Kategorie: Wszystkie | Film | Gry | Jedną Nogą w Grobie | Kawiarenka | Książka | Mity
RSS
środa, 19 maja 2010

Kopia MistrzaMuzycznego dokształcania ciąg dalszy, czyli Fraa obejrzała Kopię Mistrza (Copying Beethoven) z 2006 roku, w reżyserii Agnieszki Holland.
I to, co teraz koniecznie musi zrobić, to machnąć sobie porządną terapię filmową, bo o Kopii Mistrza można powiedzieć różne rzeczy, ale rewelacyjne dzieło to to nie jest.

W filmie widz poznaje Annę Holtz (Diane Kruger, można ją kojarzyć na przykład z Bękartów wojny), najlepszą studentkę konserwatorium muzycznego, którą zatrudnia jako kopistkę sam Ludwig van Beethoven (Ed Harris, znany z filmów takich jak Truman Show czy Appaloosa). Maestro ma bardzo trudny charakter, toteż bohaterom nie jest łatwo współpracować, zwłaszcza że Anny nikt nie traktuje poważnie i ludzie biorą ją kolejno za służącą, kucharkę, a nawet prostytutkę, tym niemniej w końcu przywiązują się do siebie. Anna jest powierniczką wszystkich nadziei i rozterek Beethovena i nie potrafi od niego odejść, choć nie raz denerwuje ją chamstwo i prostactwo, które wychodzą z kompozytora.
I mimo że początkowo może się wydawać, iż cała historia będzie kręciła się wokół IX Symfonii, jej ostateczne wykonanie wcale nie zamyka filmu.

Tu należy wspomnieć o kompozycji całej tej produkcji: otwiera ją scena, w której Anna jedzie dyliżansem. W następnej scenie Anna jedzie dyliżansem, ale zaczyna się jej choroba lokomocyjna – przynajmniej tak to wygląda (co to jest w istocie, okaże się później). Ten stan rzeczy trwa jeszcze jakiś czas.
W końcu Anna dociera do mieszkania Beethovena i tam towarzyszy kompozytorowi, gdy ten wydaje ostatnie tchnienie.
Następnie zaczyna się obszerna retrospekcja, w której widz poznaje losy tych dwojga.
I tu Fraa ma pierwsze zastrzeżenie: wygląda na to, że Agnieszka Holland oglądała Amadeusza Formana – to dobrze. To świetny film, warto poświęcić na niego trzy godziny. Tyle tylko, że następnie Agnieszka Holland w Kopii Mistrza mocno inspirowała się Amadeuszem. Widz poznaje mistrza z punktu widzenia Anny, tak jak Mozart był pokazany z perspektywy Salieri'ego. Całość – tak jak w Amadeuszu – jest retrospekcją. Nie aż tak odległą, ale jednak. Na dodatek w jednej z końcowych scen Beethoven, leżąc właściwie na łożu śmierci, dyktuje Annie swoje dzieło, tak jak Mozart dyktował Salieri'emu.
Fraa uważa te podobieństwa za ogromny minus filmu – tak jakby Agnieszka Holland nie miała własnego pomysłu na jakąś ciekawą kompozycję dla całej historii.

W filmie nie ma olśniewających wnętrz ani zapierających dech w piersiach koncertów. Większość akcji rozgrywa się w skromnym, zagraconym mieszkanku Beethovena. Historia, choć dotyczy wielkiego kompozytora, pokazuje zwykłych ludzi z ich namiętnościami i słabostkami. Fraa za tym nie przepada, ale rozumie. Nie rozumie natomiast, dlaczego tak bardzo zmarnowana została scena premiery IX Symfonii.
Trwała chyba około dziesięciu minut – w tym czasie można było pokazać naprawdę imponujące widowisko – tymczasem przez te dziesięć minut kamera przeskakuje z twarzy bardzo natchnionej Anny na twarz natchnionego Beethovena, który łypie na Annę. Czasem pojawi się twarz chórzysty albo którejś z postaci drugoplanowych, zasiadających na widowni. Potem znów twarz Anny. Ręce Anny. Ręka Beethovena. Ręka Anny. Twarz Anny. Twarz Beethovena. Zwrot kamery na twarz starego kopisty Schlemmera, a potem znów ręce Anny. Mijają minuty. I tak w kółko. Zamiast dać się porwać pięknej muzyce, Fraa z nudów zaczynała liczyć włosy w nosie Beethovena i pory na twarzy Anny. Chyba nie chodziło o taki efekt.
Takie zwrócenie uwagi na emocje bohaterów i ich miłość do muzyki podczas tego koncertu byłoby dobre przez chwilę, ale po czwartej minucie to zwyczajnie nuży. Chciałoby się przewinąć, ale z drugiej strony szkoda jednak przewijać IX Symfonię, nad którą bohaterowie pracowali przez całą poprzednią część filmu. Więc człowiek siedzi. I się nudzi. I znowu ręka Anny się kolebie.

Diane Kruger - Anna HoltzW ogóle jeśli chodzi o Annę, to Fraa nie była nią zachwycona. Musiał być ktoś, kto stanowiłby pretekst do pokazania widzowi tej nieznanej, bo bardzo prywatnej strony Beethovena (i nie chodzi tu o pośladki, choć to też...). Tym niemniej Anna była irytująca ze względu na swoją doskonałość. Najlepsza studentka. Kobieta, więc wszyscy z niej początkowo drwią, ale ona jest oczywiście twarda i przekonuje ten muzyczny beton, że kobieta też potrafi. Oczywiście wszyscy ją kochają – nawet Beethoven, który nie cierpi wszystkich innych. No, może za wyjątkiem Karla van Beethovena (Joe Anderson), ale to też nie jest takie oczywiste. Anna ma swoje Wielkie Marzenie, chce być wspaniałą kompozytorką – ciotka, która mogłaby ją najlepiej zrozumieć, doradza jej porzucenie tego celu i pozostanie w klasztorze. Ale Anna jest dzielna. Mimo wszystkich przeciwności, Anna nie rezygnuje. Jest odważna, wytrwała, szczera, uczciwa, dzielna, silna, zna się na węglu (ojciec jest górnikiem na Śląsku), czuła, wrażliwa, no i oczywiście najlepsza studentka... Wady? Nie, wady wieszają się na starych pończochach jak tylko Anna pojawi się na horyzoncie. Aura Anny jest przeciwwadowa. Fraa nie potrafi się przywiązać do tego typu postaci.

Ed Harris - Ludwig van BeethovenCo innego sam Beethoven. Szczerze powiedziawszy gdyby nie on, Fraa chyba nie znalazłaby w tym filmie pozytywów. Kompozytor jest pokazany naprawdę fajnie. Z jednej strony istotnie cham i prostak, który lubi wypić. Wylewa wodę na sąsiadów, przed damą wypina tyłek, publicznie upokarza innych – jeśli poznałoby się kogoś takiego, to rzeczywiście trudno go polubić. Z drugiej strony Beethoven jest szalenie samotny, w dodatku walczy z postępującą głuchotą. Na kawiarce zrobiła ogromne wrażenie scena, w której Beethoven – jako dyrygent – stoi tyłem do widowni, która bije brawo. Rozlegają się oklaski, których Beethoven nie słyszy. To właśnie jest straszne: nie słyszy wiwatów na swoją cześć, nie słyszy tego, co sam skomponował. Może zapisywać muzykę, ale nie może jej usłyszeć, nie może usłyszeć własnego dzieła. Fraa jest zdania, że film naprawdę pięknie to pokazał. No i z trzeciej strony, Beethoven jest artystą – a więc jest w nim wrażliwość i poczucie piękna, mimo że dla postronnych osób kompozytor może wyglądać na gbura.
Fraa nie wie ile w tym zasługi Holland, a ile Eda Harrisa, ale w Kopii Mistrza widać całą złożoność głównego bohatera. Właściwie Fraa jest skłonna twierdzić, że to jednak zasługa Harrisa – w innych filmach też był dobry...
No i wszystkie dobre teksty wychodzą z ust Beethovena.






– Maestro?
– Co ty tutaj robisz? Dlaczego nie jesteś na górze?
– W twoim pokoju są szczury. Duże szczury.
– Tak, odstraszają koty. Nienawidzę kotów.
– Dlaczego?
– Nie wydają dźwięków. Jak długo już tu jesteś?
– Jakieś dwie godziny.
– O mój Boże. Dziś już nie będziemy pracować. Możesz wrócić rano. Zawołam dla ciebie dorożkę. Możesz już jechać do domu. Gdzie mieszkasz?
– Klasztor Świętego Serca.
– Klasztor Świętego Serca! Mieszkasz w klasztorze z zakonnicami?
– Tak.
– Są gorsze niż koty.

19:02, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 maja 2010

Fraa lubi przygody Indiany Jonesa. Nie jakoś fanatycznie, ale lubi. Są dość radośnie przewidywalne, dużo akcji, stare ruiny i rozliczenie z kolejnymi legendami. W sam raz na długie, zimowe wieczory. Ale o ile Indianę Fraa lubi, o tyle wszelkich pociotków z tej kategorii już nie – a więc żaden tam Skarb Narodów, żadna Lara Croft czy... No dobrze, Fraa nie pamięta tytułu, ale był jeszcze taki głupawy serial o jakiejś dzielnej pani archeolog czy nauczycielce... W każdym razie też śmigała po grobowcach i ratowała świat przed zagładą.
Tym niemniej, ponieważ Fraa czuje się blisko związana z instytucją biblioteki, od dłuższego czasu (ściślej ujmując: od momentu, kiedy zobaczyła gdzieś przypadkiem plakat) nosiła się z zamiarem obejrzenia filmu pod chwytliwym tytułem: Bibliotekarz. I chociaż kojarzyło jej się to głównie z:



...to jednak ostatecznie Fraa zrealizowała swój szczwany plan.
Obejrzała.

