Kategorie: Wszystkie | Film | Gry | Jedną Nogą w Grobie | Kawiarenka | Książka | Mity
RSS
piątek, 07 maja 2010

3DO wydało pierwszą część gry Heroes of Might and Magic w 1995 roku. Fraa najwyraźniej nie była w tamtym czasie zainteresowana grami komputerowymi, bo – o ile sobie przypomina – nigdy w to nie grała. Z dwójką z 1996 roku też się nieco rozminęła i zapoznała się z nią dużo później, kiedy już w najlepsze wsiąkła w trójkę, wydaną przez 3DO w 1999 roku.
No właśnie – przygodę z serią HoMM Fraa zaczęła od trzeciej części. Pewnie to stąd częściowo wynika fakt, że Fraa do tej pory uważa tę grę za majstersztyk i do dziś z przyjemnością do niej wraca. Jakkolwiek Fraa zgadza się, że oczywiście Heroes II stanowiło milowy krok w rozwoju całej serii, to jednak trójka o wiele lepiej przeszła próbę czasu choćby pod względem grafiki.
Na czwartą część serii Fraa pozwoli sobie spuścić zasłonę milczenia, a z kolei piątka – cóż, przyjdzie odpowiednia pora i na omówienie piątki.

Heroes of Might and Magic IIIHoMM III wciąż utrzymuje się w czołówce ulubionych kawiarczych gier. I grafika tutaj naprawdę nie jest najważniejsza. Choć trzeba przyznać, że od tej strony gra prezentuje się świetnie i – co ważniejsze – rewelacyjnie znosi upływ czasu. Rzecz w tym, że gra nie jest w 3D, a płaskie grafiki u progu XXI wieku można było robić już naprawdę zachwycające, bez śladów pikselozy i innych tego typu atrakcji. Dzięki temu nawet dziś Fraa grając stwierdza, że całość prezentuje się po prostu ładnie, gra sprawia wrażenie starannie wykonanej i dopracowanej. Widać to zarówno w wyglądzie surowców, jak i potworów czy bohaterów. Fraa jest również pełna podziwu dla różnorodności tychże bohaterów i miast. Właściwie każdy powinien być w stanie znaleźć tam coś dla siebie.

Ale skoro już Fraa zdecydowała się na tę wycieczkę sentymentalną, to trzeba jakoś to uporządkować. Toteż Fraa zacznie od tego – miasta:

Gracz ma do wyboru w podstawowej wersji osiem miast, wraz z dodatkiem Armageddon's Blade dodano dziewiąte: Conflux, którego nazwę Fraa zawsze kojarzyła z Cornflakes i nic tego nie zmieni. Zresztą, nazwa nazwą, a w środku miasto i tak wygląda jak gąszcz idoli fallicznych. Toteż tak zwane w polskiej wersji Wrota Żywiołów Fraa tutaj pominie i skupi się na miastach podstawowych.
Trudno powiedzieć, które z nich jest ulubionym kawiarczym, jako że Fraa miała po kolei fazy niemal wszystkich miast, za wyjątkiem Cytadeli.

Pierwszy chyba był Bastion (Rampart), który prezentuje się tak:

(nie trzeba oglądać w całości, to tylko widoczek z muzyką w tle, tak jak wszystkie następne)

Może i nie można zajrzeć do wnętrza każdej chatki, ale przecież gry nie ocenia się chyba na zasadzie „im więcej bajerów, nawet bezużytecznych, tym lepiej”? Tutaj jest świetnie dopasowana muzyka, fantastyczny, nieco Tolkienowski klimacik, w oddali, wśród zamglonych szczytów krążą złote smoki, a Fontanna Szczęścia kołysze się uspokajająco. Jest w tym urok i magia, które sprawiają, ze całe miasto jest urzekające.
Plus – trzeba dodać – dość silne. Gildia Magów ma pięć poziomów, a jednostki są dość szybkie (oprócz Krasnoludów, rzecz jasna, no bo czy widział ktoś kiedyś szybkiego krasnoluda?). Ponadto Jednorożce potrafią oślepić, co jest bardzo fajne, jeśli się nimi dowodzi, a bardzo upierdliwe, jeśli człowiek usiłuje się przed nimi obronić. Z kolei Drzewce ukorzeniają przeciwnika – umiejętność pożyteczna w starciu z jednostkami walczącymi wręcz. 

Po fazie Bastionu, Fraa miała etap fascynacji Infernem:

Skrajnie inny klimat. Tym razem z miasta bije zło, mrok i demoniczna moc uwydatnione przez wszechobecne płomienie, rzeki lawy no i iście diaboliczną kolorystykę. Zero Bastionowego melancholijnego, pokojowego nastroju. To jest Inferno z prawdziwego zdarzenia. Dodatkowo Fraa zawsze była pod wrażeniem genialnego Sanktuarium Grala, które tutaj przybiera formę Bóstwa Ognia. W Infernie ponadto można wznosić Wrota Wymiarów, co Fraa zawsze lubiła. Rzecz bardzo przydatna, jeśli posiadało się więcej niż jedno miasto tego typu – koniec kłopotów z rekrutacją ze wszystkich miast czy ze zdążeniem do oddalonego miasta przed przeciwnikiem. No i Fraa nadal odczuwa pewien sentyment do Arcydiabłów, które są bardzo... arcydiaboliczne. Oczywiście Gildię Magów w Infernie również można rozbudować do piątego poziomu.
Natomiast Fraa musi przyznać, że Inferno nie jest szczególnie mocarnym miastem... Albo po prostu Fraa nie nauczyła się wykorzystywać jego wszystkich atutów.

Gdzieś w tak zwanym międzyczasie Fraa przeszła fazę Fortecy (Tower):

Ma niezwykły, egzotyczny klimat. Ta magia nie kojarzy się z Tolkienem, ale bardziej z Bliskim Wschodem: ta wieloręka Naga, Dżiny czy Golemy. Z drugiej strony, ośnieżone szczyty mają się do Bliskiego Wschodu jak pięść do nosa, człowiek spodziewałby się czegoś takiego raczej na pustyni. Tym niemniej całość jest tak dopasowana, że obecność Dżina wśród lodowców wcale nie przeszkadza, a w efekcie uzyskuje się mieszankę może nie tyle bliskowschodnią, ile po prostu starożytną: antyczni Tytani, Gargulce, czy choćby te Dżiny tak stare, że pamiętają czasy przed stworzeniem człowieka. Magowie odnajdują się tu doskonale jako ci, którzy zgłębiają te starożytne tajemnice. Forteca jest jednym z najbardziej umagicznionych miast (w końcu to tutaj można rekrutować Magów), toteż oprócz pięciu poziomów Gildii Magów, ma też Ścianę Wiedzy oraz Bibliotekę, która dostarcza do Gildii Magów dodatkowe zaklęcia. 

Po tych trzech miastach, Fraa upatrzyła sobie Nekropolię (Necropolis):

Jest to miasto-cmentarzysko, jak zresztą łatwo domyślić się po nazwie. Gracz rekrutuje tu Zombie, Szkielety, zamienia w Szkielety dowolne inne jednostki, znajdą się tu też Wampiry, Lisze czy Zjawy. Zasadniczą wadą Nekropolii jest słabość jednostek najwyższego poziomu – mimo całej sympatii do Kościanych Smoków, są one po prostu kiepskie i jedyne, do czego Fraa je wykorzystuje, to obstawienie nimi Arcyliszy. Ten minus jednak rekompensują typowo nekromanckie sztuczki, takie jak wskrzeszanie się Alpów (czyli ulepszonych Wampirów) oraz oczywiście nieskończony i niekontrolowany przyrost jednostek niższych typów wskutek zdolności bohaterów Nekromancja. Walcząc z dużymi armiami i mając sporo ofiar wśród swoich jednostek, Fraa zawsze miała komfort pod tytułem: „Eee tam. Po walce wszyscy do mnie wrócą.”
Wesołe jest życie nekromanty, jednym słowem.

Równolegle do wyżej wymienionych etapów, co jakiś czas Fraa zwracała się ku Zamkowi (Castle):

Są to skupione w jednym miejscu wszystkie rycerskie cnoty i ideały. Gracz rekrutuje tu między innymi Krzyżowców, Kawalerzystów, Mnichów, a żeby tego było mało, to również Anioły. Anioły, które zresztą są naprawdę silną jednostką w porównaniu z innymi stworzeniami ostatniego poziomu. Archanioł może raz na walkę rzucić wskrzeszenie, ponadto są całkiem mocne w starciu. Na potęgę giną natomiast Łucznicy oraz ich ulepszona wersja – Kusznicy, toteż trzeba ich pilnować, obstawiać ze wszystkich stron i nie dać zabić. Rzecz w tym, że Kusznicy, którzy strzelają dwukrotnie, potrafią narobić ładnego spustoszenia w wojsku przeciwnika.
Graficznie widać jak przedstawia się całość: średniowieczny ideał, murowane budynki o białych wieżach, powiewające sztandary, no i fantastyczny Portal Chwały na błękitnym niebie.

Jeśli pominąć Cornflakes, to są jeszcze dwa miasta, o których zasadniczo należałoby wspomnieć: barbarzyńska Twierdza (Stronghold) oraz bagienna Cytadela (Fortress). O Wrotach Żywiołów Fraa nie powie zbyt wiele, bo grała nimi kilka razy na krzyż. Kompletnie nie przypadło jej do gustu – było dodane jakby na siłę, jednostki miało cukierkowe, a samo wnętrze miasta sprawia wrażenie niedoszlifowanego. To nie jest tak spójna kompozycja jak w innych przypadkach, tutaj jest tło i na tym, jak źle dopasowane klocki, pojawiają się kolejne falliczne budynki. Zupełnie niekawiarcze klimaty.
Inaczej ma się sprawa z dwoma pozostałymi miastami. Fraa co prawda musi przyznać, że nie są zanadto w jej stylu, ale same w sobie jednak są naprawdę dopracowane i widać w nich całościowy zamysł. Fraa próbowała się do nich przekonać i grała nieco jednym i drugim. Sęk w tym, że są to absolutnie niemagiczne miasta, więc Gildie Magów mają po trzy poziomy. Dla kawiarki to poważny problem, bo kawiarka bardzo intensywnie korzysta z magii w HoMM III.

