiania samego filmu Fraa musi wyjaśnić, że początkowo zamierzała porównać przy tej okazji wersję z kolekcji, a więc z 1969 roku, z wersją z roku 2004 (lub 2009, Fraa musi przyznać, że sama nie jest do końca pewna, bo spotkała się z obiema datami w odniesieniu do tej produkcji). Jednakże po niecałej godzinie oglądania Legendy Butcha i Sundance'a Fraa była zmuszona zrezygnować – film był nudny, przekombinowany, a kawiarka cały czas zachodziła w głowę, jak ktoś może mieć czelność mniemać, że odtworzy rolę Sundance Kida lepiej, niż zrobił to Robert Redford. To tak jakby ktoś twierdził, że można być lepszym Jokerem niż Jack Nicholson.

Toteż porównania nie będzie, bo Fraa nie dała rady wysiedzieć przy Legendzie.... Trudno.

Fabuła filmu przedstawia się właściwie dość liniowo: banda, której przewodzi Butch Cassidy (Paul Newman), napada na pociąg Pacific Union. Nie jest tym zachwycony właściciel firmy, więc wysyła specjalny oddział pościgowy. I zaczyna się ucieczka, w którą przyjaciele zabierają Ettę Place (Katharine Ross).
Jak to jednak z filmami opartymi na faktach bywa, nie o samą fabułę tu się rozchodzi. Nikt nie czeka w napięciu, żeby zobaczyć, jak to się skończy – bo wiadomo jak. Co prawda w przypadku Butcha i Sundance'a mają prawo pojawić się wątpliwości, ale i tak można się domyślać i te domysły w większości będą trafne.
Sundance KidTutaj uwaga widza zostaje przyciągnięta głównie za pomocą pokazania relacji między bohaterami i ich charakterów, które są bardzo wyraziste: Butch Cassidy to ten miły, uroczy i zabawny. Sundance Kid jest bardziej „na serio”, za to nie ma szybszego rewolweru od niego. Pod warunkiem oczywiście, że nie musi stać i celować. Sundance strzela fantastycznie, ale tylko w ruchu. Mimo nadzwyczajnych zdolności, obaj przyjaciele wciąż są zwykłymi ludźmi, a nie überherosami. Zresztą usłyszą te właśnie słowa od pewnego szeryfa:

„Może i jesteście najwięksi, jacy byli w tym rejonie, ale i tak jesteście tylko drugorzędnymi przestępcami. Nie znam nikogo bardziej uprzejmego niż ty, Butch, ani szybszego od Kida, ale ciągle jesteście drugorzędnymi, nawiewającymi przestępcami.”

To sprawia, że łatwo się przywiązać do dwójki przestępców.
Butch i EttaNa ich tle, szczerze mówiąc, Etta Place jest dość mdła. Znudzona życiem nauczycielka, która nie ma nic lepszego do roboty, więc zgadza się wyjechać razem z Butchem i Sundance'm. Jednak kiedy tylko zrobi się gorąco, Etta spakuje się i wyjedzie – głównie dlatego Fraa zanadto jej nie polubiła. I nie przekonają jej teksty o tym, że nauczycielka nie chce patrzeć, jak umierają mężczyźni, których kocha. Tego typu umywanie rąk jest świństwem i tyle.

Elitarny oddział agentów, którzy ścigają przestępców, pojawia się tylko w tle. Stanowi przerażającą rękę Nemezis – w porównaniu z nimi, Butch i Sundance sprawiają wrażenie malutkich, zaszczutych złodziejaszków, którzy nie mają żadnej szansy wygrać z losem. Bohaterowie próbują różnych sposobów, używają całych pokładów sprytu, jakie w nich są, a pogoń wciąż i niezmiennie majaczy w oddali.