BibliotekarzNajbardziej przerażające było to, że Fraa się naprawdę świetnie bawiła oglądając film Bibliotekarz: tajemnica włóczni (The Librarian: Quest for the Spear) z roku 2004, w reżyserii Petera Winthera.
Co odróżnia tę produkcję od innych tworów o poszukiwaczach skarbów, to dystans do materiału. Fraa nie wie czy to przez przypadek tak wyszło, czy celowo, ale film sprawiał wrażenie zrobionego z przymrużeniem oka. Poszczególne elementy są tak banalne, tak wpisują się w kanon, że aż przez to robią się zabawne.
Jako pewną odmianę zaś należy poczytywać fakt, że najbardziej komiczną postacią nie jest – tak jak to się zazwyczaj robi – ktoś z drugiego planu, a sam główny bohater. Nie jest to żaden twardy poszukiwacz przygód, ale niepozorny mól książkowy, który ma potężne problemy w relacjach międzyludzkich. Jedyne co robi, to czyta i się uczy. Nauka jest jego jedyną namiętnością. Wyrwany z uniwersytetu jest zagubiony jak pijane dziecko we mgle.

Ale Fraa zaczęła oczywiście od zadka strony.
Po kolei: widz poznaje studenta Flynna Carsena (Noah Wyle, znany być może niektórym z Ostrego Dyżuru), który skończył pierdylion fakultetów i tak właściwie, to wszyscy mają go dość, bo Flynn nie chce przestać studiować, chociaż wszystko co tylko się dało, on już wie. Po dramatycznej przeprawie z wykładowcą, Flynn dostaje zaliczenie z kolejnego fakultetu o pół roku za wcześnie – i zaczyna się trauma, bo bohater nie wie gdzie się podziać. Aż w końcu dostaje ofertę pracy w bibliotece.
Już w rozmowie kwalifikacyjnej objawiają się dwie kwestie:

  • Pracownica biblioteki, która przyjmuje kandydatów na rozmowę, niejaka Charlene, to nikt inny jak Jane Curtin, czyli Mary Margaret Albright z Trzeciej Planety od Słońca. Może to nie ma wielkiego znaczenia, ale Fraa zawsze miała sentyment do tego serialu, a ujrzenie w filmie znajomej twarzy cieszy.
  • Przy Flynnie każdy Sherlock Holmes może się schować. Flynn kosi i miażdży swoją dedukcją i spostrzegawczością. Zresztą ta jego cecha jest zaakcentowana również w późniejszych partiach filmu. Flynnowi wystarczy rzut oka na otoczenie, a opowie obcej osobie historię jej życia, chorób, wymieni liczbę jej potomstwa i określi precyzyjnie szerokość geograficzną, na jakiej akurat się znajdują. Jest to tak naiwne, że aż trudno się do tego przyczepić. Po prostu tak jest i już. Kropka. Przyjmuje się to z uśmiechem.

Kiedy już bohater otrzymuje pracę, okazuje się, że tu nie chodzi o zwykłą bibliotekę. Flynn ma pracować w sali, w której zgromadzone są takie bibeloty, jak prawdziwa Arka Przymierza, święty Graal, Puszka Pandory, jedna trzecia włóczni, którą przebito bok Chrystusa, Excalibur (wraz z głazem, w który jest wbity), a także przedmioty typu jet-pack. Skumulowaniem legendarnych artefaktów przebija więc wszystkie inne tego typu filmy razem wzięte.

Prawdziwa akcja zaczyna się, kiedy Braterstwo Węża (stosownie mroczna i bluźniercza nazwa, gdyby ktoś wątpił, kto w tej bajce jest czarnym charakterem) wykrada część Włóczni Przeznaczenia i wszystko wskazuje na to, że zamierza odnaleźć pozostałe dwa kawałki, żeby – przy pomocy skompletowanego artefaktu – zdobyć władzę nad światem.
Flynn zostaje brutalnie wrzucony w wir zdarzeń i zwiedzi kawał świata, a także dokona rzeczy, które do tej pory uważał za niemożliwe, żeby przeszkodzić Bractwu w osiągnięciu celu. W wyprawie będzie mu towarzyszyć twarda kobitka, Nicole Noone (Sonya Walger). Podział ról jest jasny: Flynn jest mózgiem, Nicole jest mięśniami. Znów: konwencja, drodzy Państwo, „konwencja zobowiązuje”, jak to powiedział Grek Dimitri.

Są zagadki starożytnych ludów, jest klasyczny, rozklekotany most, jest też ścigające bohaterów Bractwo Węża...
Przy finalnej walce warto zauważyć pewną rzecz, która jest zresztą ogólną tendencją w filmach: zazwyczaj po jasnej stronie Szmocy jest jakaś nadzwyczajna kobieta. Po ciemnej stronie wtedy też pojawia się jakaś kobieta i w kulminacyjnej scenie dwie panie poniewierają się gdzieś na uboczu, z dala od panów. Generalnie panowie pań nie biją. To stosunkowo urocze, że – choć widz ma do czynienia z bezlitosną szajką złodziei i morderców – nadal do poturbowania kobiety jest odsyłana samiczka. Jednak pan bijący panią na ekranie ewidentnie stanowi niepożądany widok.

Cóż można więcej powiedzieć o filmie poza tym, że główny bohater w parę minut rozwiązuje zagadki, nad którymi ludzkość głowi się kilka tysięcy lat?
Bibliotekarz: tajemnica włóczni jest doprawdy urokliwym dziełkiem. Świadomym pewnej dozy (no dobrze, całkiem pokaźnej dozy) kiczu, ale zamiast uciekać od tego i wpędzać się w coś poważniejszego, radośnie kroczy prosto w paszczę tandety i przewidywalności, dając widzowi nieco ponad półtorej godziny czystej, niczym nieskrępowanej radochy.

I wiecie co, Państwo?
Fraa zamierza obejrzeć kolejne części, ot co! I się tego nie wstydzi!





– Święty Graal... Rozbiłem Święgo Graala? Rozbiłem Świętego Graala pierwszego dnia pracy?
– Zrobił pan to...? Aby zniszczyć legendę, potrzeba trochę więcej, niż uderzenie w podłogę.

20:29, fraa_farara , Film
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 maja 2010

Uwaga! Fraa będzie utyskiwać.


Temple of PoseidonMożecie Państwo wierzyć lub nie, ale kiedy w jakimś większym gronie pojawi się hasło „filologia klasyczna”, spora część odpowiedzi obraca się wokół: „Będziesz uczyć polskiego?” – naprawdę. Może filologia angielska istotnie kojarzy się z Anglią, a germańska – z Niemcami. Ale filologia klasyczna to nowatorskie określenie na polonistów i kropka. Jedyne co można zrobić, to zacisnąć zęby i tłumaczyć, że filolog klasyczny to nie jest polonista. Że zajmuje się antykiem. Dorobkiem kultury grecko-rzymskiej. A właściwie łaciną średniowieczną też, jeśli ktoś to lubi. Jak już się to wyjaśni, pojawiają się kolejne pytania, tym razem dotykające kwestii: „I co chcesz po tym robić?” czy „A na co to komu potrzebne?”.

A na tak postawione pytania czasem naprawdę trudno odpowiedzieć. No bo jak wyjaśnić jednostce absolutnie pragmatycznej wartość płynącą z badania greckich tekstów geograficznych czy rzymskiej liryki miłosnej?
W swoim czasie niejaki Wybitny Autor (odpowiedzialny za popełnienie tłumaczenia świetnego dziełka niejakiego Eneasza Taktyka, Obrona oblężonego miasta) tę kwestię poruszył ze studentami. I to naprawdę nie jest proste. Architekt czy budowlaniec ma jasną odpowiedź: od ich pracy zależy, czy uda się wybudować most i czy ten most będzie stał. Jak źle wykonają robotę, jak będą niedouczeni, to most się zawali – będą ofiary w ludziach, a na dodatek nie będzie można przedostać się na drugi brzeg rzeki. Ale filolog klasyczny? Nie buduje dróg ani domów. Nie leczy ludzi. Studiowanie anglistyki czy germanistyki jest bardziej zrozumiałe ze względu użytek płynący ze znajomości języków: delikwent nauczy się niemieckiego i będzie mógł znaleźć dobrą pracę za granicą albo w jakiejś dużej korporacji. Ale filolog klasyczny? Uczy się łaciny i starogreckiego. Gdzie tu sens? Jak pokazać ten sens komuś, kto patrzy tylko na to, czy most się zawali czy nie? Nie ujmując oczywiście nikomu – most musi być solidny, to oczywiste. Fraa nie twierdzi, że fizyk, matematyk czy elektryk są nieważni. Tyle tylko, że często trafia się tu na barierę niezrozumienia, w której Fraa nie potrafi znaleźć jakiejś sensownej szczeliny. Mimo to Fraa jest przekonana, że studia filologiczne, nawet klasyczne, mają wartość i to ogromną.