I w tym miejscu trzeba wspomnieć o fantastycznym, nieoficjalnym i darmowym dodatku, jakim jest
Heroes of Might and Magic 3 ½: In The Wake of Gods. Jest to dzieło zainicjowane przez izraelskiego fana, Slavę Salnikova, który rozpoczął pracę nad WoG'iem w 2001 roku, a po siedmiu latach wycofał się, zostawiając projekt w rękach reszty zespołu zwanego WoG Team.
Można powiedzieć jedno: WoG jest genialny. Jeśli ktoś znudzi się grą w HoMM III, znudzi się przechodzeniem kolejny raz wszystkich kampanii i scenariuszy z Armageddon's Blade, Shadow of Death czy Chronicles, to koniecznie powinien zapoznać się dodatkiem WoG. Jest troszkę zachodu z instalacją, ale skoro Fraa dała radę, to każdy da. Tym bardziej, że na mniej i bardziej oficjalnych stronach projektu bez problemu można znaleźć dokładną instrukcję, jak powinna odbyć się instalacja. A rzecz w tym, że WoG dodaje – za przeproszeniem – pierdylion nowych możliwości, spośród których można wybierać absolutnie dowolne, tworząc tym samym indywidualny tryb każdej rozgrywki. To zupełnie nowe HoMM III, nie bez przyczyny zwane częścią 3 ½. WoG między innymi wprowadza nowe jednostki, nowe budynki, nowy surowiec – mithril, modyfikuje część umiejętności (i o to nagle staje się przydatny Sokoli Wzrok! – no naprawdę: czy ktoś z Państwa kiedykolwiek przed WoG'iem świadomie i radośnie wybierał Sokoli Wzrok dla swojego bohatera...?), ponadto jednostki zyskują doświadczenie, a wraz z nim – dodatkowe umiejętności. Co ciekawe, w wyniku tego na przykład zupełnie nie opłaca się ulepszać Centaurów, ponieważ nieulepszone Centaury po zdobyciu odpowiedniej ilości doświadczenia stają się jednostką strzelającą, a ulepszone – nie. Doświadczenie zdobywają nawet jednostki tkwiące na wieżach strzelniczych w miastach. Tu Fraa przypomina sobie jedną grę, kiedy to okazało się, że ma miasto tuż przy portalu, z którego uparcie wyłaził przeciwnik, toteż Fraa nie mogła wyściubić nosa za mury. Była atakowana praktycznie codziennie, w związku z czym po jakimś tygodniu wieżyczki tak się już wytrenowały, że najprawdopodobniej jeszcze dzień, a same wyrwałyby się z ziemi i w podskokach przypuściły atak na upierdliwego wroga, przechodząc uprzednio przez portal. Grunt, że przeciwnik do tego stopnia połamał sobie zęby na kawiarczym mieście, że wkrótce musiał opuścić mapę na zawsze. Co więcej, miasto było nie do zdobycia do końca gry.
Plus w związku z całym systemem rozwoju poszczególnych jednostek, wprowadzono nowy rodzaj artefaktu: banner, który nie jest przeznaczony dla bohatera, tylko dla jego wojska. Tak samo zresztą jak cały szereg artefaktów dla WoG'owego Dowódcy. System Dowódców w ogóle jest bardzo interesujący, można ich rozwijać w różnorakich kierunkach, dodatkowo każdy rodzaj Dowódcy ma unikalną umiejętność, która czasem znacznie poprawia sytuację całego wojska (tak na przykład Dowódca bohatera pochodzącego z Twierdzy ma jako specjalizację Balistę - tym samym machina, która do tej pory bardziej wadziła, niż pomagała, staje się dodatkowym, całkiem silnym wsparciem).
WoG oferuje również inne śmieszne modyfikacje, jak na przykład losowość przeciwnika (czyli: gracz widzi niby kilku Pikinierów, ale po zaatakowaniu może się okazać, że oddział owszem, zawiera kilku Pikinierów, ale oprócz tego setkę Kuszników, czterdzieści Gargulców i jeden mały Czerwony Smok). Inna opcja to taka, żeby jednostki na mapie były dowodzone przez losowego bohatera, albo przynajmniej miały taką możliwość.
Ciekawą możliwością jest wybór sojuszu. Jeśli mieliście Państwo scenariusz, w który nie graliście do tej pory tylko dlatego, że musielibyście państwo grać Cytadelą w sojuszu z trzema innymi graczami przeciwko jakimś dwóm biednym robaczkom, to nadeszła chwila, w której możecie Państwo w końcu w to zagrać, mając w głębokim poważaniu wszelakie ustalone z góry sojusze. Możecie Państwo grać z kim chcecie i którym kolorkiem chcecie.
Co więcej, WoG wprowadził nawet całkowicie nowe miasto – Gaj (Grove), że Fraa już nie wspomni na przykład o możliwości wyburzania miast i wznoszenia na ich miejscu nowych.

Tak naprawdę można by założyć oddzielnego bloga poświęconego modyfikacjom, jakie wprowadza WoG. Fraa nawet nie zna ich wszystkich, bo jeszcze nigdy nie wypróbowała wszystkich. Utknęła po prostu na takich ustawieniach, jakie jej szczególnie podpasowały i tak gra, odkrywając HoMM III na nowo.

I to by było na tyle.

 

 

PS. Ponieważ, jak - słusznie - wytknięto w komentarzach, Fraa zapomniała o Lochach, oto następuje pospieszne naprawienie błędu:

Lochy jak to lochy - jaskinie, sanktuarium Grala w postaci rozprutej na ścianie sylwetki (kawiarce od zawsze kojarzyło się to z lenistwem z filmu "Siedem"), no i dużo magii. Chyba najbardziej "greckie" z miast - można tu spotkać minotaury, meduzy i harpie. Fraa musi przyznać, że Lochami akurat nigdy za wiele nie grała...

20:18, fraa_farara , Gry
Link Komentarze (9) »
czwartek, 06 maja 2010

Ciąg dalszy wpisu wczorajszego...

 

 

Parys z Heleną - J.L. David 1788Byłoby jednakże niesprawiedliwością obarczać Helenę całą winą. Należy pamiętać, że córka Ledy nigdzie by nie popłynęła, gdyby nie Parys.
O Parysie Flawiusz Filostratos w Rozmowie o herosach pisze w ten sposób:

„Mówią więc, że Aleksandra nienawidzili wszyscy Trojanie. Był nie najgorszy w walce, odznaczał się przyjemnym głosem i miłym obejściem, wszak obracał się na Peloponezie. Walczył na różne sposoby, a w strzelaniu z łuku nie ustępował Pandarosowi. Jako młodzieniec przypłynął do Hellady, gdzie, jako gościa Menelaosa, oczarowała go swoim widokiem Helena. Zmarł przed trzydziestym rokiem życia. Cieszył się swoją urodą i, jak był przez innych podziwiany, tak też podziwiał sam siebie. Protesilaos pokpiwa z niego z wdziękiem. Widząc tego pawia (heros czyni tu aluzję do barw i wytworności ptaka), jak kroczył potrząsając piórami, przyglądając się im, czyszcząc je i poprawiając ich ustawienie, by wyglądały jak kolia z drogich kamieni, powiedział: «Patrz, to Parys, syn Priama, którego właśnie wspominaliśmy». Na moje pytanie: «Co upodabnia Parysa do pawia?» – odpowiedział: «Miłość własna». Ten wystrojony przyglądał się sam sobie podziwiając swoją zbroję. Przyodziewał ramiona skórami lamparcimi, nie znosił, by brud czepiał się w walce jego włosów, dbał też o połysk paznokci. Miał orli nos, jasną cerę, malował sobie oczy, jedna jego brew była podniesiona.”

Taki więc mężczyzna – Fraa nazywa go tu „mężczyzną” dla uproszczenia, nie dla jakichś szczególnie męskich przymiotów – uwiódł Helenę. Trzeba tu dodać, że Parys miał żonę – nimfę Ojnone, którą zdradził tak samo jak Helena zdradziła Menelaosa.
Jednak to, że o Parysie mniej się mówi, nie dziwi jakoś szczególnie. Bądź co bądź, syn Priama miał przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby zginąć raniony przez Filokteta podczas wojny. Tym większą satysfakcję Fraa czerpie z tego, że do śmierci Parysa przyczyniła się sama Ojnone, która mogła uleczyć wiarołomnego męża, ale odmówiła.
Czy można się dziwić? Przecież miała solidne podstawy do czucia się urażoną. W Owidiuszowym liście do Parysa, Ojnone pisze:

„Nimfa ze szczytów idajskich śle to pismo do przeczytania swemu Parysowi, chociażby wzbraniał się przed tym, abym go zwała moim.
Przeczytasz je? Czy też nowa żona Ci zabroni? Przeczytaj! Listu tego nie pisała ręka Mykeńczyka.
Ja, pegazyjska Ojnone, najsławniejsza w lasach frygijskich, skarżę się, obrażona w swej dumie przez Ciebie, którego, pozwolisz, że nazwę swym mężem. (…)
Kiedym ja, nimfa, córka boga potężnej rzeki, Ciebie wybrała sobie na męża, nie byłeś wtedy tak wielki. Dzisiaj syn Priama, nie bójmy się prawdy, byłeś wówczas niewolnikiem, alem ja, nimfa, nie wahała się poślubić niewolnika. Często pośrodku stada spoczywaliśmy w cieniu drzew, a trawa zasłana liśćmi służyła nam za łoże. (…)
Kto Cię wiódł po górskich borach najsposobniejszych do łowów, kto pokazywał, w jakiej skalnej grocie zwierz ukazywał swe małe? Ileż to razy pomagałam Ci napinać rozluźnione oczka sieci, ileż razy z szybkonogimi psami pędziłam przez najwyższe szczyty! Me imię zachowały buki nacięte Twym nożem, dziś jeszcze czytać na nich można: «Ojnone». (…)
Teraz tylko takie Ci odpowiadają, które podążają za Tobą przez otwarte morze i opuszczają prawowite małżeńskie łoża. Lecz ongi, gdyś, ubogi pasterz, wiódł stada, tylko Ojnone była małżonką biedaka. Nie nęcą mnie Twoje bogactwa, nie obchodzi mnie Twój pałac królewski ani nie żądam, by mnie zwano jedną z wielu synowych Priama. Nie dlatego, by Priam miał się wzbraniać przed nazwaniem go teściem nimfy ani żebym Hekabie mogła się wydać niegodną miana synowej. Jam godna być małżonką potężnego pana. I pragnę nią być. Mam dłonie, co potrafią dzierżyć berło. Nie gardź mną tylko dlatego, że wraz z Tobą leżałam w cieniu buków. Jam bardziej godna łoża z purpury. Ponadto zaś miłość moja darzy bezpieczeństwem; nikt z powodu mnie nie przygotowuje żadnej wojny i fale morza nie przynoszą statków z mścicielami.”

I więcej w tym tonie.
Fraa naprawdę niezmiernie się cieszy, że nimfa miała w sobie tyle siły charakteru, żeby nie przebaczyć Parysowi i odwrócić się od niego, kiedy ten potrzebował jej pomocy. Niestety, Helena – wedle relacji Homera w Odysei – żyła długo i szczęśliwie na powrót u boku Menelaosa.