Jednakże oprócz tego – dość tragicznego tak naprawdę – aspektu, w filmie znajdzie się też sporo lekkiego humoru, niekiedy związanego z relacjami między głównymi bohaterami, niekiedy zaś wynikającego z rychłego nadejścia nowej epoki. Bądź co bądź, widz ma do czynienia z historią rozgrywającą się na przełomie XIX i XX wieku – pewnym symbolem będzie tu rower, reklamowany przez handlarza przy okazji namawiania mieszkańców miasteczka do podjęcia pościgu za bandytami.

W filmie raczej nie znajdzie się wielu momentów na kontemplację krajobrazów czy napawanie się muzyką. Akcja – za wyjątkiem dwóch przestojów – toczy się szybko, zresztą nic dziwnego: skoro to historia ucieczki, naturalnym jest, że będzie dynamiczna. Można oczywiście mówić przy okazji Butcha Cassidy'ego i Sundance Kida o rozmaitych głębszych przesłaniach, podtekstach i mniej lub bardziej ukrytej symbolice, ale tego typu interpretację Fraa zostawi innym. Dla kawiarki to po prostu bardzo przyjemny film o przyjaźni i nadejściu nowych czasów, w których nie ma miejsca na wesołkowatych rabusiów pociągów.

 

Dla wytrwałych w nagrodę - trailer:



 

 

– Wiesz chłopcze, zawsze, gdy widzę Przełęcz, to tak jakbym ją widział po raz pierwszy. I za każdym razem zadaję sobie to samo pytanie: „Jak mogę być taki głupi, żeby tu ciągle wracać?”
– Jaki masz pomysł tym razem?
– Boliwia.
– Jaka Boliwia?
– Boliwia to takie państwo, durniu. W Ameryce Środkowej albo Południowej. Którejś z nich.
– To może lepiej pojedźmy do Meksyku?
– Wszystko, co mają w Meksyku, to bieda. Jej mamy pod dostatkiem tutaj. Gdybyśmy mogli zrobić interes podczas gorączki złota w Kalifornii, gdzie byśmy pojechali pojechali?
– Do Kalifornii, tak?
– Tak. Więc gdy mówię „Boliwia”, myśl „Kalifornia”. Nie uwierzyłbyś, co tam leży w ziemi. Potykają się o to. Srebro, złoto, cyna. Przedźwignęlibyśmy się, kradnąc te wszystkie worki z wypłatą.
– Myśl dalej, Butch. W tym jesteś dobry.
– Ja jeden mam wizję, a reszta świata jest ślepa...

10:07, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 października 2010

Wielka Kolekcja Westernów po raz drugi.

Wielka Kolekcja Westernow

Tym razem można nieco ponarzekać. Jak wiadomo, część westernów Sergio Leone stanowi tak zwaną „trylogię dolara”. Znakiem rozpoznawczym jest Clint Eastwood w genialnej roli Bezimiennego. Skład i kolejność filmów w tym cyklu wygląda co następuje:

  1. Za garść dolarów (1964)
  2. Za kilka dolarów więcej (1965)
  3. Dobry, Zły i Brzydki (1966)

Dobry Zly i BrzydkiTymczasem w Wielkiej Kolekcji Westernów po pierwsze: brakuje pierwszej części trylogii, co już stanowi poważne niedopatrzenie, bo jednak jak seria to seria i wrzucanie jej wybrakowanej do kolekcji źle świadczy o wydawcy (Axel Springer Polska Sp. z.o.o.). No i po drugie: nawet te dwie części, które znalazły się w kolekcji, są w odwrotnej kolejności. Zaczyna się więc od części ostatniej, dwa filmy później będzie druga, a pierwszej wcale się nie uświadczy.
To tyle z głównego narzekania.
Fraa przejdzie teraz do zawartości książeczki:
Rozdział „O filmie” musiał, naturalnie, skupić się na fenomenie włoskiego westernu. Już na początku można przeczytać:

„Western nakręcony w Hiszpanii przez włoską ekipę z udziałem amerykańskich aktorów? (…) Głęboko antywojenna powieść o rewolwerowcach i moralitet z udziałem ludzi pozbawionych skrupułów. Owo ciągłe napięcie między przeciwnościami raz daje efekt komiczny, raz przerażający, zawsze jednak ze wszech miar interesujący.”