Problem w tym, że – pod warunkiem, że ktoś nie jest entuzjastą – trudno nawet wskazać, że filologia klasyczna jest najzwyczajniej w świecie: fajna. Bo jeśli już ktoś przyswoi sobie, czym się zajmują tacy filolodzy, to pojawia mu się przed oczami duszy jego obraz starego, smutnego człowieka, który siedzi przy biurku i, w okularach jak denka od słoików, mozoli się nad lekturą Homera w oryginale.
Oczywiście, że jest nieco mozolenia się z tekstami. Ale przecież to też daje pewną frajdę – bądź co bądź, człowiek czyta teksty, których rdzeń powstał ponad dwa tysiące lat temu, a których dokładne brzmienie właściwie do tej pory nie jest do końca jasne, bo teksty są uszkodzone, niepełne czy przeinaczone przez kopistów, a najpewniej wszystko na raz. A jednak nagle okazuje się, że od tamtego czasu człowiek wcale nie posunął się dużo dalej w swoim postrzeganiu otaczającego go świata.

Widać aż nadto wyraźnie, że filologia klasyczna nie cieszy się popularnością. Na przynajmniej jednym z polskich uniwersytetów trzeba walczyć z rektorem o otwarcie każdego kolejnego roku, bo jest to kierunek na tyle mały, że uczelni nie opłaca się tego trzymać. Bo i owszem, liczebność roku waha się między trzema a dziesięcioma osobami, a im wyższy rok, tym mniej na nim studentów. Tym niemniej to nieco żenujące, żeby studenci i wykładowcy musieli przekonywać szefostwo uniwersytetu, że oni chcą się uczyć/pracować. Tym bardziej, że kiedy rektor oznajmia, iż kierunek nie będzie otwarty z braku dostatecznej liczby chętnych, a jednocześnie jest już po rekrutacji na inne kierunki, nie jest to w porządku w stosunku do osób, które wniosły opłatę rekrutacyjną, spełniły wszystkie warunki, a okazuje się, że i tak zostają na lodzie.

To niefrasobliwe podejście do istnienia filologii klasycznej na uczelni, która ma w nazwie „Uniwersytet” dziwi o tyle, że przecież to właśnie w antyku tkwią korzenie tej instytucji. Nie trzeba być geniuszem, żeby przypomnieć sobie Akademię Platona (prawda, że niezbyt obce? Ot, nie szukając daleko – wciąż używa się sformułowania „środowisko akademickie”). Wypadałoby więc okazać nieco respektu wielowiekowej tradycji, jeśli to ma być istotnie uniwersytet, a nie szkoła policealna.

Problem tkwi też w skostnieniu polskiego (ha!) środowiska akademickiego. Wyobrażenie filologa klasycznego jako smutnego pana z Homerem w bladych dłoniach nie wzięło się znikąd. To zresztą w ogóle problem polskiej edukacji – jeśli ktoś jest polonistą, klasykiem, czy – nie dajcie bogowie – filozofem, to na pewno oznacza, że nie potrafi wbić gwoździa, że o wkręceniu żarówki to już w ogóle strach mówić. I, niestety, w Polsce to częściowo pokrywa się z prawdą. Obecnie słowo „humanista” jest niemal obelżywe, bo oznacza kompletnie nieżyciowego frajera, który umie najwyżej przejrzeć streszczenie lektury (bo o całej lekturze raczej też nie może być mowy, za długie...). I tak to sobie funkcjonuje. Filolodzy klasyczni kiszą się we własnym sosie, napawając się własną elitarnością. To oczywiście całkiem miłe uczucie, ale można by się zastanowić, czy nie byłoby warto uświadomić innym ludziom, że filologia klasyczna dotyka często fascynujących tematów, które są wciąż żywe, mimo upływu lat.

Jedna z metod: konferencje. I owszem, nieco ich jest, choć kiedy Fraa czasem przegląda tematy referatów, dochodzi do wniosku, że to jest wciąż to samo. Wciąż klasycy dla klasyków, a nie dla innych osób, które mogłyby być zainteresowane tematem. Szczyt nowatorstwa był jednocześnie niemożebnym strzałem w stopę bodajże w zeszłym roku, kiedy na Uniwersytecie Gdańskim odbywała się konferencja neolatynistyczna. Zapewne można by wyciągnąć z niej sporo ciekawych informacji, gdyby tylko nie to, że całość odbywała się po łacinie. Od powitania, przez wykłady, aż po podziękowania. Kto zainteresuje się taką imprezą oprócz wykładowców z katedry filologii klasycznej? Historyk, który miał rok łaciny i Fraa wątpi, żeby nadążył, za tokiem wykładu? Polonista, który chce poszerzyć swoją wiedzę na temat dorobku Jana Kochanowskiego? Pozostają studenci, ale należy spojrzeć prawdzie w oczy: pięcioro, a może nawet dziesięcioro studentów, którzy czują się na tyle mocni w łacinie, żeby słuchać jej na żywo i rozumieć, nie zapełni całej sali.
Fraa uważa, że konferencja po łacinie na polskie realia jest chybionym pomysłem. Co innego w innych krajach – o tak, do Gdańska przyjechało kilkoro wykładowców z Norwegii. I trzeba przyznać, że posługiwali się łaciną dużo bardziej swobodnie – przecież nie dlatego, że są z przyrodzenia mądrzejsi. Rzecz w tym, że – wedle tego, czego Fraa się dowiedziała – tam łaciny uczy się w inny sposób, traktuje się ją jako jeden z języków żywych. Siłą rzeczy więc pewnie i znalazłoby się tam więcej chętnych na słuchanie wykładów po łacinie. Podchodzenie do tego języka jako do języka martwego, niemówienie po łacinie – to są przypadłości polskie.
Wspierające zresztą stereotyp smutnego filologa klasycznego.

Fraa zastanawia się, jaki jest stereotyp filologa klasycznego w USA. Poważnie. Jak na razie wynika z kawiarczych obserwacji, na Dzikim Zachodzie jest w ludziach jakaś elastyczność, która pozwala na zgłębianie tajemnic antyku w sposób nowatorski czy – po prostu – ciekawy, a której brakuje w Polsce.
Fraa musi tutaj dać przykłady. Musi, bo szkoda, żeby te nazwiska znali wyłącznie filolodzy klasyczni.

Nazwisko pierwsze: Bruce Duncan MacQueen.
W Iowa zrobił doktorat z filologii klasycznej, co nie przeszkodziło w późniejszym zaangażowaniu się w kwestie medyczne. Pozornie dość dziwne połączenie, ale w rzeczywistości profesor MacQueen dysponuje wiedzą, którą ma mało który filolog klasyczny. W związku z tym może swobodnie prowadzić wykłady, w których wyjaśnia, co bawi w komediach Plauta i dlaczego czytając jakiś konkretny fragment, człowiek się śmieje (jeśli mieliście Państwo do czynienia z filologią klasyczną – jak często przy tej okazji pojawiał się schemat mózgu na tablicy i/lub w zeszycie?).
Fraa jest przekonana, że wykłady profesora MacQueena są unikalne na skalę krajową. Pozwalają spojrzeć na teksty i na historię starożytną z zupełnie innej perspektywy, a perspektywę tę umożliwiło właśnie połączenie dwóch ekstremalnie różnych dziedzin: filologii klasycznej i neurolingwistyki.

Nazwisko drugie: Bernard Frischer.
Filolog klasyczny, ale chyba jednak potrafi wkręcić żarówkę. Po pierwsze, jest dyrektorem tego. Po drugie, jednym z projektów profesora Frischera jest Rome Reborn – coś absolutnie genialnego i unikalnego. Profesor Frischer odtwarza w 3D Wieczne Miasto. Można podziwiać zarówno zdjęcia odtworzonego Rzymu, jak i całe animacje, w których profesor funduje wycieczkę po stolicy dawnego Imperium.

Colossus i Colosseum

Forum Romanum

Marsjasz



Fraa może tylko zapytać – dlaczego takie projekty nie powstają w Polsce? Dlaczego w Polsce filolog klasyczny musi funkcjonować jako oderwany od współczesnej rzeczywistości fanatyk, który nie wie co się dookoła niego dzieje? Potrafi za to rozpoznać, że trzy smętne kolumny to świątynia Kastora i Polluksa, tyle tylko, że ta wiedza przecież i tak nikomu do niczego nie jest potrzebna...

Ale na bogów – przecież to wszystko jest, a na pewno może być ciekawe. Wystarczy ruszyć wyobraźnią.

 

 

Ktoś z pijących wraz z Anacharsisem zobaczył w czasie uczty jego żonę i powiedział:
– Aleś ty szpetną kobietę poślubił, Anacharsisie!
Odpowiedział:
– I mnie się tak zdaje. Ale dolej mi, chłopcze, mocnego wina i mniej wody, niech ją zrobię piękną.

[Atenajos 10, 445 f]

23:28, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (11) »
sobota, 15 maja 2010

I oto koniec sobotnich zaległości. Fraa jest z siebie dumna.