Ojnone nie jest jedyną kobietą, która znienawidziła tę parę kochanków. Już wcześniej Fraa wspomniała Hekabe, ale można się przy królowej Troi zatrzymać na chwilę, ponieważ to ona jest tą, która fantastycznie zbija wszelkie argumenty Heleny, gdy ta w Trojankach broni swojej niewinności i swoich racji przed rozwścieczonym Menelaosem, który nie ukrywa, że Grecy postanowili zabić córkę Ledy. Hekabe odpowiada Helenie:

„Dobrze! Wziął gwałtem cię mój syn, powiadasz,
Któż w Sparcie spostrzegł, czy ty choć krzyknęłaś,
A młody Kastor był tam i brat-bliźniak –
Byli tam jeszcze, nie wśród gwiazd na niebie!
Więc – jużeś w Troi, Achajowie w ślady
Za tobą, trwają orężne zmagania.
(…)
Widziałaś tylko szczęście, dbałaś tylko,
By iść za szczęściem, za cnotą nie chciałaś.
I potem mówisz, że wiązałaś sznury
U blanków, chcąc zbiec, żeś tu być nie chciała!
Czy cię schwytano przy wieszaniu stryczka,
Ostrzeniu noża? – kobieta szlachetna
Tak by czyniła z żalu za swym mężem!
A ileż razy cię napominałam:
«Córeczko, wyjedź! Syn mój w inne śluby
Wstąpi – a ciebie na greckie okręty
Wyślę ukradkiem – i tak kres już połóż
Greków i Trojan wojnie.» To ci było
Przykre. Pyszniłaś się w domu Parysa,
Czołobitności barbarzyńskiej chciałaś!”

 

Przelotny romans Parysa i Heleny sprowadził zgubę na Troję i szereg lat nieszczęść na Helladę. To nie tylko uśmierceni wielcy herosi, tacy jak Hektor czy Ajas, ale też tragedia niezliczonych kobiet, takich jak skromna i wierna Laodamia, która straciła Protesilasa zaraz po ślubie, jak w końcu dobrze znana wszystkim Penelopa, która dwadzieścia lat żyła jako wdowa. To za Heleny i Parysa przyczyną obrócił się w ruinę dom Atrydów. Kasandra wręcz wskazuje na to, że Troję spotkał lepszy los niż Greków – bo Trojanie zginęli w obronie ojczyzny, legli na własnej ziemi, w sławie. A Hellenowie z dala od domu, walczyli w cudzej sprawie, greckie żony stawały się wdowami, a rodzice stawali się bezdzietni. Nie było w tym sławy.
Tymczasem po śmierci Parysa, drugiego po Tezeuszu kochanka, Helena miała mieć krótki romans z Achillesem, aż ostatecznie poślubił ją Deifobos. Jak na cnotliwą małżonkę, na jaką usiłuje Helena się kreować, miała całkiem niezłą statystykę.

Fraa nie potrafi udawać, że Helena albo Parys wzbudzają w niej chociaż jakąkolwiek krztynę sympatii. Nie wzbudzają. Przez lekkomyślność, wiarołomstwo i zwykły egoizm tych dwojga stało się to, o czym śpiewa Chór w Helenie:

„Matki straciły synów,
Dziewice-siostry warkocze
Kładą za zmarłych nad falą
Rzeki frygijskiej, Skamandru.
Krzyk, krzyk wydała Hellada
I zajęczała jak płaczka!
Rękami po głowie się bije,
Paznokciami rozdziera oblicze.”

A jeśli komuś przewinął się w rękach tytuł Pochwała Heleny Gorgiasza, to niech spojrzy na zakończenie tego tekstu:

„Zmazałem swą mową niesławę kobiety, przestrzegałem wiernie prawa, które przedstawiłem na początku mowy, starałem się obalić niesprawiedliwość potępienia i głupotę mniemania, powziąwszy zamiar napisania mowy pochwalnej o Helenie, którą to mowę uważam za retoryczną igraszkę.”

Nawet sofista Gorgiasz, dla którego – jak to dla sofistów – nie istnieje obiektywna prawda, a rację ma ten, kto lepiej przemawia, nawet dla niego niewinność Heleny może być najwyżej rozpatrywana tak dla jaj, dla igraszki. Bo przecież każdy wie, że była winna jak diabli, a tłumaczenie jej niewierności wolą bogów czy użyciem wobec córki Ledy przemocy, może wzbudzić najwyżej śmiech. Nikt czegoś takiego nie mówiłby na poważnie.

Na koniec Fraa musi przytoczyć pieśń I.15 Horacego, która genialnie oddaje stosunek starożytnych do wydarzeń związanych z upadkiem Troi, jak również oddaje to, co myśli o tym wszystkim Fraa:

„Gdy pasterz wiarołomny po morskiej głębinie
Na łodziach mknął idejskich z Heleną porwaną
Wówczas, gdy w jej pałacu przebywał w gościnie,
Nereus ciszę sprowadził nieoczekiwaną

I straszne głosił wróżby: «Pod złymi ty znaki
Wiedziesz w gród swój niewiastę, po którą wyruszy
Złączona Grecja z wojów mnogimi orszaki
I śluby twe wraz z tronem Pryamowym skruszy...

Hej, jakiż znój tam czeka i mężów, i konie,
Jak sroga grozi Troi przez ciebie zagłada!
Oto rydwan i puklerz, i szyszak na skronie
Gotuje – i wojenny szał wznieca Pallada.

Próżno ty, ufny w pomoc Wenery i siłę,
Trefić będziesz swe pukle i przy lutni dźwięku
Zawodzić słodkie pienia, białogłowom miłe;
Próżno unikać będziesz wojennego szczęku,

Kretyjskich strzał i włóczni, w komnatach ukryty;
Próżno będziesz uchodził przed szybką pogonią
Ajasa, bo choć późno, biada ci, zabity
Legniesz w zbroczonym prochu rozpustniczą skronią.

Nie przeczuwasz Odyssa, który grób zgotuje
Twej ojczyźnie, nie widzisz z Pylos bohatera?
Oto cię salamiński śmiało atakuje
Teucer, oto Stenelus na ciebie napiera,

Wojownik doświadczony, a także w potrzebie
Do kierowania końmi ochoczy woźnica.
Poznasz także Meriona, a oto znów ciebie
Dopaść chce Dyomedes, lepszy od rodzica.

Jak jeleń rzuca paszę i zmyka z pośpiechem,
Gdy wilka z drugiej strony zobaczy w parowie,
Tak ty przed owym umkniesz z zapartym oddechem,
Lubo nie tak przyrzekłeś swojej białogłowie.

Gniew Achillesa Troi opóźni ruinę
I niewiastom frygijskim odwlecze dzień skonu,
Lecz gdy Los wyznaczoną wybije godzinę,
Zniszczy grecka pożoga potęgę Ilionu.»”

[tłum. Józef Zawirowski]




Lektury podstawowe:

  • Homer Iliada, Odyseja
  • Janina Gajda, Sofiści, Warszawa 1989
  • Quinti Horati Flacci Opera omnia, t. I, pod red. O. Jurewicza, Warszawa 2000
  • Owidiusz, Heroidy, przeł. W. Markowska, Kraków 1986
  • Flawiusz Filostratos, Rozmowy o herosach, przeł. M. Szarmach, Toruń 2003
  • Herodot, Dzieje, przeł. S. Hammer, Wrocław 2005
  • Eurypides, Tragedie, przeł. i oprac. J. Łanowski, Warszawa 1967
  • Robert Graves, Mity greckie, przeł. H. Krzeczkowski, Kraków 2009

 

 

 

 

„Śród rzezi, krwi dzierży Ares szale wag.
Wymienny kram w rynku – dla wymiany ciał!
Ze stosów, spod Ilionu baszt,
do domu, matkom, żonom śle
proch, od gorzkich ciężki łez.
Popiołem ludzkim srogi bóg
tyle już napełnił urn!...
Żałobny mężów sławi płacz:
ten – mówią – szermierz dzielny był,
ów, pięknie walcząc pierś o pierś,
poległ – za cudzą żonę... Tak
z cicha już tylko szemrze lud.”

[Chór w „Agamemnonie” Eurypidesa]






PS. Ach, ponadto Fraa czuje się w obowiązku dodać jedno sprostowanie do wpisu o Medei. Bo Fraa zapomniała przy tym wszystkim dodać, że Jazon, przybywając do Kolchidy, był żonaty – jego małżonką była Hypsipile z Lemnos. Niby szczegół, ale zapewne nie dla zdradzonej kobiety.

02:00, fraa_farara , Mity
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 maja 2010

Ten wpis będzie w dwóch odcinkach. Nie dlatego, że Fraa nie ma pomysłu na jutro. Niestety, przy okazji pisania o Medei okazało się, że przewidziany jest limit na wpisy. O ile wtedy ledwo-ledwo, ale udało się wcisnąć w ten limit (trzeba było wyciąć tylko dwa zdania), o tyle Fraa obawia się, że tutaj musiałaby wywalić jakąś stronę, a - co tu dużo kryć - po prostu nie chce i nie zamierza tego robić, bo nie po to tyle pisała, żeby teraz to wyrzucać gdzieś do odległej galaktyki.

Dlatego też będzie podzielone na pół. Tak mniej-więcej...

 

 

Helena Trojańska - Evelyn De Morgan 1898Opowieść o najpiękniejszej kobiecie starożytnej Grecji, córce Dzeusa i Ledy, pewnie większość ludzi zna. Wszystko zaczęło się od tego, że trzy boginie – Hera, Afrodyta i Atena – spierały się o jabłko podpisane „Dla najpiękniejszej”, podrzucone przez Eris, bogini niezgody. W końcu zostało ustalone, że poproszą o rozsądzenie sporu niejakiego Parysa – będącego wówczas ubogim pastuszkiem gdzieś w okolicach góry Ida. Parys wydał werdykt na korzyść Afrodyty, która obiecała mu w zamian za to najpiękniejszą kobietę za żonę. Miała nią zostać Helena, żona Menelaosa.

Tu należy cofnąć się nieco w czasie i powiedzieć parę słów o Helenie.
Córka lub, wedle innej wersji, wychowanka Ledy, wykluła się z jajka, była piękna, a za rodzeństwo miała Klitajmestrę oraz Dioskurów – czyli Kastora i Polideukesa. Kiedy miała około dwunastu lat, akurat tak się stało, że Tezeusz – za namową Pejritoosa – postanowił uprowadzić ją celem spowinowacenia się z Dioskurami przez małżeństwo. Panowie, po udanym porwaniu, mieli losować, który weźmie Helenę. Dla przegranego postanowili uprowadzić wtedy jeszcze jedną córkę Dzeusa. Nie brzmi to zbyt romantycznie, ale tak snuje tę opowieść Robert Graves, podpierając się Pauzaniaszem i Diodorem Sycylijskim.
Porwali więc młodziutką Helenę, a wygrał Tezeusz. Wedle mitografów, miał on być jej pierwszym kochankiem. Kiedy jednak heros wraz z przyjacielem udał się do Hadesu po Persefonę dla Pejritoosa, Dioskurowie odbili Helenę, a wraz z nią uprowadzili matkę Tezeusza, Ajtrę.
Kiedy Helena wróciła do domu, jej przybrany ziemski ojciec, Tyndareos, postanowił wydać ją za mąż. Zjawiło się wielu zalotników, najznamienitsi herosi znanego świata. Żeby uniknąć rozlewu krwi, Tyndareos (za namową Odysa) wymusił na kandydatach przysięgę, że uszanują wybór Heleny, a jeśli przyszłego małżonka spotka jakieś nieszczęście, stawią się gotowi, żeby mu pomóc. Jak widać, starożytni herosi zbytnią siłą umysłu nie grzeszyli, bo zgodzili się na ten układ. Helena wybrała Menelaosa (bogowie raczą wiedzieć czemu, bo przecież Menelaos nie wsławił się niczym ponad to, że był mężem Heleny...). U Eurypidesa w Ifigenii w Aulidzie Agamemnon opisuje to w ten sposób:

„Niech zalotnicy zwiążą się przysięgą
I dłonie sobie ścisną, i na ogień
Płynną ofiarę zleją, i ślubują:
«Czyją zostanie Tyndarowa córka,
Temu z pomocą przyjść, gdyby ktoś porwał
Z domu ją, z łoża prawego małżonka –
Wyprawić razem się, zbrojnie spustoszyć
Miasto – czy greckie, czy też barbarzyńskie.»
Gdy zaprzysięgli to – chytrze ich starzec
Tyndarej podszedł swym mądrym pomysłem –
Zezwala córce wybrać z nich małżonka,
Tego, ku komu pchną ją wichry Kypris.
I wzięła – oby go nigdy nie brała! –
Menelaosa, a od Frygów przybył
Ten „sędzia bogiń”, jak wieść grecka niesie
Do Sparty, w szaty kwieciste odziany,
Błyszcząc od złotych barbarzyńskich ozdób,
I zakochany porwał zakochaną
Helenę na pastwiska Idy, kiedy
Menelaosa nie było.”