I Fraa musi się z tym zgodzić.
Dalej znajdują się ciekawostki między innymi dotyczące tytułu filmu (w Niemczech pojawił się on jako „Zwei glorreiche Halunken”, czyli „Dwaj sławetni łajdacy” – nic dziwnego, Niemcy potrafią wszystko spaprać), nieco o wypadkach na planie czy o sposobie pracy Sergio Leone, jak również w ogóle pojawiają się cechy wyróżniające spaghetti western.
Rozdział historyczny ma charakter bardziej ogólny: są określone ramy czasowe tak zwanego „Dzikiego Zachodu”, pokrótce ukazany proces kształtowania się stanów i osiedlania się Europejczyków w Ameryce, wspomina się też o gorączce złota i rewolucji przemysłowej.
BlondieKsiążeczkę zamyka rozdział dotyczący ekipy filmowej – znajdą się więc podstawowe informacje i parę ciekawostek o Eastwoodzie, Lee van Cleefie, Sergio Leone, Elim Wallachu oraz – naturalnie – Ennio Morricone. Jako że Fraa jest fanką pierwszego z wymienionych, pozwoli sobie przytoczyć jedną z tychże ciekawostek, właśnie jego dotyczących (choć biorąc pod uwagę konstrukcję zdań, można dojść do wniosku, że rozchodzi się o samolot, którym leciał Los...):

„Los oszczędził Eastwoodowi walki podczas wojny w Korei. Samolot wojskowy, którym leciał na Półwysep Koreański, wskutek usterki runął do Pacyfiku. Eastwood uratował się z katastrofy i przepłynął wpław ponad 5 km do brzegu. Na front nigdy nie dotarł, ale po tym wyczynie został wcielony do jednostek specjalnych i w obozie szkoleniowym dla komandosów był instruktorem pływania.”

Tym przemiłym akcentem Fraa kończy omawianie zagadnień okołokolekcjonerskich i przechodzi do samego filmu.

Tuco i BlondieI znów głupia sprawa, bo kawiarka musi po raz kolejny powstrzymywać się od piania z zachwytu.
Film Dobry, Zły i Brzydki jest po prostu fenomenalny. Blondie (Clint Eastwood), tytułowy Dobry, oczywiście wcale taki dobry nie jest, po prostu jest nieco lepszy od całej reszty. Co nie przeszkadza mu oszukiwać i zabijać. Przecież to właśnie on zostawia na pustyni wspólnika i pozwala na śmierć Shorty'ego. Ale jednocześnie to on, jako jedyny, jest skłonny okazać odrobinę współczucia umierającemu żołnierzowi.
Wspomnianym wspólnikiem jest Tuco (Eli Wallach), czyli Brzydki. Tu Fraa musi przyznać, że tak naprawdę Tuco, przy całym swoim życiowym pechu, wykazał się największą wytrwałością i siłą woli w filmie. Blondie często po prostu miał szczęście: a to kula armatnia akurat wpakowała się do pokoju, a to umierający żołnierz postanowił z nim porozmawiać. Gdyby nie szczęśliwe zbiegi okoliczności, Eastwoodowy bohater najprawdopodobniej nie dożyłby końca filmu. Tuco to coś innego: u niego zbiegi okoliczności najczęściej wypadały na jego niekorzyść, a on mimo wszystko walczył o przetrwanie – i wychodził z tego zwycięsko.
Nie wolno też zapomnieć o Angel Eyes (Lee van Cleef) – ten z kolei jest po prostu bezwzględnym najemnikiem, choć na swój pokręcony sposób uczciwym (ciekawostką tutaj jest fakt, że Baker, dla którego Angel Eyes wykonuje na początku zlecenie, pojawia się również w Za kilka dolarów więcej – a w każdym razie jest wspomniane to samo nazwisko. Zresztą, nie jest to jedyny element powtarzający się w więcej niż jednym filmie z „trylogii dolara” – to samo dotyczy między innymi aktorów drugoplanowych czy charakterystycznego poncho Bezimiennego). Żeby osiągnąć cel, użyje wszystkiego – nawet tortur.