Ponieważ to ten wpis jest u góry, tutaj Fraa zwróci uwagę, że właściwie tego odcinka nie należy oglądać ani czytać. To znaczy nie przed zerknięciem do dwóch poprzednich odcinków, których co prawda nie było, ale które w końcu się pojawiły.

Fraa postara się wreszcie jakiś odcinek wrzucić bez opóźnień, aczkolwiek realnie patrząc, raczej czarno to widzi.

W tym miejscu Fraa pragnie wyrazić podziękowania dla Kalevatar z Przyczajonej Logiki..., bo to jej tekst (Ctrl+F → potworem) wbił się tak mocno w kawiarczą pamięć, że ostatecznie musiał pojawić się gdzieś tutaj.

 

 

Uploaded with ImageShack.us

piątek, 14 maja 2010

GryfO czym Fraa już wspominała w poprzedniej notce, to związek Arimaspów z gryfami. Mity dotyczące tego tajemniczego ludu mówiły o walce i o tym, że jeśli porwie się pisklę gryfa, można je sobie wytresować.

Michael Heaney sugeruje, że to powiązanie było jeszcze silniejsze, a akcent był położony zupełnie na coś innego.
Rzecz w tym, że jest całkiem prawdopodobne, iż Scytowie mogli natknąć się na kości protoceratopsa. Widząc tak niezwykły szkielet, najprawdopodobniej stwierdzili, że to martwy gryf. Więc coś musiało go zabić. Zabić w walce. Musiała być walka. Ktoś walczył. I tak, wskutek całkiem logicznego wywodu, Scytowie mogli dojść do legendy o Arimaspach. Wkrótce jednak mit przeobraził się w ten sposób, że to Amazonki zajęły miejsce Arimaspów w walce z gryfami. Arimaspowie nie byli więcej potrzebni, ale gryfy trwały.

I to gryfy, a nie Arimaspowie, przetrwały wieki.

U Herodota ich jedyną rolą było pilnowanie złota przed barbarzyńskimi rabusiami. Z czasem jednak te stworzenia otrzymały potężną rolę symboliczną. Jean C. Cooper pisze:

„Gryf może być strażnikiem; (...) W tej szacie staje się symbolem słońca, nieba, złocistej poświaty o poranku. W postaci gryfa splatają się moce ziemi i niebios. Jako strażnik, uosabia czujność i nieprzejednanie.”

Podobne znaczenie przypisuje gryfowi Stanisław Kobielus:

„Gryf należy do mitologicznych zwierząt o szponach, dziobie i skrzydłach orła, korpusie lwa oraz ostro zakończonych uszach kota. Podobnie jak orzeł i lew gryf miał znaczenie solarne. (...) Łączył w sobie ziemską siłę lwa i niebiańską energię orła, partycypował w ten sposób w Boskiej sile i mądrości, w sferze ziemskiej i niebiańskiej. Ostro zakończone uszy były symbolem czujności. Z tej przyczyny w wielu kulturach był uważany za strażnika miejsc świętych, grobów, mauzoleów, skarbów, kopalń złota, które per analogiam uważane było za metal solarny.”

Pojmowany w ten sposób gryf wykracza poza tradycję antyczną i sięga korzeniami do kultury semickiej. Martin L. West wskazuje na wspólną etymologię nazwy grúps oraz hebrajskiego kerûb. Również symbolika cheruba odpowiada znaczeniu gryfów: cherubin jest strażnikiem. W Księdze Rodzaju można przeczytać:

„Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił przed ogrodem Eden cherubów i połyskujące ostrze miecza, aby strzec drogi do drzewa życia.” (Rdz 3, 24)

A więc tak jak gryfy Ajschylosa prowadzą walki z Arimaspami w mitycznej krainie, przez którą przepływa rzeka Plutona, tak samo cheruby w Biblii strzegą cudownego miejsca – Edenu i drzewa.
Cherub jednakże stoi nie tylko u bram ogrodu, z którego Bóg wygnał Adama i Ewę. W opisie Arki Przymierza, w Księdze Wyjścia, również mowa jest o dwóch cherubach ze złota, które mają zakrywać przebłagalnię skrzydłami. Znów w Świątyni w Jerozolimie miały się znaleźć dwa posągi uskrzydlonych cherubów (2Krn 3, 10-13). A więc są to kolejne przykłady na to, że cherubiny – tak jak gryfy – miały być strażnikami w świętych lub cudownych miejscach. A dopełnieniem tego wizerunku jest fragment z Ezechiela:

„Jako wielkiego cheruba 
opiekunem ustanowiłem cię 
na świętej górze Bożej, 
chadzałeś pośród błyszczących kamieni.” (Ez 28, 14)

Jest jeszcze inne podobieństwo, choć może nie tak oczywiste. W Psalmie 99 można przeczytać:

„Pan króluje: drżą narody; 
zasiada na cherubach: a ziemia się trzęsie.” (Ps 99, 1)

Analogicznie w Prometeuszu skowanym u Ajschylosa, kiedy do tytana przybywa Okeanos, dosiada on gryfa. Ale jak Fraa już powiedziała: nie jest to tak oczywiste. Problem w tym, że Ajschylos nie wspomniał bezpośrednio o gryfie, ale o „czworonożnym ptaku” (τετρασκελὴς οἰωνός – w. 396-397). Stanisław Witkowski w interpretacji tego fragmentu bierze pod rozwagę hippokampa, co by wydawało się o tyle logiczne, że hippokampy, w przeciwieństwie do poświęconych Apollonowi gryfów, były związane z bóstwami morskimi. Ale tu znów pojawia się kłopot, jako że hippokampy miały dwie nogi, a nie cztery.

W każdym razie Fraa z czystym sumieniem może stwierdzić, że mit o gryfach przyjął się na gruncie greckim. Po Aristeasie, Ajschylosie i Herodocie, wspomniał o nich Ktezjasz (znów jako o strażnikach złota), Pliniusz Starszy (ten z kolei pisał o gniazdach zawierających złoto), a dalej Pauzaniasz (przypomniał mit w wersji Aristeasa). Średniowiecze chętnie przejęło gryfy jako symbol dwoistej natury Chrystusa, aż w końcu mityczne stworzenie trafiło do heraldyki.

Co ciekawe (no, przynajmniej Fraa uważa, że to ciekawe), Adrienne Mayor twierdzi, że nawet przekaz o złotych gniazdach gryfów dowodzi prawdziwości tych stworzeń. Argumentem jest tu przykład sroki, która również zbiera w gnieździe błyszczące przedmioty. Być może więc podobnie postępowali jacyś krewni lub potomkowie protoceratopsa.

Mimo niewykluczonej prawdziwości gryfa, warto pamiętać, że stworzenie to nie różniło się właściwie od innych mitycznych bestii: stanowi połączenie dwóch zwierząt, tak jak harpia to pół-kobieta, pół-ptak, a pegaz to koń ze skrzydłami. Czy wspomniany wcześniej hippokamp: częściowo koń, a częściowo ryba. Będąc zlepkiem lwa i orła, gryf jest jednocześnie połączeniem tego, co symbolizuje lew i co symbolizuje orzeł. Nawet jeśli jacyś Scytowie znaleźli szczątki dinozaura w okolicach Tien Szan, nie ma powodów przypuszczać, że odbiło się to jakkolwiek na późniejszym podejściu Greków do tych stworzeń. Prawdopodobnie gryf szybko oderwał się od swoich korzeni i dołączył do innych fantastycznych bestii zamieszkujących nieznane Grekom tereny.



Lektury podstawowe:

  • Ajschylos, Prometeusz skowany. Persowie, red. S. Witkowski, tłum. J. Kasprowicz, Wrocław 2005
  • M. L. West, Wschodnie oblicze Helikonu, tłum. M. Filipczuk, T. Polański, Krakow 2008
  • J. C. Cooper, Zwierzęta symboliczne i mityczne, tłum. A. Kozłowska-Ryś, L. Ryś, Poznań 1998
  • S. Kobielus, Bestiarium chrześcijańskie, Warszawa 2002
  • W. Dobrowolski, Mity morskie antyku, Warszawa 1987
  • J. Schnayder, Z greckiej fantastyki podrożniczej [w:] Meander, 1947 nr 1
  • K. Głombiowski, Hekatajos z Miletu o ziemiach i ludach wschodu [w:] Meander 1971
  • A. Mayor, M. Heaney, Griffins and Arimaspeans [w:] Folklore, 1993 nr 1-2
22:04, fraa_farara , Mity
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 maja 2010

Farinelli: ostatni kastratFraa nie zamierza ukrywać: jest muzycznie upośledzona. Rozpozna paręnaście utworów Mozarta, nawet obstawi te, które są z opery Don Giovanni (no dobra, głównie chodzi tu o uwerturę...), ale to tylko dlatego, że Fraa lubi twórczość Mozarta. Bo na operze tak ogólnie, to Fraa kompletnie się nie zna i nie ma o tym pojęcia.
I tak jakoś się dzieje, że Fraa historię muzyki poznaje z filmów. W swoim czasie był genialny Amadeusz, ostatnio Farinelli: ostatni kastrat, a niebawem pewnie przyjdzie pora na Kopię Mistrza.

Film Farinelli: ostatni kastrat (Farinelli: il castrato) z 1994 roku, wyreżyserowany przez Gérarda Corbiau, przedstawia losy dwóch braci – Carlo (Stefano Dionisi) i Riccardo (Enrico Lo Verso) Broschi, z których jednego świat poznał jako genialnego śpiewaka Farinelli'ego, a drugi był utalentowanym i docenianym kompozytorem. To znaczy był, ale nie w filmie.