I tu można wrócić do Parysa.
Parys zawitał w Sparcie i został ugoszczony przez Menelaosa. Jednak król musiał udać się na pogrzeb i opuścił dom na jakiś czas. Ten moment wykorzystali Parys i Helena, którzy – jak się okazało – dość szybko wpadli sobie w oko. Odpłynęli het, het daleko.
Ostatecznie wylądowali w Ilionie, gdzie Priam uznał Parysa za swego syna i od tej pory Parys mógł wieść prawdziwie królewski żywot. To znaczy mógłby, gdyby nie to, że pogoń była blisko i już niebawem pod murami Troi rozpętało się piekło.

Tyle mówi najprostsza wersja mitu.

Najprostsze wersje mają jednak to do siebie, że nie wnikają w motywy działania bohaterów ani nie poddają ich czynów ocenie. Tym zajmują się już artyści – a przypadku Heleny i Parysa było to naprawdę znaczne grono autorów zarówno greckich, jak i łacińskich. Z tych najbardziej znanych można tu wymienić Homera, Herodota, Alkajosa, Sofoklesa, Eurypidesa, Gorgiasza, Owidiusza czy Horacego.
Cóż oni mogą powiedzieć współczesnemu czytelnikowi?

Tak naprawdę mało kto, podejmując tę tematykę, podnosił kwestię sporu bogiń. Coś o tym wspomniał Wergiliusz w Eneidzie, coś Gorgiasz w Pochwale Heleny, ale przecież starożytni nie byli głupi. Nie oceniali ludzkich postępków przez pryzmat bajecznej historyjki o rzuconym przez Eris jabłku. Hekabe w Trojankach Eurypidesa tak mówi do Heleny:

„Nie wierzę – Hera i Dziewica Pallas
Miałyby popaść w tak straszną głupotę –
Hera sprzedałaby barbarom Argos
Pallas Ateny w niewolę u Frygów,
Gdy z zalotności i dla żartu przyszły
Na sąd urody na Idę? Dlaczego
Hera tak bardzo chciałaby piękności –
By mieć lepszego męża niźli Dzeusa?
Może Atena chciała złowić męża –
Ta, co prosiła ojca o dziewictwo,
Nie cierpiąc łoża? Nie rób głupich z bogiń
Strojąc swą podłość – mądrzy nie uwierzą!”

Zresztą, już Herodot bezlitośnie odziera dzieje Heleny z mitycznej otoczki, kiedy opowiada o przyczynach antagonizmu między Europą a Azją:

„Aż dotąd więc były tylko wzajemne uprowadzenia, teraz jednak Hellenowie w wysokim stopniu zawinili: oni bowiem wprzód wyprawili się na Azję niż Azjaci na Europę. Zdaniem Persów, porywać niewiasty jest czynem ludzi niesprawiedliwych, ale z powodu porwanych zawzięcie uprawiać dzieło zemsty mogą tylko nierozumni; rozsądni ludzie zgoła nie troszczą się o porwane kobiety: boć przecie to jasne, że gdyby same nie chciały, nie zostałyby uprowadzone.”

Może i brzmi to okrutnie, ale w przypadku Heleny jest całkowicie słusznym wnioskiem. Gdyby nie chciała, to nie zostałaby uprowadzona. Ale ona przecież odwzajemniła uczucie Parysa, o czym mówi choćby Agamemnon w przytoczonym wyżej fragmencie, ale też wskazuje na to Kasandra w Trojankach:

„Przez jedną miłość i jedną kobietę,
Łowiąc Helenę, padło ich tysiące,
A ten ich mądry wódz, za to, co wrogie
Najbardziej, stracił, co najmilsze, oddał
Własne kochane dziecko za bratową,
I to nie gwałtem wziętą, lecz z jej zgodą.”

Ta, która spośród może nawet dziewięćdziesięciu dziewięciu herosów wybrała na męża Menelaosa, lekką ręką porzuciła miłość do niego i skłoniła się ku Parysowi. Wiedząc o potencjalnych konsekwencjach ucieczki, mimo wszystko się na nią zdecydowała, zabierając ze sobą skarby, niewolnice, Ajtrę – zostawiając natomiast własną córkę, którą urodziła Menelaosowi. A przecież Owidiusz w Heroidach kazał Helenie pisać te słowa do Parysa:

„Co wtedy powiedzieć by o mnie mogły Sparta i cała Achaja, co ludy Azji i Twa Troja? Co pomyślałby o mnie Priam? I małżonka Priama? A Twoi liczni bracia i córki Dardanii? A Ty sam, jakże mógłbyś spodziewać się po mnie wierności, Twój własny przykład czyż nie napawałby Cię niepokojem?”

Istotnie, słuszne były przeczucia Heleny – mieszkańcy Troi nienawidzili kochanki Parysa. Zresztą, początkowe wątpliwości córki Ledy w ogóle brzmią całkiem rozsądnie. Gdyby tylko ta sama Helena nie użalała się w tragedii Eurypidesa:

„(...) Rzucił trzody Parys z Idy,
Przybył do Sparty, aby mnie wziąć w łoże.
Hera, zawistna, bo nie zwyciężyła,
Jak wiatr zdmuchnęła mój ślub z Aleksandrem
(…) A nadto
Z woli Dzeusowej więcej idzie nieszczęść.”

A więc dla Heleny nie było problemem to, że zgrzeszyła czy że przez nią zginęli najznamienitsi Grecy. Najwięcej zmartwień przysparzało jej to, że romans się nie udał. Miało być tak pięknie, a tu wojna, gdzie obiecane „żyli długo i szczęśliwie”? W świetle tych słów jakiekolwiek późniejsze poczucie winy i skrucha mogą być z powodzeniem uznane tylko za grę pod publiczkę, za próby oczyszczenia się z odpowiedzialności za tragedię Hellady i Ilionu.
I tak też Fraa to odbiera. Bo chcąc nie chcąc, w tragedii Eurypidesa i tak wyszło szydło z worka. I ma rację Hekabe, kiedy dowiedziawszy się o tym, że Poliksena ma zginąć na grobie Achillesa, mówi:

„Powinien zażądać zabicia Heleny
– Ona zgubiła go, przez nią był w Troi”

10:47, fraa_farara , Mity
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 maja 2010

Fraa jest bardzo wdzięczna polonistce z liceum, która zmusiła młodą kawiarkę do obejrzenia w swoim czasie „Tronu we krwi”. Bo był to pierwszy film Akiry Kurosawy, jaki Fraa obejrzała. I jednocześnie film, który bardzo mocno wrył się w kawiarczą pamięć.
W końcu Fraa wzięła byka za rogi. 

RudobrodyCo prawda moda na lekarzy już chyba nieco osłabła, tym niemniej jeszcze nie tak dawno „Dr House” robił furorę. Widzowie przestępując z nóżki na nóżkę i z obfitym ślinotokiem śledzili losy złośliwego i totalnie nieczułego lekarza, który zraża do siebie wszystkich po kolei. Fraa nie zamierza się wypierać, na trzy sezony sama uległa urokowi niegdysiejszego walijskiego księcia Jerzego z „Czarnej Żmii”. Teraz jednak Fraa z czystym sumieniem może powiedzieć: House może się schować i zakryć jakimś grubym kocem.
Bo Fraa zobaczyła „Rudobrodego” Akiry Kurosawy z 1965 roku.

Tytułowym bohaterem jest lekarz prowadzący wiejską klinikę Koshikawa dla ubogich, Kyojio Niide, zwany Rudobrodym z oczywistych względów. To znaczy względy nie są aż tak oczywiste jeśli wziąć pod uwagę, że film jest czarno-biały, tym niemniej nie ma tu żadnej tajemnicy. Doktora Niide gra oczywiście fenomenalny Toshirô Mifune, doskonale znany z innych filmów Kurosawy, takich jak wspomniany wcześniej „Tron we krwi”, ale też „Siedmiu Samurajów” czy „Rashomon”. Tylko że o ile wcześniej Fraa widywała Mifune raczej w podobnych rolach (dość cholerycznych, trzeba przyznać), o tyle tutaj wreszcie można się przekonać, że aktor doskonale sprawdza się również przy odgrywaniu odmiennych charakterów.
Rudobrody to osobnik oschły, skryty i dość surowy dla podwładnych. Nie idzie na ustępstwa i, co więcej, zazwyczaj okazuje się, że ma rację. Mówi się o nim, że trzeba się do niego przyzwyczaić, bo raczej nie jest zbyt serdeczny wobec pracowników szpitala. Zresztą, równie surowy jest dla pacjentów, jeśli ci nie wypełniają posłusznie poleceń lekarza.

Rudobrody - Mifune„Rudobrodego” warto obejrzeć dla samego tytułowego bohatera. Ale nie tylko.
Fabuła właściwie jest dość prosta: do kliniki Rudobrodego przybywa młody, ambitny lekarz Noboru Yasumoto (Yûzô Kayama), który chlubi się tym, że studiował medycynę w Nagasaki i jego marzeniem jest zostanie lekarzem szoguna. Yasumoto nie zamierza zostawać w tej zapyziałej dziurze i słuchać we wszystkim Rudobrodego, a już na pewno nie chce udostępniać mu swoich notatek i rysunków. Widz obserwuje stopniową metamorfozę Yasumoto, która to metamorfoza jest w gruncie rzeczy dość łatwa do przewidzenia już na samym początku.
Tu nie chodzi jednak o to, co się stanie, ale jak do tego dojdzie. A to już nie jest takie proste.