Angel EyesTa trójka bardzo wyrazistych, bardzo zapadających w pamięć bohaterów (których oczy widz wielokrotnie będzie miał okazję kontemplować w tych - jakże charakterystycznych dla Leone - zbliżeniach), w poszukiwaniu bogactwa (dwieście tysięcy dolarów w złocie) przemierza kraj, ocierając się przy okazji o okropności wojny secesyjnej.

A te są ukazane w filmie bardzo wyraźnie: nawet Angel Eyes, mimo że sam trudni się zadawaniem ludziom śmierci w wymyślne sposoby, kiedy trafia do obozu uciekających konfederatów, wydaje się z lekka porażony ogromem tragedii, jaką widzi.
Zresztą widz wielokrotnie ma okazję w Dobrym, Złym i Brzydkim oglądać podobne obrazki: ranni, porzuceni żołnierze, często młodzi, którzy właściwie sami nie bardzo wiedzą, w imię czego mieliby walczyć i ginąć. Dotyczy to obu stron wojny secesyjnej. Jak Angel Eyes trafił do konfederatów, tak Blondie i Tuco lądują w obozie jankeskim, gdzie sytuacja wcale nie wygląda lepiej.
Ten antywojenny wydźwięk jest bardzo wyraźny w Dobrym, Złym i Brzydkim. O ile wiele sytuacji w filmie jest zabawnych, o tyle sceny związane z wojną są przede wszystkim tragiczne i - zwłaszcza jak na western z lat sześćdziesiątych - dość brutalne.
Ale wojna secesyjna to nie jedyny poważny akcent filmu.

Tuco i PabloDla kawiarki najbardziej chyba wzruszającą sceną westernu jest spotkanie Tuco z bratem, Pablo, po czym odjazd z klasztoru. W tym momencie widz zaczyna zupełnie inaczej patrzeć na Tuco: bohater przestaje być tak po prostu zabawny, kiedy już się go rozumie, kiedy zostaje pokazana jego samotność i odsłonięte sumienie. Przejmujące staje się to, że istotnie najbliższym przyjacielem „biednego Tuco” (jak w innej scenie sam o sobie mówi) jest Blondie, z którym tak naprawdę łączy go jedynie chęć odnalezienia złota. Prosty gest podania cygara przeobraża się w swego rodzaju deklarację lojalności. Blondie przystaje na grę Tuco, chociaż doskonale wie, jak przebiegła rozmowa tego ostatniego z bratem.

Oczywiście Dobry, Zły i Brzydki nie byłby tym samym filmem, gdyby nie fenomenalna muzyka, a tej chyba szerzej opisywać nie trzeba, bo kompozycje Ennio Morricone do filmów Sergio Leone są znane jak świat długi i szeroki i stanowią – obok utworów z Siedmiu wspaniałych czy Alamo – absolutną klasykę.


To chyba tyle, co Fraa miała do napisania. Jakkolwiek to dość kuriozalne, że western w wykonaniu Włocha będzie czymś tak genialnym, to jednak bez „trylogii dolara” ten gatunek byłby uboższy. A bez Bezimiennego uboższa byłaby cała kinematografia.

 

 

– There are two kinds of people in the world, my friend. Those with a rope around their neck and the people who have the job of doing the cutting. Listen, the neck at the end of the rope is mine! I run the risks. So, the next time, I want more than half!
– You may run the risks, my friend, but I do the cutting. If we cut down my percentage... Cigar...? It might interfere with my aim.
– But if you miss, you had better miss very well. Whoever double-crosses me and leaves me alive, he understands nothing about Tuco. Nothing!