No właśnie – jakkolwiek Fraa naprawdę pozytywnie ocenia tę produkcję, to jednak ma poważne zastrzeżenia co do koncepcji głównych bohaterów.

Po pierwsze: wygląd. Kiedy się robi film o postaciach historycznych, warto zwrócić uwagę na portrety i/lub opisy, żeby maksymalnie upodobnić bohatera filmowego do autentycznego odpowiednika. Tutaj podobieństwa nie ma, niestety, za grosz:


Carlo BroschiCarlo Broschi - film

 

Riccardo BroschiRiccardo Broschi - film

Jeśli w ogóle chodzi o Riccardo, to w filmie jest on niezbyt utalentowanym, nieco neurotycznym typem, który całe życie żerował na powodzeniu brata, zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i kobiety. Fraa może się najwyżej domyślać, jakie było uzasadnienie dla przedstawienia kompozytora jako małego, zazdrosnego człowieczka. Być może chodziło o uwypuklenie tragedii tytułowego bohatera i o pokazanie jego geniuszu.

No właśnie – życie kastrata bez wątpienia w pewnej mierze było tragiczne. Choć Farinelli akurat miał szczęście: Fraa dowiedziała się, że we Włoszech rocznie kastrowano około czterech tysięcy chłopców. Stanowili narzędzie, za pomocą którego rodziny – zazwyczaj ubogie – usiłowały się wzbogacić. Tymczasem w danym czasie prawdziwą sławę i bogactwo zdobywała w najlepszym razie setka kastratów. Pozostali byli już tylko okaleczonymi mężczyznami, którzy ewentualnie mogli śpiewać w chórach kościelnych. Częste były przypadki samobójstw. Carlo Broschi zdobył uznanie królów, przyczynił się do upadku teatru Händla, a więc osiągnął wszystko to, co mógł osiągnąć jako kastrat. Wciąż jednak był tylko narzędziem w rękach rodziny, okaleczonym przecież jako dziecko, a więc można się domyślać, że wbrew woli. No, chyba że ktoś potrafi wyobrazić sobie scenę, w której mały chłopiec wchodzi do salonu, ciągnie matkę za skraj sukni i mówi: „Mamo, mamo, utnijcie mi jajka, chcę cienko śpiewać, a dziewczyny i tak są gupie!”.
Fraa myśli, że to właśnie na ten tragiczny aspekt życia Farinelli'ego chciał zwrócić uwagę Corbiau w filmie i to dlatego trzeba było nieco zmienić postać Riccarda.

Jakkolwiek Fraa na muzyce się nie zna i cały czas zadaje sobie pytanie, dlaczego zamiast faceta śpiewającego jak baba ludzie w siedemnastym i osiemnastym wieku nie woleli słuchać po prostu prawdziwej baby, to jednak film obfituje w naprawdę robiącą duże wrażenie muzykę. Partie kastrata wykonuje polska sopranistka, Ewa Małas-Godlewska wraz z amerykańskim kontratenorem, Derekiem Lee Raginem. Głosy tych dwojga cyfrowo zmiksowano, żeby osiągnąć efekt śpiewu Farinelli'ego. Być może ktoś, kto ma lepszy słuch, niż Fraa, mógłby w istocie usłyszeć w filmie to, o czym pisze w wywiadzie Cecilia Bartoli, włoska mezzosopranistka:

Istnieje tylko jeden zapis śpiewu kastrata. Czy był dla pani punktem odniesienia?

Alessandro Moreschi śpiewał w Kaplicy Sykstyńskiej i był przyzwoitym śpiewakiem, ale na pewno nie wybitnym. Nagranie jest bardzo słabe, wykonawca zaś leciwy. Nie mamy więc dobrego przykładu śpiewu kastrata i nigdy go mieć nie będziemy. Jednak nawet na tych zachowanych próbkach słychać, że mamy do czynienia z prawdziwym, pełnym głosem. To nie jest kontratenor. I – oczywiście – nie jest to falset. To głos, jakiego współczesne ucho nie słyszało. Wysoki i silny, naturalny. Bowiem tajemnicą śpiewu kastratów było połączenie kobiecej skali głosu z męską siłą. Czy potrafimy sobie wyobrazić sopran z klatką piersiową mężczyzny? To namiastka kastrata.

 

Oprócz muzyki, film ma do zaoferowania fantastyczne, barwne stroje, barokowe wnętrza pałaców i teatrów oraz piękne dekoracje sceniczne. Wszystko to przenosi widza w świat osiemnastowiecznej opery i pozwala śledzić losy Carla Broschi nawet jeśli ktoś nie jest szczególnie zainteresowany historią kastratów. Zresztą, trzeba tu dodać, że Farinelli: ostatni kastrat został nagrodzony Złotym Globem (najlepszy film nieanglojęzyczny), dwoma Césarami (scenografia i dźwięk) oraz był nominowany do Oscara w kategorii: najlepszy film nieanglojęzyczny.

Inna rzecz, że polski tytuł jest mylący: Farinelli w żadnym razie nie był ostatnim kastratem. Był jednym z najwybitniejszych, to prawda – obok takich nazwisk jak Senesino czy Caffarelli. Prawdziwy ostatni kastrat nazywał się Alessandro Moreschi, o którym mówiła Cecilia Martoli, że jego śpiew jest raczej mierny. Tu Fraa doda, że Moreschi zmarł w 1922 roku, a to uświadamia, jak bliską historią są występy tych okaleczonych mężczyzn.

Ach, no i Fraa musi wspomnieć jeszcze jedno: w filmie pojawia się znana z Lexxa Xev, czyli Xenia Seeberg. Nie jest wymieniona w czołówce, a występ trwa mgnienie oka, podczas którego aktorka uśmiecha się do braci siedzących przy stole i wychodzi, ale jednak Fraa od razu wiedziała, że to ona. W czepeczku i z pieczonym świniakiem pod pachą – nadal wygląda jak Xev.







– Słyszysz to, Riccardo? Mimo wszystko, nie jesteś głuchy. Zastępujesz inspirację wirtuozerią. Te wszystkie ozdobniki i wokalizy... Te wszystkie dekoracje, które piętrzysz w swoich partyturach!
– Wymyśliłem to dla twojego głosu.
– Zapomnij o moim głosie!
– Nie mogę. Wiesz, że nie mogę. Obiecałem naszemu ojcu.
– Lepiej myśl o muzyce. Powinna dotykać serca. Odkrywać prawdę, pierwotne uczucia. Chcę by twoja muzyka budziła ten fragment nieskończoności, który leży uśpiony pomiędzy dzwonkami. To jest to, o co cię proszę.
– Co za niewdzięczność! A co z „Orfeuszem”?
– „Orfeusz”! „Orfeusz” nie istnieje. Nigdy go nie skończysz.

21:57, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 maja 2010

Gryf i ArimaspJakiś czas temu Fraa liznęła nieco tematykę Scytów, a wraz z tym – Arimaspów i innych mitów związanych z tym regionem. I musi przyznać, że to naprawdę ciekawe. Czy będzie równie ciekawe dla Państwa – cóż, czas pokaże.
Albo i nie.

Zacząć należy od tego, że zdaniem Herodota, pośrednią przyczyną znalezienia się Scytów w obszarze nadczarnomorskim miała być agresja ludów znajdujących się daleko na niedostępnym wschodzie:

„Wszystkie te ludy, z wyjątkiem Hiperborejczyków, zawsze miały zaczepiać swych sąsiadów, przy czym rozpoczynali Arimaspowie; i tak przez Arimaspów wypędzeni zostali ze swego kraju Issedonowie, przez Issedonów Scytowie; Kimmeriowie zaś, którzy mieszkali nad morzem południowym, opuścili swój kraj, napierani przez Scytów.” (Hdt IV, 13)

I o ile Herodot bardzo szczegółowo i barwnie opisuje Scytów i ich tryb życia, o tyle wzmianki o ludach mieszkających dalej na północ i na wschód prezentują się nader skromnie. Ponoć był jeden poeta, na wpół legendarny poeta Aristeas z Prokonnezu, który widział na własne oczy tamte plemiona i stworzył dzieło Arimaspea, ale z jego relacji Herodot przekazuje tylko:

Aristeas, syn Kaystrobiosa z Prokonnezu, poeta epiczny, opowiada, że natchniony przez Apollina przybył do Issedonów i że za Issedonami mieszkali Arimaspowie, mężowie o jednym oku; za tymi pilnujące złota gryfy, a za tymi Hiperborejczycy” (Hdt IV, 13)

Tożsamość rzeczonego Aristeasa, jak również czas jego życia, stanowiły zagadkę już dla starożytnych. Strabon podaje, że poeta był nauczycielem samego Homera – rozwijając tę teorię, geograf stwierdza, że Cyklopi z Odysei są legendą wywodzącą się od Arimaspów. I choć tak naprawdę wciąż nie wiadomo, kiedy Aristeas żył, to jednak powiązanie walczącego z gryfami plemienia oraz Cyklopów sprawia całkiem przekonujące wrażenie.