W szpitalu spotykają się lekarze, pacjenci, pielęgniarki – każde z nich ma swoją historię i swoje tajemnice. W gruncie rzeczy to o nich, o tych ludzkich historiach, jest mowa w filmie. Początkowo widz ma do czynienia tylko z chodzącymi tu i tam postaciami, ale z czasem okazuje się, że te postacie mają naprawdę dużo do powiedzenia. Do ich aktualnego położenia doprowadził ciąg zdarzeń, które stopniowo są przywoływane. Okazuje się, że nic nie jest takie proste, jak mogło wydawać się na początku. Nawet Osugi, pielęgniarka tajemniczej kobiety-modliszki, też przeżywa swój dramat, o czym w odpowiednim momencie filmu będzie mowa. W „Rudobrodym” widz po prostu poznaje życie. Poznaje je razem z młodym Yasumoto, który również był z dala od tego typu historii i ludzi: z dala od biedy, brudu, smrodu i bólu.

Rudobrody - prostytutkaNa szczególną uwagę zasługuje tutaj wątek związany z młodziutką prostytutką, która stanowi pierwszy poważny przypadek dla Yasumoto. Sprawę komplikuje fakt, że pacjentka zakochuje się w opiekunie, a w jej przypadku uporanie się z takim pierwszym zauroczeniem jest wyjątkowo trudne. Sceny, w których dziewczyna szoruje podłogę, dając się ponieść swojemu szaleństwu, są naprawdę poruszające. Kurosawa uświadamia, że nie wszystko jest takie jak się wydaje i że czasem po prostu trzeba dać komuś szansę, mimo że wydaje się, iż dana osoba w ogóle przejmuje się uczuciami innych.

Fraa tak sobie myśli, że o tym właśnie jest „Rudobrody” – o przełamywaniu własnych uprzedzeń, dostrzeganiu piękna i dobroci w czarno-białej, ponurej rzeczywistości. Można by rzec: o życiu, gdyby to nie brzmiało tak beznadziejnie banalnie. Film Kurosawy niesamowicie wciąga, opowieści poszczególnych bohaterów przeplatają się tworząc obraz życia zwykłych, biednych ludzi. Nie zawsze są oni dobrzy i uczciwi, o nie. Wśród nich znajdą się też złodzieje i mordercy. Ale przecież i z takich osób składa się społeczeństwo. Kurosawa pokazuje też, że ludzie są różni. Choćby w domu publicznym: jedne kobiety są chciwe i do cna zepsute, inne – choć może to brzmieć trywialnie i głupio – są naprawdę niewinne. Ale nie jest tak, że życie nieustannie jest ponure i szare. Fraa parę razy się uśmiechnęła, choćby kiedy burdelmama została zwyzywana przez pielęgniarki. Bo rzeczywistość czasem stwarza również komiczne sytuacje, nawet jeśli okoliczności są poważne. Nie wszystkie sceny są tak przejmujące, jak lament kobiet wołających do studni o ocalenie chłopca. Choć trzeba przyznać, że ten właśnie moment szczególnie robi wrażenie, jest na swój sposób przerażający.

Fraa nie czytała opowiadania Shūgorō Yamamoto „Akahige- shinryōtan” („Szpital Rudobrodego”) z 1959 roku, na którego podstawie jest film „Rudobrody”, ale ma niejasne wrażenie, że to musi być kawał porządnej literatury. Tekst, przeniesiony na ekran przez Kurosawę, jest fenomenalną opowieścią o człowieczeństwie, z którą na pewno warto się zapoznać.






"– Musisz tu zostać i sam zobaczyć. Pacjenci to biedacy. Pełni pcheł i wszy. Śmierdzący. Dostajemy mało pieniędzy. A Rudobrody pogania nas dniami i nocami.
– Rudobrody?
– Główny lekarz. Jego broda jest rudawa. Tu jest naprawdę okropnie. Będąc tutaj zastanawiasz się, czemu chciałeś zostać lekarzem.
– Tutaj śmierdzi zgniłymi owocami.
– To zapach ubogich."

22:32, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 maja 2010

cdWbrew pozorom, Jack Sparrow i Czarnobrody to nie ta bajka. Nie chodzi tu też o kwestię somalijskich piratów, którzy w jedenastu chłopa usiłują porwać dwa okręty wojenne USA, rozbijają się o Rosjan i poruszają się na najnowocześniejszych jednostkach pływających.
Rozchodzi się o coś znacznie poważniejszego, czyli o tak zwane piractwo medialne.

Oczywiście już sama nazwa „piractwo” sugeruje, że człowiek ma do czynienia z zachowaniami co najmniej nagannymi, wręcz z łamaniem prawa, a więc naturalnym wydaje się potępienie tego procederu. Tyle tylko, że w przypadku piractwa medialnego sprawa bynajmniej nie jest jednoznaczna, nawet jeśli antypiracka kampania reklamowa sugeruje coś innego.

Kodeks Karny mówi wyraźnie:

Art. 278.
§ 1. Kto zabiera w celu przywłaszczenia cudzą rzecz ruchomą, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 2. Tej samej karze podlega, kto bez zgody osoby uprawnionej uzyskuje cudzy program komputerowy w celu osiągnięcia korzyści majątkowej.

No właśnie: „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej” – kiedy Fraa kupi sobie Windowsa na Stadionie Dziesięciolecia (proszę nie dzwonić na policję, Fraa ma legalną windę...), to nie w celu osiągania jakiejś korzyści majątkowej, bo przecież ani tego później nie sprzedaje, ani nie wypożycza za kaucją, ale po prostu chce używać i móc instalować programy, które chodzą wyłącznie pod Windowsem. Pytanie, jak właściwie rozumieć te korzyści majątkowe. Czy sam fakt kupienia taniej już jest osiągnięciem tego celu? Problem w tym, że to sformułowanie jest niejasne. Równie dobrze może chodzić o to, że korzyść majątkowa jest osiągana później, za pomocą tego ściągniętego bez zgody osoby uprawnionej programu. 

Oczywiście oprócz programów komputerowych, antypiracka kampania dotyczy też ściągania filmów, muzyki czy książek.

W Ustawie o Prawie Autorskim i Prawach Pokrewnych szczególnie interesujące są artykuły 116, 117 i 118. Traktują one o bezprawnym rozpowszechnianiu, bezprawnym utrwalaniu lub zwielokrotnianiu oraz obrocie nielegalnymi kopiami:

Art. 116. 1. Kto bez uprawnienia albo wbrew jego warunkom rozpowszechnia cudzy utwór w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania, artystyczne wykonanie, fonogram, wideogram lub nadanie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Art. 117. 1. Kto bez uprawnienia albo wbrew jego warunkom w celu rozpowszechnienia utrwala lub zwielokrotnia cudzy utwór w wersji oryginalnej lub w postaci opracowania, artystyczne wykonanie, fonogram, wideogram lub nadanie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Art. 118. 1. Kto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej przedmiot będący nośnikiem utworu, artystycznego wykonania, fonogramu, wideogramu rozpowszechnianego lub zwielokrotnionego bez uprawnienia albo wbrew jego warunkom nabywa lub pomaga w jego zbyciu albo przedmiot ten przyjmuje lub pomaga w jego ukryciu, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

Fraa zawsze lubiła te przepisy. Zwłaszcza bardzo jej się podobały nasuwające się przy tym pytania: czy jeśli mieszkający na parterze delikwent otworzy szeroko okno i na cały regulator rozkręci muzykę, to jest to już rozpowszechnianie? Czy popełnia się tu przestępstwo inne niż ewentualne zakłócanie ciszy nocnej etc.? A rozmaite studniówki i tego typu większe imprezy – czy ich organizatorzy łamią prawo, kiedy włączają płyty z muzyką? Nie, jeśli odpalą stosowną dolę ZAiKS-owi. To samo dotyczy pubów. A jaka jest różnica między organizatorem studniówki a rozrywkowym mieszkańcem akademika? Chodzi o to samo: ktoś włącza płytę i wszyscy naokoło mogą tego słuchać.

Jeśli chodzi z kolei o wszelakie kampanie typu „Nie ściągam – nie kradnę”, „Ściąganie filmów jest przestępstwem” i tak dalej, to znów ustawa w tym miesza. Bo wedle niej, rozpowszechnianie utworu co prawda jest przestępstwem, ale nabywanie go – już nie. No, chyba że nabywa się go celem dalszego rozpowszechnienia. Jeśli jednak ktoś tylko ściąga, to wszystko jest w najlepszym porządku. Siłą rzeczy więc kampanie antypirackie najzwyczajniej w świecie oszukują, bo nie rozchodzi się o zdobycie piosenki za darmo, tylko o udostępnienie jej innym. Jasne, często oba te procesy się zazębiają (sieci p2p), ale trzeba pamiętać, w czym tak konkretnie tkwi problem. Nie w tym, o czym mowa w kampanii. Proszę więc nie wciskać kitu, że ściągnięcie filmu jest jak zakasanie kurtki i wsadzenie sobie w portki DVD w sklepie. Bo to nie jest to samo.

Żeby już skończyć z prawnymi bredniami, należy dodać jeszcze dwa artykuły z Ustawy o Prawie Autorskim i Prawach Pokrewnych:

Art. 122. Ściganie przestępstw określonych w art. 116 ust. 1, 2 i 4, art. 117 ust. 1, art. 118 ust. 1, art. 1181 oraz art. 119 następuje na wniosek pokrzywdzonego.
Art. 1221. W sprawach o przestępstwa określone w art. 115-119 pokrzywdzonym jest również właściwa organizacja zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi.

I tak naprawdę tutaj wyjaśnia się tajemnica wszechświata. Bo należy spojrzeć prawdzie w oczy: tu nie chodzi o tych biednych, okradanych twórców: muzyków, aktorów czy reżyserów. Oni robią co do nich należy i za to dostają stosowną zapłatę, a byłby złodziejem ten, kto chciałby im tego odmówić. To wyłącznie aktora sprawa, czy za zagranie w filmie dostanie dwa miliony dolarów, czy czterysta złotych i nikomu nic do tego, nawet jeśli ktoś uważa, że to była denna rola. Później natomiast pojawia się kwestia „właściwej organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi” – czyli będzie to oczywiście dobrze znany pewnie większości Polaków ZAiKS.
Bez dokonania stosownej wpłaty na rzecz ZAiKS-u, dwie osoby, które staną na ulicy i zaczną odgrywać fragment „Naszej małej stabilizacji”, popełniają przestępstwo. Zresztą, być może warto zajrzeć tutaj.

 

 

I oto blox.pl mówi: "Treść wpisu zbyt długa (max. 16KB)". Do zobaczenia więc w przyszłą niedzielę, wpis został - za przeproszeniem - bezlitośnie przerżnięty. Na pół.

19:02, fraa_farara , Kawiarenka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 maja 2010

Fraa - jak zwykle - miała potężną obsuwę z terminowością, aczkolwiek tym razem - dla odmiany - było gorzej niż zwykle. W każdym razie oto w końcu jest uzupełnienie zaległości sobotnich.

Gdyby ktoś nie pamiętał poprzednich odcinków i z różnych przyczyn nie miał zamiaru do nich wracać, Fraa napomknie tylko, że mowa była o domniemanej kobiecie życia Frankiego.

Przy okazji: Fraa znalazła ostatnio kartkę z listą bohaterów Jedną Nogą w Grobie (tak, z tą bardzo obszerną listą, zawierającą aż trzy postacie). Były tam portrety osób wraz z podpisami. A konkretnie: Franki z podpisem "Franki", Petunia z podpisem "Petunia" i Grabarz... bez podpisu. To może być niechybnym znakiem tego, że Grabarz istotnie nie miał imienia. Smutne, ale prawdziwe...