17:23, fraa_farara , Film
Link Komentarze (3) »
niedziela, 17 października 2010

Czyli Wielka Kolekcja Westernów po raz pierwszy.

Wielka Kolekcja Westernow

Zanim Fraa przystąpi do pisania o samym filmie, należy powiedzieć kilka słów o kolekcji jako takiej.
Na całość składało się początkowo dwadzieścia osiem filmów, później dodano cztery bonusowe tytuły, bo najwyraźniej kolekcja nieźle się sprzedawała. Jak w większości tego typu serii, pudełko z płytą jest dodatkowo wyposażone w coś w rodzaju książeczki z paroma informacjami. W tym akurat przypadku, książeczki mają po trzy rozdziały: ogólne ciekawostki o filmie, kontekst historyczny oraz notki o głównych osobach z ekipy.

 

Siedmiu WspanialychW tym przypadku oczywiście nie mogło obejść się bez obszernej wzmianki o tym, że Siedmiu wspaniałych (1960 rok, reż. John Sturges) bazuje na scenariuszu Siedmiu samurajów – ponadto można przeczytać na przykład ciekawostkę, jakoby Akira Kurosawa powiedział reżyserowi westernu, Johnowi Sturgesowi, że Siedmiu wspaniałych to jeden z jego ulubionych filmów. Dalej można sobie poczytać o chaosie towarzyszącym kręceniu westernu, zmianach w ekipie, celowym wypadku samochodowym Steve'a McQueena czy o meksykańskiej cenzurze, jak również o wzajemnych relacjach aktorów. I trzeba przyznać, że taki krótki zbiór ciekawostek stanowi całkiem miły dodatek, a często pozwala zwrócić uwagę na coś, co w normalnych warunkach umknęłoby przy oglądaniu filmu.
W rozdziale „historycznym” znalazły się informacje o broni charakterystycznej dla Dzikiego Zachodu – a więc zarówno podstawowe wiadomości o muszkietach z wojny secesyjnej, jak i o różnych rodzajach coltów czy o winchesterze.
Fraa przypuszcza, że szczególnie kłopotliwe przy filmie Siedmiu wspaniałych było wybranie postaci do rozdziału poświęconego ekipie. Yul Brynner to oczywistość, ale co dalej? Western jest naszpikowany wybitnymi nazwiskami, trudno też mówić o hierarchii ważności wśród postaci. O ile Chris jest rzeczywiście jednym z głównych bohaterów, o tyle już wybór między Charlesem Bronsonem a Jamesem Coburnem jest dość karkołomny. Zabrakło też wzmianki o twórcy muzyki, Elmerze Bernsteinie, mimo że jest ona rozpoznawalna chyba w całym cywilizowanym świecie.

Jeśli chodzi o sam film, to Fraa ma naprawdę duży kłopot z suchym opisem co i jak, bez dzikich ochów! i achów! – sprawa wygląda następująco: Siedmiu wspaniałych jest w istocie wspaniałe (przybliżanie fabuły chyba nie jest konieczne). A po próbie porównania z japońskim pierwowzorem, kawiarka wciąż podtrzymuje tę opinię. Jakkolwiek Siedmiu samurajów również jest genialną produkcją z fantastycznymi postaciami, no i z rewelacyjnym Toshirô Mifune, to jednak film Sturgesa wcale mu nie ustępuje, co przy tak wybitnym pierwowzorze stanowi nie lada osiągnięcie.