Już same nazwy, choć na pierwszy rzut oka nie wyglądają podobnie, wykazują jednak sporo wspólnych cech. Herodot pisał, że po scytyjsku arima znaczy „jeden”, a spu – „oko”. Z kolei termin kyklops (κύκλωψ) tłumaczy się jako „pierścieniooki”. Czyli w obu przypadkach chodzi o oko – jedno okrągłe oko na środku czoła.
Inna sprawa, że Herodotejska etymologia nazwy „Arimaspowie” wcale nie musi być tą właściwą. Według Michaela Heaney'a nazwa ta pochodzi od „pustynnego konia” czy też „posiadacza pustynnego konia”, co logicznie łączyłoby się z faktem, że na terenie zamieszkałym przez Arimaspów występował koń Przewalskiego.
Fraa jednak nie potrafi odrzucić powiązania Arimaspów z Cyklopami. Nie chodzi tu nawet tylko o jedno oko, ale też o tryb życia. Bądź co bądź, Cyklopowie mieli być pomocnikami Hefajstosa w kuźni, wykuwali pioruny dla Dzeusa, wykuli trójząb dla Posejdona, czapkę-niewidkę dla Hadesa i inne atrybuty bogów, jak choćby łuk i strzały dla Apollona i Artemidy. Byli specjalistami w obróbce metali.
Tymczasem wśród starożytnych panowało przekonanie, że ta sztuka – sztuka obróbki metali – pochodzi z niegościnnej północy. Ajschylos nazywa Scytię „ziemią w żelazo plenną” (A. Pr., w. 303-304). Do ludu Chalybów (również rejon nadczarnomorski) tragik stosuje jedno, wiele mówiące określenie: „kowale” (οἱ σιδηροτέκτονες). Powtarza się więc człon σἱδηρος oznaczający stal, żelazo, czy po prostu żelazny przedmiot – broń lub narzędzie.
Siedziby Arimaspów miały znajdować się więc tam, skąd do Greków przybyła sztuka obróbki metalu. W dodatku tragik napisał, że Arimaspowie żyli nad rzeką Plutona, a πλοῦτος oznacza bogactwo lub skarb – a więc na przykład złoto, którego pilnowały gryfy i z którego ludzie mogliby wytwarzać ozdoby, naczynia i inne przedmioty (zresztą na obszarach nadczarnomorskich zamieszkiwanych przez Scytów i inne ludy znaleziono imponujące złote skarby). Nie ma więc powodów nie wierzyć, że Arimaspowie byli plemieniem górniczo-hutniczym, tak jak i Cyklopowie.
W takim przypadku zresztą istniałoby całkiem logiczne wyjaśnienie dla owego „oka” - chodziłoby tu o lampkę zainstalowaną na czole, taką jakiej używali Grecy, gdy zapuszczali się w głąb kopalni, o czym pisał Kazimierz Michałowski:

„Prócz tego górnicy przytwierdzali sobie niekiedy do czoła małe lampki oliwne o jednym knocie, które nadawały im w ciemnościach wygląd jednookich cyklopów mitycznych."

Cały przekaz o Arimaspach byłby więc zmitologizowaną wersją opowieści o żyjącym na północ od Scytów plemieniu górniczo-hutniczym, którego wersja jeszcze bardziej zmitologizowana, to Cyklopowie.

Jednak nie na tym koniec.
Zabytki znad Morza Czarnego wyraźnie wskazują na popularność legendy Arimaspów w V-IV w. p.n.e. (a tak, Fraa całe życie używała formy „przed naszą erą” i nie zamierza tego zmieniać na żadne „przed Chrystusem” – tym bardziej, że od dawna wiadomo, iż Chrystus w żadnym razie nie narodził się w roku zerowym). Na licznych znaleziskach znajdują się wizerunki Arimaspów walczących z gryfami o złoto, którego te pilnowały.

W IV w. p.n.e. pojawiła się jednak pewna niejasność co do tożsamości przedstawianych wojowników. U Herodota wszystko jest jasne: są Arimaspowie, za nimi są gryfy. Amazonki też gdzieś są, ale to oddzielna bajka – to plemię wojowniczych kobiet, które walczyły ze Scytami, by ostatecznie się z nimi zmieszać. Jednak w sztuce nadczarnomorskiej stopniowo zatarły się różnice między ludami.

W VI w. p.n.e. znana była legenda o walce Amazonek z Hellenami. Kobiety te nosiły grecką odzież, a od przeciwników odróżniały się jedynie jaśniejszym odcieniem skóry (tak starożytni zaznaczali płeć na malowidłach). Stopniowo jednak zaczęto przedstawiać Amazonki w scytyjskim ubraniu i ze scytyjskim uzbrojeniem, a w IV w. p.n.e., oprócz Hellenów, dodawano im nowych przeciwników, a wśród tych – gryfy. Tak jak Arimaspowie.

W konsekwencji tego przemieszania mitów, często trudno stwierdzić, kto tak naprawdę został przedstawiony w scenie walki z mitycznymi zwierzętami poświęconymi Apollonowi: Arimaspowie czy Amazonki. Bo ani kolor skóry nic nie powie (scytyjskie odzienie zakrywało całe działo), ani fryzura (włosy były schowane pod scytyjskimi czapkami), ani nawet liczba oczu (postacie przedstawione z profilu).
I tak Arimaspowie powoli zaczęli znikać ze sceny.



Lektury podstawowe:

  • Herodot, Dzieje, przeł. S. Hammer, oprac. R. Turasiewicz, Wrocław 2005
  • Ajschylos, Tragedie, przeł. i oprac. S. Srebrny, Kraków 2005
  • K. Michałowski, Praca górnika i hutnika w starożytnej Grecji, Warszawa 1949
  • S. West, Aristeas u Herodota, tłum. W. Juszczak [w:] Konteksty: polska sztuka ludowa, red. Z. Benedyktowicz, 2003 nr 3-4
  • A. Mayor, M. Heaney, Griffins and Arimaspeans [w:] Folklore, 1993 nr 1-2
  • K. Rekucka-Bugajska, Elementy wierzeń i mitologii związane z metalurgią w starożytnej Grecji [w:] Nowy Filomata, red. S. Stabryła, 1999 nr 1
  • M. Nowicka, L. Press, Od Fanagorii do Apollonii, Warszawa 1962
  • L. I. Albaum, B. Brentjes, Strażnicy złota, tłum. A. Reiche, Warszawa 1982
  • Scythian art: the legacy of the Scythian world: mid-7th to 3rd century B.C., red. N. Kutovoi, tłum. V. Sobolev, Leningrad 1986
  • G. Sokolov, Antique art on the northern Black Sea coast, Leningrad 1974
  • M. Treister, Masters and Workshops of the Jewellery and Toreutics from Fourth-Century
  • Scythian Burial-Mounds [w:] Scythian and Greeks, red. D. Braund, Exeter 2005
20:28, fraa_farara , Mity
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 maja 2010

Większość ludzi pewnie kojarzy Rowana Atkinsona głównie z Jasiem Fasolą. Kiedy w swoim czasie rozeszła się wieść, że ten brytyjski aktor ma zagrać jakąś turbomroczną postać w którymś Harrym Potterze, Fraa widziała w Internecie mnóstwo opinii, że no wszystko pięknie, ale Jaś Fasola nie pasuje do tego bohatera. A przecież Rowan Atkinson to nie tylko strojący głupie miny, sympatyczny przygłup. Wystarczy wspomnieć Cienką niebieską linię albo Czarną Żmiję.
I właśnie o tej ostatniej produkcji Fraa chce powiedzieć parę słów.

Konia za krolestwoNa serial Czarna Żmija (1983-1989 rok) składają się cztery serie, z których każda liczy po sześć odcinków. Sam Rowan Atkinson, poza odgrywaniem głównej, tytułowej roli, zajął się również scenariuszem do pierwszej serii, jednakże później z tego zrezygnował, zostawiając to zadanie Richardowi Curtisowi – wskutek braku popularności, serial musiał przejść gruntowne przeobrażenie.
Rzeczywiście, pierwsza część – Czarna Żmija: Królestwo za konia (w oryginale: po prostu The Black Adder) – wyraźnie różni się od kolejnych. Tytułowy Czarna Żmija, czyli książę Edmund, syn Ryszarda IV, siostrzeńca Ryszarda III (który, nota bene, wygrał wojnę Dwóch Róż), jest przygłupem. Co prawda usiłuje być sprytny, no i – w przeciwieństwie do Jasia Fasoli – odzywa się, ale to Baldrick (Tony Robinson), sługa, jest tym inteligentnym i pozostali bohaterowie polegają na jego „szczwanych planach”. 
Za tą częścią serialu Fraa nie przepada jakoś do szaleństwa. Czarna Żmija jest tam – jakby to rzec – mało czarnożmijowaty.
Warto natomiast wspomnieć tutaj o odcinku pilotowym, który diametralnie różni się od kolejnych epizodów pierwszej serii. Pierwotnie więc Edmund był jednak inteligentny, taki jak w późniejszych częściach. Właściwie szkoda, że nie trzymano się tego projektu, za to całe szczęście, że w rolę Baldricka wcielił się ostatecznie Robinson, bo Philip Fox absolutnie nie mógł się z nim równać (odcinek ten można obejrzeć chociażby na Youtubie).