Tak czy tak, Cyryl powrócił.

 

 

Uploaded with ImageShack.us

piątek, 30 kwietnia 2010

Fraa zawsze lubiła filmy historycze i/lub kostiumowe. „Elizabeth” czy „Królowa Margot” są naprawdę świetne. Dlatego też kiedy tylko Fraa zobaczyła „Henryka VIII”, do tego jeszcze z Ray'em Winstonem i Heleną Bonham Carter, nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby tego filmu nie obejrzeć.

Henryk VIII”Henryk VIII – krwawy tyran” z 2003 roku w reżyserii Pete'a Travisa nie do końca wpisuje się w zestaw fascynujących, epickich historii pełnych spisków i egzekucji rządów kolejnych angielskich królów i królowych.
To znaczy właściwie są spiski. I są egzekucje, o tak – tych nawet całkiem sporo. Ale całość jest w jakiś sposób zupełnie pozbawiona epickości, a losy bohaterów w dziwny sposób są widzowi dość obojętne.

Ale od początku.
Fraa zupełnie niepotrzebnie obejrzała przed filmem trailer. Jest to zwiastun wyjątkowo nieudany – kiczem i banałem zalatuje jak stąd do czwartku. Wyglądał jak zapowiedź jakiejś niskobudżetowej sensacyjnej historyjki dla znudzonych gospodyń domowych. Chwała bogom, że Fraa już się nauczyła nie sugerować się trailerami, bo zazwyczaj mają się one nijak do filmu.
Potem z kolei tytuł: polski podtytuł „krwawy tyran” znów trąca tandetą i wpisuje się w dokładnie tę samą konwencję, co cały zwiastun.

Sam film mimo wszystko nie jest aż tak zły.
Przede wszystkim: w rolę tytułowego Henryka VIII wcielił się Ray Winstone, więc siłą rzeczy Fraa była pozytywnie nastawiona. Trzeba przyznać, że spisał się naprawdę nieźle. Filmowy Henryk to człowiek, który sam właściwie nie wie czego chce. Kiedy mówi Katarzynie Aragońskiej, że przez piętnaście lat małżeństwa byli szczęśliwi, sprawia to wrażenie szczerego wyznania. A jednak ten sam król niebawem wypędza małżonkę, żeby poślubić Annę Boleyn, tak jakby tych piętnastu lat wcale nie było. Później to się powtarza: wygląda na to, że miłość do Jane Seymour jest szczera i że nie chodzi tu wyłącznie o spłodzenie syna. Czas pokazuje, że Henryk raz po raz robi to samo: najpierw jest szaleńczo zakochany, a po niedługim czasie czar pryska i królowa albo urodzi syna, albo podłoży głowę pod topór.
Pewnym wyjątkiem była tu Anna z Kleve, której od początku Henryk był niechętny i którą porównywał do konia.
W ciągu dwóch części filmu można też zaobserwować stopniową zmianę Henryka: z czasem król staje się coraz bardziej niechętny małżeństwom i znerwicowany. Najpierw liczy na to, że na spłodzenie syna ma jeszcze całe życie, potem tego życia przed nim coraz mniej, więc narasta coś w rodzaju desperacji, a w końcu monarcha traci nadzieję i chce już tylko estetycznego towarzystwa, bo zresztą i tak pod koniec życia ponoć miał być impotentem.

Tutaj Fraa czuje się w obowiązku nadmienić, że historię Henryka VIII zna raczej pobieżnie, więc trudno jej oceniać film pod kątem jego poprawności historycznej. Fakt faktem, Fraa pozwoliła sobie skonfrontować pewne elementy filmowe z faktami i efekt jest całkiem zadowalający. Choćby wątek Thomasa Culpepera czy cała sprawa z Anną z Kleve: istotnie Henryk najpierw poznał ją z portretu malarza Hansa Holbeina i istotnie na obrazie kandydatka na królową prezentowała się atrakcyjnie. I faktycznie po tym, jak Henryk ujrzał ją na żywo, miał się wyrażać o niej bardzo niepochlebnie, w podobnym tonie jak czynił to w filmie, włączając w to porównania do kobyły i wytykanie brzydkiego zapachu.

Henryk VIII - AskeNieco uproszczona i przeinaczona była sprawa z Robertem Aske (Sean Bean), który został przedstawiony jednoznacznie jako prosty, nieco porywczy i naiwny porucznik, pragnący pokoju na świecie i nakarmienia dzieci w Afryce, a tymczasem zdradzony przez oszukańczego, okrutnego króla.

Henryk VIII - Anna BoleynNie można oczywiście mówić o filmie „Henryk VIII” bez wspomnienia o małżonkach króla. W rolę drugiej królowej, Anny Boleyn, wcieliła się Helena Bonham Carter. Fraa miała pewne obawy, czy ta akurat aktorka będzie tu pasowała, ale okazało się, że niepotrzebnie. To znaczy należy ustalić jedno: Helena Bonham Carter nie jest podobna w żadnym razie do Anny Boleyn znanej z portretów (pod tym względem dużo lepiej wypadł na przykład Thomas Cranmer, grany przez Michaela Maloney'a). Tym niemniej w filmie to nie bolało. Filmowa Anna była z jednej strony w gruncie rzeczy dobrą, niewinną i oddaną żoną, ale z drugiej – jeśli tylko miała sposobność, wychodziła z niej pyskata i ambitna królowa. Tak naprawdę była to rola w pewnym zakresie podobna do Morgan z „Merlina”, więc dla Heleny Bonham Carter nic nowego.

W jakiś sposób wydaje się prawdziwe, a jednocześnie bezgranicznie głupie zachowanie osób z otoczenia króla. Przez blisko czterdzieści lat rządów Henryka zawsze była grupa ludzi, którzy liczyli na to, że uda im się przechytrzyć monarchę i – sterując nim – zdobyć władzę i bogactwo. I chociaż z tego samego powodu odbyło się już kilkanaście egzekucji, chociaż skazywani byli lordowie, kardynałowie, królowe, to nadal znajdował się ktoś, kto wierzył, że jemu akurat się uda i że jest cwańszy od wszystkich dookoła.
W jednym tylko momencie Fraa miała wrażenie, że ktoś chce zrobić w niej idiotkę: kiedy planowano pierwszy zamach na życie króla. Fraa co prawda nie ma doświadczenia w tego typu knowaniach, ale wydaje jej się, że nie powinno się to odbywać gdzieś w królewskim zamku, w obecności kręcącej się służby, która spokojnie może wejść, wyjść i przekazać wszystkim, że ten a ten przed chwilą powiedział jawnie i otwarcie, że króla trzeba zabić, zbierajcie swoje wojska, za trzy dni pod miastem ustawka. Bo to już naprawdę jest skrajny debilizm. Jeśli wszyscy spiskowcy w Wielkiej Brytanii wykazują się takim talentem do konspiracji, to nic dziwnego, że władza królewska jest tam nie do ruszenia.

Podstawowym minusem są zdjęcia. Nijak nie porywają, sceny są podobne jedna do drugiej, przez co film staje się w niektórych momentach nużący. Wybitnie irytujące były dialogi i monologi. W większości widz miał wtedy przyjemność oglądania profilu twarzy osoby mówiącej. Dobre raz czy dwa, ale przy kolejnej rozmowie robiło się to zwyczajnie monotonne, jakby twórcom filmu zabrakło pomysłu na inne ujęcia podczas dłuższych partii mówionych.
Tak samo Fraa miała wrażenie, że pomysłu zabrakło przy okazji egzekucji.
Pierwsze ścięcie przywodziło na myśl ścięcie Karola I w „Zabić króla”. Wszystkie kolejne wyglądały praktycznie tak samo: tłum, kat podnosi topór, potem znowu tłum, który wzdraga się przy wtórze mlaśnięcia odcinanej głowy, a potem wystrzał z armaty. I tak sześć razy.
To przez tę monotonię i głupotę pierwszego spisku Fraa przez cały początek zamiast na losach bohaterów, skupiała się raczej na „Skąd ja u licha znam nazwisko David Suchet?” – i zresztą Fraa w końcu rozgryzła tę wielką tajemnicę – oczywiście z genialnej roli Herculesa Poirot, tak niepodobnej do granego w „Henryku VIII” kardynała Wolsey'a.
A jeśli już mowa o znajomych twarzach/głosach w tym filmie, to trzeba tu dodać, że narratorem był – skądinąd genialny – Derek Jacobi.

Fraa jednak przede wszystkim nie może pominąć milczeniem polskiej wersji językowej filmu. Co prawda na płycie jest wersja z lektorem, ale Fraa zdecydowanie woli napisy od lektorów. No to włączyła sobie wersję z napisami... I aż musiała zanotować sobie miano pani odpowiedzialnej za tłumaczenie, żeby przy pierwszej nadarzającej się okazji rzucić w nią zepsutym jajkiem.
Dominika Kmiecik-Micali, niech ją szlag trafi i gnom popieści...
Bo Fraa nie po to kupuje oryginalną płytę, żeby później widzieć taką bezczelną fuszerkę. Jeszcze literówka byłaby zrozumiała, ale na litość wszystkich bogów świata podziemnego!, walące po oczach błędy ortograficzne?! W oryginalnej, oficjalnej wersji?! Toż to mózg się lasuje, a człowiek ma ochotę kupić broń. Po kolei, co oferuje widzowi boskie tłumaczenie pani Dominiki:

  • Scena porodu, w oryginale rozlega się okrzyk „Push! Push!” – Fraa co prawda chyba nie była przy żadnym porodzie, acz zazwyczaj w tego typu momentach na filmach woła się „Przyj!”. Tym razem do rodzącej królowej krzyczano „Pchaj! Pchaj!”. Cóż, może się to różnie kojarzyć, acz niekoniecznie z porodem. Ale pal sześć – to po prostu wywołało zduszony rechot, ale Fraa nie śmie kwalifikować tego jako błąd z dwóch powodów: po pierwsze – a nuż faktycznie tak się mówi? Po drugie – w sumie i tak chodzi pi razy drzwi o to samo, a kwestią czysto umowną jest, którego ze słów bliskoznacznych się użyje...
  • Załamana królowa do króla: „Czemu Bóg mnie tak każe?” – na litość niewyobrażalnie brzydkich demonów ciemności! „każe”?! W oficjalnej wersji z napisami, sprzedawanej w sklepach? W napisach, pod którymi ktoś się podpisał własnym imieniem i nazwiskiem jako ich autor? I to dla tego typu tłumaczeń w swoim czasie zamknięto serwis napisy.org? Bo, nie dajcie bogowie, jeszcze widz mógłby sobie obejrzeć film bez żenujących byków ortograficznych? A może jednak wypadałoby zatrudnić przy tłumaczeniu kogoś, kto skończył podstawówkę, hmm?
  • Znów – królowa do króla: „...nosiłem siostrę twoich dzieci” – i oto widz poznaje całą prawdę o przyczynach nieudanego małżeństwa Henryka i Katarzyny Aragońskiej: Katarzyna była mężczyzną!
  • Henryk do Anny Boleyn podczas audiencji: „...wróciłaś z Francji, Anna?” – wszystko fajnie, tylko że w języku polskim istnieje taki przypadek jak „wołacz”...
  • Król pisze list do Anny: „...od tortury tej niewytłumaczalnego milczenia.” – wygląda na to, że król nie opanował tego trudnej sztuki składnia.
  • Któraś kolejna królowa do Henryka: „...dzięki tym darom zapomnimy o przyszłości” – Fraa się nie zna co prawda, ale chyba dość trudno zapomnieć o czymś, czego jeszcze nie było, co?
  • Bodajże jeden Seymour do drugiego: „Spędź miło czas zagranicą.” – nawet średnio elokwentny edytor tekstu tego nie toleruje i automatycznie rozdziela...