Chris AdamsPodstawową różnicą, która rzuciła się kawiarce w oczy (oprócz oczywiście tego, że rzecz się dzieje w Meksyku, a nie w Japonii, a bohaterowie nie są roninami, tylko rewolwerowcami), było sklejenie dwóch bohaterów w jednego. Wątki związane z Kikuchiyo i Katsushirō zawarły się w historii młodego, porywczego Chico (Horst Buchholz). Nie da się jednak ukryć, że żaden niemiecki trzydziestolatek nie odegra Kikuchiyo tak, jak zrobił to Mifune. Tutaj, niestety, nic się nie dało zrobić. Za to już Britt (James Coburn) doskonale odnalazł się w roli westernowego odpowiednika Kyūzō. Tak samo Fraa nie ma żadnych zastrzeżeń do Chrisa (Yul Brynner), który – tak jak i Kambei Shimada – zajął się zebraniem grupy, po czym właściwie stanął na jej czele.
I co prawda bohaterowie Siedmiu wspaniałych nie stanowią odbicia zasad bushido, tak jak to ma miejsce w przypadku roninów z filmu Kurosawy, tym niemniej nadal jest to zbiór indywidualności, być może po prostu uosabiających zasady bardziej adekwatne do realiów Dzikiego Zachodu.

Drugi element, bardzo wyraźnie odróżniający oba filmy, wynika głównie z kręgu kulturowego, w jakim rozgrywa się akcja. W Siedmiu samurajach przejmujący był dystans, jaki dzielił ubogich wieśniaków od roninów. Mieszkańcy nękanej wioski padali na kolana przed Shimadą i jego towarzyszami, podczas gdy meksykańscy chłopi co najwyżej międlą w dłoniach sombrero i sprawiają wrażenie onieśmielonych. Nie ma tej czołobitności – co więcej, w saloonie przecież piją przy jednym stole razem z Chrisem i Vinem.

VinMiędzy innymi ze względu na brak tej wyraźnej przepaści między postaciami, ale również dzięki cudownemu humorowi bohaterów, Siedmiu wspaniałych jest dużo lżejsze od Siedmiu samurajów. Pojawiają się tam co prawda też poważne treści, ale jednak na pierwszy plan – przynajmniej na początku – wysuwa się humor.
Przoduje w tym oczywiście Vin (Steve McQueen), którego anegdotki zapadają głęboko w pamięci. Co nie mienia faktu, że kiedy Bernardo O'Reilly mówi, że jest ekscentrycznym milionerem, również wywołuje to uśmiech. Wspomnieć tu jeszcze można o pięknym pojedynku Britta, któremu towarzyszy niezapomniane i absolutnie bezbłędne „Haaa-Haaa-Haaaa!” jednego z obserwujących tę scenę kowbojów.

Obok tytułowych siedmiu wspaniałych, bardzo wyrazistą postacią jest też Calvera – wcielił się w tę rolę Eli Wallach, który sześć lat później stworzył fantastyczną kreację u Sergio Leone, w filmie Dobry, Zły i Brzydki. Calvera to dowódca bandytów, niepozbawiony jednak pewnego uroku. Poza tym nie da się ukryć, że istotnie jest w trudnej sytuacji i że właściwie nie ma innego wyjścia, jak tylko robić to co robi. Jego pobudki ujawniają się stopniowo wraz z rozwojem fabuły.

Siedmiu wspaniałych to genialne dzieło, zdaniem kawiarki – godne japońskiego pierwowzoru, z wachlarzem porywających bohaterów (i Fraa nie mówi tu tylko o rewelacyjnym Chrisie – choć nie da się ukryć, że jest rewelacyjny, ale przecież choćby Starzec w nieco oddalonej od wioski chacie jest osobą bardzo pozytywnie zapisującą się w pamięci widza – ma urzekający dystans do życia i całej sytuacji), fantastycznym humorem i piękną muzyką. No i dzięki temu filmowi Fraa diametralnie zmieniła nastawienie do Charlesa Bronsona (który zaczął ją mierzić gdzieś w okolicach Życzenia śmierci 3, bo na litość wszystkich bogów, ile można sobie i innym tej śmierci życzyć?! Daliby już panu starszemu spokój...).
Dla miłośników gatunku – pozycja obowiązkowa.





– A fella I knew in El Paso took all his clothes off and jumped on a cactus. I asked him same question: „why?”.
– And...?
– He said: „It seemed to be a good idea at the time”.

15:55, fraa_farara
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12

Fraacja
Liczydło, a co!