Glupek RenesansuPrawdziwa rewelacja jednak zaczyna się do drugiej części: Czarna Żmija: Głupek Renesansu (The Blackadder II – istotny jest tu łączny zapis, jako że z początkowego przydomka Black Adder, któryś z potomków Edmunda uczynił nazwisko). Rzecz się dzieje za rządów Elżbiety I, głupiutkiej, okrutnej i bardzo rozwydrzonej królowej, która ścina wszystko co się rusza i na drzewo nie ucieka, chyba że ofierze uda się ją rozbawić albo przekupić jakimś atrakcyjnym prezentem. Co ciekawe, w tej roli występuje Miranda Richardson. I jest niezrównana.
Widz poznaje potomka Edmunda z pierwszej części. Lord Czarna Żmija pojawia się już jako dystyngowany dworzanin, prawdziwie arystokratyczny, inteligentny, błyskotliwy, choć nadal dość pechowy. Oczywiście tuż zanim postępuje, zawsze wierny, Baldrick, który w tej serii ustala już swoją pozycję jako etatowego głupka, brudnego i paskudnego sługi o inteligencji paproci. Jego bezradność i ogrom dobrej woli sprawiają jednak, że Baldricka nie da się nie lubić. Jest też lord Percy (Tim McInnerny), który uważa się za najlepszego przyjaciela Edmunda, choć w istocie Czarna Żmija chciałby go trzymać jak najdalej od siebie.
Bohater musi zmagać się z nienawiścią lorda Melchetta (Stephen Fry), z dowcipami i zachciankami królowej, głupotą Baldricka i innymi przeciwnościami, takimi jak konieczność porozmawiania o spadku z purytańską rodziną, podczas gdy urządza się konkurs picia, jak miłość do dziewczyny, o której się myśli, że jest chłopcem, jak niebezpieczna podróż morska i wieloma innymi.
W ostatnim odcinku pojawia się niemiecki książę Ludwig, a więc po raz pierwszy pojawia się niezrównany Hugh Laurie, który pełnię możliwości pokaże w kolejnej serii.

Rozwazny i RomantycznyFraa nigdy nie może się zdecydować, która część Czarnej Żmii jest jej ulubioną. Skłania się właśnie ku trzeciej, czyli Czarna Żmija: Rozważny i romantyczny (Blackadder the Third). Akcja rozgrywa się na początku XIX wieku, podczas rządów Jerzego, księcia Walii (czyli Hugh Laurie w najlepszej roli wszech czasów), który pod względem głupoty idzie ramię w ramię z Baldrickiem, do tego cechują go rozrzutność, pijaństwo, naiwność i słabość do kobiet. Edmund, inteligentny i wyrachowany lokaj, tym razem nie musi się obawiać egzekucji, tak jak jego przodek, ale ma za to wielkie ambicje. Głupota księcia jednocześnie mu pomaga i przeszkadza – bo z jednej strony łatwo manipulować Jerzym, a z drugiej – książę Walii jest tak tępy, że nie można mu powierzać najprostszego zadania.
Jest coś tragicznego w losach Edmunda – otaczają go sami głupcy, wśród których on jest jedynym inteligentnym. Chciałby się wyrwać ze służby księcia Jerzego, zdobyć fortunę i władzę, ale ciągle coś w tym przeszkadza.
W tej serii istotną postacią jest również pani Miggins (Helen Atkinson-Wood), która prowadzi podrzędną spelunę i zaopatruje kuchnię księcia.

Hugh Laurie - George
I wojna

Serial zamyka czwarta część, Czarna Żmija: Jak spędziłem I wojnę światową (The Blackadder Goes Forth). Rzecz się dzieje w okopach, w których spędzają czas kapitan Edmund, szeregowy Baldrick oraz porucznik George (czyli znów Hugh Laurie). Czarna Żmija porzuca aspiracje przodków i nie chodzi mu już o zdobycie fortuny i władzy, ale po prostu na przeżyciu. Przez sześć odcinków Edmund wciąż miga się od wykonywania rozkazów i od ruszenia do walki. W tej serii ponownie pojawiają się też znani z Głupka Renesansu Tim McInnerny jako kapitan Kochanie oraz Stephen Fry jako generał Melchett, a również Rik Mayall, czyli Łonogrzmot.

Fraa musi przyznać, że Czarna Żmija jest chyba jej ulubioną postacią z seriali. Inteligentny, wyrachowany i złośliwy – tak właśnie, złośliwy, a nie chamski. To jest piękne. To jest piękne w ogóle w angielskim humorze, który Fraa bardzo ceni.
Większość akcji dzieje się we wnętrzach. Zazwyczaj w każdej serii są dwa-trzy takie pomieszczenia. Jedynie w Konia za królestwo pojawiają się większe plenery, z których jednak później twórcy serialu zrezygnowali.
Atrakcyjność Czarnej Żmii leży głównie w teksach – dla nich warto całość obejrzeć.





– Baldrick, go forth into the streets and announce that Lord Blackadder wishes to sell his house. Percy, just go forth into the streets.

17:56, fraa_farara
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 maja 2010

Ciąg dalszy wpisu z zeszłej niedzieli. To naprawdę nie jest żaden celowy proceder, po prostu blox.pl jakoś nie dopuszcza do siebie myśli, że ktoś może chcieć zamieścić dłuższy wpis... Fraa jest wobec takiego objawu złej woli bezradna.

 

 

cdByć może nastał czas, w którym tak naprawdę żadna organizacja pośrednicząca między artystą a odbiorcą nie jest potrzebna. Być może niektórym trudno się z tym pogodzić, ale Internet umożliwia na tyle sprawną wymianę tekstów, filmów czy utworów muzycznych, że dystrybucja w obecnej formie jest co najmniej archaiczna. Nie zatrzyma się tak zwanego „piractwa” samym krzykiem, tu trzeba głębszych i bardziej przemyślanych przemian. Jeśli dystrybutor tłumaczy, że ceny płyt poszły w górę, bo ludzie ściągają je z sieci, zamiast kupować legalnie, to popada się w błędne koło. Podniesienie cen przecież niczego nie poprawi, a może jedynie pogorszyć. Kto przy zdrowych zmysłach wyda co najmniej pięćdziesiąt złotych na coś, co może mieć – szybciej i wygodniej – za darmo? To samo dotyczy filmów: kto kupi film za dwieście złotych (no przecież ceny filmów na DVD w większości zależą wyłącznie od tego, jaką popularnością cieszy się tytuł – „Ojciec Chrzestny” nadal kosztuje jakieś bajońskie sumy, a takiego na przykład „Rambo: Pierwsza krew” Fraa nabyła za bodaj pięć czy siedem złotych), skoro może mieć za darmo, w dodatku w lepszym tłumaczeniu? Żeby nie szukać daleko, Fraa ostatnio kupiła tego nieszczęsnego „Henryka VIII” – przecież jak człowiek uświadamia sobie, że właśnie wydał swoje pieniądze na taką fuszerkę, to się odechciewa jakichkolwiek legalnych zakupów.
Skoro już przy słabej jakości oferowanych legalnie produktów mowa, Fraa nie może nie wspomnieć tutaj grach i ich polskich wersjach językowych wykonywanych przez Cenegę. Pierwszy z brzegu przykład to bodajże Warhammer: Mark of Chaos. Gra naprawdę miodnie zrobiona, gdyby tylko nie to nieszczęsne spolszczenie z błędami i kuriozalnymi lukami (ot, po prostu część kwestii była zostawiona w oryginale).
A kontynuując tematykę komputerową: innowacyjne zabezpieczenia gier hakerzy są w stanie rozgryźć w jeden dzień. Tyle zajmuje to tym, którzy bawią się w piractwo. Tymczasem te same innowacyjne zabezpieczenia sprawiają, że przeciętny klient, który kupi sobie tę legalną kopię, nie może później z niej korzystać, jak to miało miejsce w przypadku niedawno wypuszczonego Battlefield: Bad Company 2. W sieci pełno jest wiadomości pisanych przez rozgoryczonych klientów, którzy deklarują, że mogli ściągnąć sobie pirata i przynajmniej mogliby sobie teraz spokojnie grać. To nie - im się zachciało legalnej kopii i teraz są, za przeproszeniem, w dupie, a płytę mogą najwyżej porzucać psu w parku. Tu trzeba dodać, że cena Bad Company 2 wynosi, zdaje się, niemal sto czterdzieści złotych, a więc nie jest to kwota byle jaka.
Tymczasem jeśli już dystrybutorowi tak bardzo zależy na przyciągnięciu klientów i odciągnięciu ich od nielegalnego kopiowania, to chyba należałoby zachęcić chociażby jakością produktu. Skoro można mieć coś za darmo w lepszej wersji, to za co w takim razie miałoby się płacić? Za niedoróbki? A kto zapłaci za nie klientowi?

A skoro Fraa już wspomniała o całkowitej swobodzie pod względem cen płyt DVD, to pozwoli sobie tutaj dodać, że kiedy w swoim czasie odwiedziła Niemcy, to z zaskoczeniem zauważyła, że w przeliczeniu ceny płyt w Niemczech i w Polsce są niemal jednakowe. Tymczasem średnie zarobki w Polsce wynoszą około dwóch tysięcy złotych, podczas gdy w Niemczech – tyleż w euro (stan na 2009 rok).