Fraa nie zachwyciła się tym filmem, aczkolwiek da się obejrzeć. Ma fajniejsze momenty i teksty (król o Annie Kliwijskiej: „Ma tyłek wielkości Normandii i paskudnie pachnie.”), ma gorsze. Ale uwaga! Jeśli ktoś chciałby to obejrzeć, to koniecznie i wyłącznie w oryginalnej wersji językowej. W przeciwnym razie umknie duża część filmu, bo człowiek będzie tłukł głową w biurko, zamiast patrzeć na ekran.




„– Masz swoje ideały i swoje sumienie, a czymże jest człowiek bez nich?
– Przede wszystkim nie trupem.”

 


PS. Ach, jeszcze jedno: czy na przełomie piętnastego i szesnastego wieku noszono takie butki na koturnach?

Henryk VIII - buty

00:52, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 kwietnia 2010

Oczywistym jest, że ten blog miał szans przetrwać bez żadnej wzmianki o tym, o czym dzisiaj będzie mowa. A będzie mowa o grze World of Warcraft (zwanej dalej WoW).

World of WarcraftOd czego tu właściwie zacząć...?
No tak – teoretycznie sprawa przedstawia się prosto: jest Sojusz, jest Horda, obie te frakcje tłuką się między sobą, a gracz włącza się do konfliktu po dowolnie wybranej stronie. Oczywiście, jeśli ktoś chce, może do tego podchodzić w ten sposób. Fraa jednak jest zdania, że dużo zabawniejsze jest zagłębienie się w fabularną stronę gry.

Tu Fraa musi wyjaśnić, że nie grała w żadną część gry Warcraft. Fraa ma ogromną nadzieję, że niebawem to się zmieni, ale póki co cała jej wiedza pochodzi z Wikipedii, Wowwiki oraz właśnie z WoW'a. I dla kogoś, kto nie grał w Warcrafta, WoW stawia masę pytań, na które szukanie odpowiedzi daje naprawdę sporo frajdy. No, przynajmniej Fraa ma z tego frajdę. Prawdopodobnie inni nie, bo Fraa (choć teraz stara się już pod tym względem ograniczać) ma w zwyczaju co i rusz nękać otoczenie pytaniami typu „A dlaczego Blood Ylfy są po stronie Hordy?”, „A kim właściwie była lady Sylvanas, zanim została undeadem?”, „Czemu trolle i gnomy nie mają własnych miast?”, „Czemu gobosy są neutralne?” i tak dalej. Ale przecież te wszystkie pytania są sprowokowane właśnie przez WoW'a. Fraa wychodzi z założenia, że to dobrze, jeśli gra skłania gracza do zainteresowania się fabułą i uniwersum, a nie tylko do siekania kolejnych potworów. Właściwie powinny robić to wszystkie gry typu MMORPG, w końcu człon „RPG” o czymś świadczy, ale skądinąd Fraa ma świadomość tego, że w praktyce to nie jest wcale łatwe do osiągnięcia.
Blizzard w WoW'ie dał radę. Jeśli ktoś nie chce, nie musi się interesować historią Warcraftowego świata – nie jest to element niezbędny do zabawy. Ale jeśli ktoś chce, to musi tylko uzbroić się w cierpliwość i w słownik angielsko-polski. Satysfakcja gwarantowana.

WoW - Hemet NesingwaryObok fabuły, WoW obfituje w inne smaczki. Klasycznym przykładem może być tutaj przebywająca w Shattrath City niejaka Haris Pilton, która sprzedaje torebki, różowe pierścionki czy – w swoim czasie, bo ten akurat towar jest niedostępny od stycznia 2009 roku – okulary (ich opis brzmi co następuje: „Increases your chance to be the center of attention.”).
Z kolei w Nagrand i w Scholazar Basin gracz spotyka krasnoluda o wdzięcznym imieniu Hemet Nesingwary. Hemet jest wielkim wrogiem proekologicznej organizacji D.E.H.T.A. (Druids for the Ethical and Humane Treatment of Animals).
I tak dalej. Tego typu humoru WoW oferuje naprawdę sporo, a Fraa lubi takie elementy. Fraa lubi widzieć, że gra jest grą, a nie mega poważnym ciągiem wykonywania kolejnych questów. Bądź co bądź, zabawa powinna być... zabawna. To zresztą sprawiło, że Fraa na przykład nigdy nie przekonała się do Warhammera online – sprawiał za poważne wrażenie, brakło mu tego WoW'owego polotu i lekkości (chociaż tu trzeba wspomnieć, że Sojusz wygląda zdecydowanie bardziej „na serio” niż Horda; burtonowscy nieumarli czy rasta-trolle są rasami bez porównania bardziej pociesznymi od mhrocznych nocnych ylfów czy skrajnie beznadziejnych gnomów – jeśli już szukać fajnej, niezbyt nadętej rasy w Sojuszu, to byłyby to krasnoludy).
Nawet jeśli to w Warhammerze po raz pierwszy pojawili się zielonoskórzy orkowie.

WoW - BrewfestKolejnym elementem wzbogacającym „życie” w WoW'ie są zdarzenia czasowe – czyli Warcraftowe odpowiedniki Wielkiej Nocy, Bożego Narodzenia, Oktoberfest (a jakże!) (edytor tekstu nie zna tego słowa... proponuje poprawki: Oberstdorf, Oktostych, Oberżystka... ostatnie nawet by się zgadzało), Dnia Dziecka, Halloween i wielu innych świąt. I znów: jest to właściwie czysta zabawa, która w żaden lub w bardzo znikomy sposób odbija się w sile bojowej i w zdolnościach postaci. Gracz może nabyć podczas takich okresów tyrolskie gacie, latającą miotłę i tego typu akcesoria. Owszem, są też całkiem użyteczne przedmioty, ale jest masa tych, które dają wyłącznie radochę.

Tyle jeśli idzie o „co jest zabawnego w WoW'ie”. Dalszą kwestią jest masowość tej gry.
World of Warcraft na chwilę obecną jest chyba największym projektem z dostępnych na rynku MMORPG-ów. Słabą konkurencję stanowi nawet Warhammer online, który miał jeszcze szansę ze względu na markę. Bo o grach typu Age of Conan czy LotR nie ma co wspominać. Zwłaszcza Age of Conan...
Ponieważ gra ma być dla wielości odbiorców, oczywistym jest, że nie można za bardzo windować grafiki. Pod tym względem więc mogą być rozczarowane te osoby, które przyzwyczaiły się do grafiki pokroju Warhammer: Mark of Chaos. WoW natomiast ma wymagania sprzętowe i efekty graficzne takie, żeby większość osób mogła sobie pozwolić na grę bez konieczności zastawiania organów wewnętrznych celem nabycia nowego komputera.

WoW - Celestial SteedO ile jednak do niedawna była to istotnie gra dla ludzi, o tyle w tej chwili powoli staje się to rozrywka dla dzieci, które co prawda nie potrafią grać, ale mają bogatych rodziców, więc mogą za całkowicie realne pieniądze obkupić w rozmaite akcesoria i lansować się w Dalaran.
To znaczy oczywiście – wiadomo, że w grach online zawsze są elementy do nabycia za prawdziwe pieniądze. Wiadomo też, że Blizzard nie popełnił WoW'a w ramach akcji charytatywnej „pomóżmy chińskim dzieciom dostać ataku padaczki”. To wszystko jest interes, a ludzie z Blizzarda po prostu chcą zarobić. Jasne. Fraa to naprawdę rozumie. Tym niemniej Fraa jest rozdrażniona stopniowym przykładaniem coraz większej wagi do aspektu finansowego, ponieważ odbywa się to kosztem jakości samej gry.
Na przykład: kiedy Fraa zaczynała swoją przygodę z WoW'em (a nie było to znowuż tak dawno temu), jej postać mogła wsiąść na konika (lub dowolnego innego wierzchowca) na bodaj czterdziestym poziomie. W tej chwili odbywa się to na poziomie dwudziestym. Niby fajnie, bo jest to jakieś ułatwienie. Ale właśnie w tym rzecz: im więcej ułatwień, tym mniejsza radość z osiągnięcia czegoś. Jeśli na tegoż konika czekało się czterdzieści poziomów, zdobycie go stanowiło spory sukces. Człowiek był dumny, że w końcu postać nie musi popylać wszędzie na piechotę. Teraz to żadna sztuka, a więc i żadna frajda. Ale dla Blizzarda to zarobek: bo ludzie szybciej zdobywają wierzchowce, więc postacie mogą się szybciej poruszać, więc nabijanie poziomów szybciej idzie, więc szybciej gracze będą dobijać do maksymalnego poziomu, więc szybciej będą kupować dodatki.
Albo płatne bajery typu zwierzak czy pojazd: niby nic wielkiego, ale – z tego co Fraa przeczytała ostatnio – Blizzard na dodaniu jednego zwierzaka Lil’ XT i jednego mounta Celestial Steed zarobił w ciągu czterech godzin dwa miliony dolarów. W cztery godziny! I w ten sposób większość graczy lansuje się na mountach, co się świecą jak psu jajca. Tyle że skoro jest to większość, to automatycznie przestaje to być coś elitarnego, coś z czego można być dumnym. Bo każdy może to mieć, nie trzeba tu żadnych umiejętności (w przeciwieństwie do mountów za odznaki z battlegroundów). Z czego tu być dumnym? Z tego, że matula zmiękła i zapłaciła za nową zabawkę dla rozpieszczonego dziecka? Fraa odczuwa pewien niesmak z powodu takich elementów. Z powodu tego, że coraz więcej rzeczy osiąga się w niej płacąc, a nie wykazując się umiejętnością gry.