Inną śmieszną sprawą jest kopiowanie książek, ot – choćby podręczników. Kiedy Fraa była w podstawówce, zawsze pod koniec i na początku roku szkolnego kwitł handel podręcznikami. Dzieciaki, jeśli tylko nie pobazgrały zanadto swoich książek, mogły sprzedać je kolejnym rocznikom. Ot, takie pierwsze podejście do zarabiania pieniędzy. Tym bardziej, że za nowe podręczniki buliło się naprawdę pokaźne kwoty. Tymczasem Fraa jakiś czas później dowiedziała się, że był to proceder nielegalny. Zresztą, w tej chwili nawet nie jest to możliwe do dalszego kultywowania, bo zamiast normalnych książek, gdzie można lekko pisać ołówkiem, potem wytrzeć i sprzedać, uczniowie mają kretyńskie wyklejanki.
Ale podręczniki to temat na oddzielny wpis...
Grunt, że stary, dobry handel podręcznikami jest karalny, a Fraa najwyraźniej dorastała w środowisku ciężko skażonym kryminałem.

I wreszcie Fraa przerwie swoje prywatne utyskiwania i odda głos Partii Piratów.
Fraa życzy powodzenia tej organizacji, jak również wszystkim Partiom Piratów w całej Europie (a tych jest bodajże czternaście).
Tutaj Fraa przytacza kilka fragmentów z wywiadów z członkami partii.

Wywiad – Tygodnik “NIE”
1 Kwiecień 2009 — Trójmiasto

 

Większości ludzi łatwo byłoby określić idealny model wymiany dóbr kultury: pojawia się nowy film, album jakiejś grupy muzycznej? Ściągamy je za darmo z internetu. Gdyby zapytać społeczeństwo, czy chce dostawać za friko także jedzenie, ubrania itp., z pewnością by na to przystało. Co z ludźmi, którzy stworzyli te dzieła? Reżyser i muzyk powinni zostać wynagrodzeni za swoją pracę, nie uważa Pan? Mają pecha – w przeciwieństwie do piekarza czy krawca – że można praktycznie bezkarnie bezpłatnie wejść w posiadanie ich wytworów.

Dzieło jest w praktyce drogą artysty do zysku i popularności, a nie celem samym w sobie. Piekarz zarabia na chlebie, bo pieczołowicie pracuje nad każdym bochenkiem, tak samo krawiec nad ubraniem, każda z tych rzeczy ma wartość dlatego, że została włożona w nie praca i materiały. Artysta przygotowuje się do każdego koncertu i za to należy mu się godziwe wynagrodzenie, ale utwór jest jeden, a stworzenie kopii tegoż nie wymaga ani pracy, ani materiałów. Nie mamy tu więc do czynienia z kradzieżą. Tak działa internet, po to został stworzony, aby powielać i rozpowszechniać informacje.
Na marginesie, warto wspomnieć, że ok. 2% kasy z każdej sprzedanej czystej płyty CD, DVD, dysku twardego i innych nośników danych idzie do kieszeni organizacji producenckich, takich jak ZAiKS. Głupi to pomysł czy nie, tak się dzieje.


Oraz:

Wywiad – Puls Biznesu
1 Kwiecień 2009 — Trójmiasto

Piraci chroniący dorobek kulturalny?

Oczywiście. Przede wszystkim popularyzują go, dzięki nowym technologiom, jak bezpośrednia wymiana plikami i system rekomendacji, dzięki czemu wzrasta zainteresowanie danym tworem. Naszym głównym postulatem jest chęć i realna potrzeba rozwoju społeczeństwa informacyjnego, poprzez wzajemną edukację i otwartość, tj. chęć dzielenia się wiedzą. Chodzi o to, że żaden utwór, żadne rozwiązanie techniczne, wynalazek, nie powstają same z siebie. Ich twórcy czerpią inspiracje z tego, co już powstało, z dorobku cywilizacji, twórczości innych ludzi. Na tym polega rozwój. Owoc ich myśli będzie, zatem inspiracją dla przyszłych pokoleń. W przeciwnym razie staniemy w miejscu zamiast się rozwijać. Myślę, że nie chcemy do tego dopuścić.

(...)

Twierdzicie, że prawo autorskie najlepiej wyrzucić do kosza a patenty są niepotrzebne

Mówi się, że patenty to synonim innowacji, ale to nieprawda, bo w rzeczywistości hamują postęp. W żaden sposób nie służą społeczeństwu, a jedynie eliminowaniu konkurencji. To oficjalnie sankcjonowana forma monopolu idei. Żaden patent nie powstaje przecież sam z siebie, lecz korzysta z dorobku technologicznego. Albert Einstein nie wymyśliłby Teorii Względności gdyby Newton i Leibniz nie wymyślili wcześniej rachunku różniczkowego. Ci zaś nie dokonaliby swego odkrycia gdyby nie teorii funkcji.

(…)

W waszym programie znalazłem hasło 3x otwartość. Otwartość na co?

Po pierwsze: otwarte oprogramowanie administracji, po drugie: otwarte standardy w urzędach i po trzecie: otwarte podręczniki, czyli darmowa edukacja

Otwarte, czyli…

Bezpłatne. To może wydać się dziwne, ale urzędy państwowe nakręcają piractwo komputerowe…

Chwileczkę, sugeruje pan, że urzędnicy państwowi przyczyniają się do piractwa komputerowego?

Tak, bo nie stosują otwartego oprogramowania a jedynie komercyjne. Co gorsze, wszystkie tworzone przez siebie dokumenty generują w formatach komercyjnych a nie otwartych a tym samym zmuszają wielu obywateli do łamania prawa.

W jaki sposób?

Żeby odczytać plik zapisany w Wordzie musisz mieć program Microsoftu, tak? A co zrobisz, jeżeli nie stać cię na wydanie kilkuset złotych na ten program? Jaką masz alternatywę? Dwie: albo nie przeczytać urzędniczego dokumentu albo złamać prawo i kupić program na lewo. 

Gdyby urzędnicy stosowali wolne oprogramowanie, czyli takie, z którego każdy może korzystać bezpłatnie ( np.: OpenOffice, KOffice i AbiWord), tego dylematu byś nie miał. Urząd nie ma prawa żądać od ciebie, nawet sugerować zakupu jakiegoś konkretnego programu, tylko po to abyś, jako obywatel mógł otworzyć państwowe dokumenty, które de facto są twoją własnością, bo powstały z twoich pieniędzy. Dlatego jednym z naszych postulatów jest wprowadzenie otwartych standardów wymiany danych w urzędach i archiwizacji dóbr społecznych.

(…)

Patenty, prawo autorskie, opensource, p2p. Co do tego mają… szkolne podręczniki? Bo w waszym programie o nich piszecie.

Wspieramy ideę wolnych podręczników dla polskich uczniów, jako najlepszy sposób na tanią i powszechną edukację. To ma związek z otwartymi standardami w urzędach. Wystarczy, że Państwo zamówi ich napisanie, ale nie drukuje, lecz udostępni za darmo na stronach rządowych. Powinno tak zrobić w zgodzie z Konstytucją RP. Art. 70 ust 2 brzmi: “Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna.”.

To minister zmuszający uczniów do kupowania podręczników łamie konstytucje RP?

Tak, moim zdaniem zmuszanie ludzi do kupowania podręczników szkolnych to łamanie prawa. Wystarczy skorzystać z alternatywnych rozwiązań. Tak jak to jest np.: w Norwegii.


Fraa nie ma w tym miejscu nic do dodania. Wywiady w całości dostępne na stronie Partii Piratów.

 

I Dilbert na miłe zakończenie dnia:

Dilbert by Scott Adams

22:21, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (4) »
sobota, 08 maja 2010

Wnikliwy widz zauważy, że pojawił się pewien wątek, który jest kontynuowany już przez kilka odcinków. Nie, Mody na Sukces nie będzie (chyba), tym niemniej Fraa pomyślała sobie, że czasem można pociągnąć jakiś temat nieco dłużej.

Przy tej okazji należy się parę wyjaśnień. Pojawią się one pod komiksem, coby nie spoilerować. Zaleca się nie czytać tekstu poniżej komiksu przed obejrzeniem komiksu jako takiego. No, chyba że oczywiście macie to Państwo w głębokim poważaniu, co też jest możliwe, wobec czego możecie Państwo czytać dowolnie, z "nie czytać wcale" włącznie.

 

Uploaded with ImageShack.us

 

A teraz do rzeczy:

  • Helena nie jest przypadkowym imieniem. To swego rodzaju hołd. Po więcej szczegółów Fraa odsyła zainteresowanych, którzy jeszcze dziwnym trafem się nie domyślili,  do obsady Gnijącej Panny Młodej i do zerknięcia, kto tytułowej Pannie Młodej podkładał głos w oryginalnej wersji.
  • Sukienka jest czerwona. Rękawiczki i kapelusz czarne, a sukienka - czerwona. Oczywiście tutaj tego nie widać, bo wszystko jest szaro-beżowe, ale Fraa zapewnia: czerwona.
  • Fraa jest ciekawa, czy można rozpoznać kwiatki.

 

PS. Jeszcze jedno: w Odcinku 19 pojawiły się trzy autentyczne postacie. Idąc od lewej strony, były to co następuje: ten pan, ta pani oraz ten pan. Za brak podobieństwa Fraa przeprasza.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12

Fraacja
Liczydło, a co!