Jeśli natomiast idzie o dodatki jako takie, Fraa nie ma nic przeciwko.
WoW - Goblin in CataclysmWorld of Warcraft w chwili obecnej ma dwa dodatki: Burning Legion oraz Wrath of the Lich King. W niedalekiej przyszłości ukaże się Cataclysm. I trzeba przyznać, że nie są to bezmyślne nabijacze pieniędzy. Dodatki rozwijają i ciągną dalej wybrane fabularne wątki, dają sporo nowych możliwości i w dużym stopniu uatrakcyjniają grę. Szczególnie obiecująco zapowiada się tutaj wyżej wspomniany Cataclysm, który – w przeciwieństwie do poprzednich dodatków – nie ograniczy się do dodania nowej rasy i kolejnego kontynentu, tylko całkowicie odmieni istniejący już świat. I doda nowe rasy, a jakże.
Te „kontynuacje” WoW'a pojawiają się akurat w momentach, kiedy większość graczy nacieszy się już nowościami oferowanymi przez poprzednie dodatki. I jest to rozsądne – oczywiście do chwili, w której istotnie jest co kontynuować. Kiedy pojawił się Wrath of the Lich King, Fraa po wielekroć słyszała, że to już będzie ostatni dodatek do WoW'a. Bo już nic więcej nie da się wykombinować, tutaj Blizzard powinien domknąć fabułę i nie wydziwiać już nic więcej. A potem okazało się, że Blizzard wymyślił, iż gobosy będą rasą grywalną (coś, co Fraa postulowała jak tylko zaczęła grać w WoW'a!). I że wróci Deathwing. Czemu nie? Fraa nie ma nic przeciwko – do tej pory nie miała do czynienia z tym smokiem, więc teraz chętnie dowie się, o so w ogóle chozi.
Zresztą, Cataclysm raz jeszcze potwierdzi to, o czym Fraa pisała wcześniej: że Horda jest z jajem, a Sojusz ma kijek w zadzie: gobliny oczywiście będą po stronie Hordy. Fantastycznie ziomalskie gobliny, których życiową pasją są eksplozje i wynalazki. A najlepiej eksplodujące wynalazki. Prawdopodobnie gdyby goblin skonstruował kubek, ten kubek też by wybuchł. A wilkołaki, które zasilą Sojusz...? Będą mhroczne. I tyle.
Zresztą, wystarczy przyjrzeć się goblińskiej inżynierii – coś wspaniałego. W ogóle inżynieria jest jedną z zabawniejszych profesji, no ale o profesjach to można by długo mówić w zupełnie oddzielnym tekście...

Jest jeszcze coś: chociaż Fraa wcześniej wspominała, że grafika w grze jest taka sobie, to nie można mówić o WoW'ie bez poświęcenia chwilki na intra. A te są po prostu absolutnie genialne. Fraa nie wie, ile czasu ludzie w Blizzardzie robią te filmy. Parę lat nie wydaje się szczególnie wygórowane. Tak czy owak, efekty są oszałamiające. Fraa zresztą oglądała wywiady i relację z produkcji Wrath of the Lich King i była w szoku. Ci ludzie wyprawiali się w plener po to, żeby zobaczyć dokładnie, jak wygląda odgarnianie śniegu ręką. Bo doświadczenia ze sztucznym śniegiem nie były zadowalające, jakoś nienaturalnie sie toto rozsypywało. Bo już o czymś takim jak ludzki, żywy model grający Lich Kinga, to nie ma co wspominać. Facet stał i wbijał miecz w ziemię, żeby później było realistycznie w animacji. Krzyki przerażonego tłumu były nagrywane niemalże przy współpracy dyrygenta. Fraa jest nadzwyczaj podbudowana świadomością, że są ludzie, którzy naprawdę angażują się w produkcję takiej gry i którym zależy na efekcie. Granie w coś, po czym od razu widać, że zostało zrobione na odwal się, jest w jakiś sposób frustrujące.
O WoW'ie można dużo powiedzieć, ale na pewno nie był zrobiony na odwal się.

A i tak cała gra byłaby niczym bez aspektu ludzkiego.
Prawda jest taka, że gdyby Fraa nie miała z kim grać, to pewnie całością znudziłaby się po paru tygodniach. Duże znaczenie ma znalezienie gildii, w której można miło spędzić czas.
Wbrew pozorom, nie jest wcale fajnie, jeśli jest to polska gildia. Fraa może jest nieco uprzedzona, ale unika w WoW'ie Polaków jak ognia. Fraa nie wie do końca z czego to wynika, ale Polacy są beznadziejnymi kretynami. Może to kwestia jakichś narodowych kompleksów, może po prostu Fraa miała pecha i trafiała zawsze na durnowate dresy, których życiową ambicją było nadanie postaci imienia „Twojastara” i bluzganie po polsku na ogólnym czacie.
Tymczasem wspólne sukcesy w gildii (zabicie Lich Kinga na przykład) naprawdę cieszą. Tak samo jak zdecydowanie umila grę możliwość kontaktu z innymi ludźmi na guildczacie.
I można poćwiczyć swoją angielszczyznę...


Mimo pewnych niefortunnych decyzji, takich jak ciągłe ułatwianie rozgrywki czy dorzucanie płatnych bonusów, Fraa twierdzi, że Blizzard wykonał kawał dobrej roboty, tworząc World of Warcraft. Gra pobudza ciekawość, uczy cierpliwości („Szlag! Znowu mnie ubił, parchaty, cuchnący gnomi syn...!”), a czasem pozwala na nawiązanie interesujących znajomości. Wyraźne dopracowanie tego produktu i poczucie humoru ludzi z Blizzarda cieszy.
Tylko miesięczny abonament nie cieszy. Choć z drugiej strony, na chwilę obecną można kupić sześćdziesięciodniową kartę pre-paid za 77zł 90gr., co daje około 39zł na miesiąc. Jest to kwota, którą większość ludzi wydaje miesięcznie na zupełne bzdury typu a to piwo, a to drożdżówka, a to film, który co prawda widziało się już ze sto razy, ale skoro akurat był w promocji... I tak dalej.
Jak ktoś chce pograć, to i cena jest całkiem przystępna.

 

 


Zug-zug!

 

 

PS. Fraa jest bezgranicznie zasmucona faktem, że w Polsce nie działa zapraszanie innych graczy - za to akurat zawsze był bonus, ale o ile do niedawna bonusem tym była zebra, o tyle teraz jest to taki oto pojazd:

WoW - rocketmount

 

PS2. Fraa nie może się oprzeć - te animacje po prostu trzeba zobaczyć. Bez nich człowiek jest uboższy o co najmniej kilka okrzyków zachwytu i wybałuszeń oczu.

 

World of Warcraft:

 

World of Warcraft: the Burning Crusade:

 

i w końcu World of Warcraft: Wrath of the Lich King:

19:17, fraa_farara , Gry
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 kwietnia 2010

Fraa nie jest szczególną fanką Mela Gibsona. Owszem, „Zabójczą broń” lubi co jakiś czas obejrzeć, tak samo „Braveheart”, ale bez nadzwyczajnego piania z zachwytu. Tym bardziej, że „Zabójczych broni” było zdecydowanie za dużo. Jako reżysera, to praktycznie w ogóle go nie ceni, bo – mimo sentymentu do „Walecznego Serca” – jakoś „Apocalypto” zapisało się w kawiarczej pamięci bardzo źle. I choć nadal Fraa ma ogromną ochotę obejrzeć film „Maverick”, to jednak nie ma o Gibsonie nie wiadomo jak pochlebnego zdania. Lubi, owszem, ale bez przesady.

FuriaW filmie „Furia” („Edge of Darkness”) w reżyserii Martina Campbella wyraźnie widać, że Mel Gibson ma swoje latka. To już nie jest ten sam człowiek, który grał narwanego, młodego policjanta w pierwszej „Zabójczej broni”. Na plus należy policzyć, że – sam będąc mocno już podtatusiałym panem – takiego właśnie gra i nikt nie usiłuje udawać, że Gibson jest młodym, rączym amantem. Widać jednak, że stara miłość nie rdzewieje, i Mel Gibson znów wcielił się w postać policjanta.
Thomas Craven jest bostońskim detektywem, preferującym raczej spokojne życie. Jest też samotnym ojcem, a córka stanowi jego oczko w głowie. Ta jednak jest już dorosła, więc jedynie od czasu do czasu się spotykają.
Dość niespotykaną rzeczą jest to, że w filmie nie pojawiła się ani jedna wzmianka o matce Emmy. Nie wiadomo czy Thomas jest wdowcem, rozwodnikiem, a może obeszło się w ogóle bez ślubu, a może Emma jest adoptowana... Sprawy rodzinne po prostu nie były poruszane. Fraa była bardzo zadowolona z tego powodu, ponieważ jest już standardem, że kiedy w filmie pojawia się samotny rodzic z dziecięciem, to muszą zaistnieć również teksty w stylu „Jesteś taka zaborcza! Nic dziwnego, że tata cię rzucił dla tej sekretarki!” albo „Gdyby mama przeżyła ten wypadek samochodowy w wakacje cztery lata temu, nigdy by ci nie wybaczyła. Wiesz dobrze, że była weganką i nie mogłaby znieść, że utopiłeś tego kotka.” – tutaj nic z tych rzeczy się nie pojawia. Jest ojciec i jest córka. I tylko to obchodzi widza, a przeszłe losy rodziny są nieistotne.
Furia - Thomas i EmmaZresztą na podstawie obserwacji Fraa doszła do wniosku, że w Stanach samotny policjant potrafi utrzymywać całkiem sympatyczny domek w ładzie, porządku i czystości... Co jest dość dołujące, bo Fraa ma kłopot z opanowaniem chaosu w jednym pokoju, co dopiero mówić o domu... No ale mniejsza o większość.
Do Thomasa przyjeżdża córka, Emma (Bojana Novakovic). Szybko okazuje się, że jest dość paskudnie chora, szybko też zostaje zamordowana.

I tu zaczynają się schody. Wszyscy są święcie przekonani, że zamachowiec chciał zabić Thomasa (jako policjant na pewno ma wielu wrogów), ale nie wcelował i przypadkiem zginęła Emma. Jeden Thomas ma coraz silniejsze przeczucie, że może to właśnie córka była docelową ofiarą.

Zaczyna się śledztwo, w którym wychodzą na jaw tajemnice dotykające problematyki o wiele większego kalibru, niż jakieś lokalne porachunki między bandziorami i policjantami.

Furia - Jedburgh i ThomasObok Gibsona, w „Furii” pojawia się Ray Winstone jako Brytyjczyk, Darius Jedburgh. Tym razem nie jest już tak podobny do Russela Crowe'a jak w „Propozycji”, ale i tak jest dość charakterystyczny. Jednocześnie Jedburgh był tym bohaterem, z którym Fraa sympatyzowała w całym tym filmie najbardziej. Trudno określić jego konkretną funkcję. Anglika wzywano, kiedy pojawiał się jakiś problem wymagający rozwiązania. Jedburgh był czymś w rodzaju konsultanta, doradcy i najemnika. I Fraa musi przyznać, że wszystko o czym pomyślała, że Jedburgh powinien w danym momencie zrobić, on robił. I to było fajne.

„Edge of Darkness”, poza idiotycznym tłumaczeniem tytułu, ma sporo akcji, dość ciekawą(nawet jeśli wydumaną) intrygę, a nawet nieco humoru, celne teksty i urokliwe riposty. Jednocześnie Thomas Craven nie jest jakimś superbohaterem, tylko po prostu niezłym policjantem, który chce znaleźć osoby odpowiedzialne za śmierć córki. W niektórych scenach Fraa była bardzo pozytywnie zaskoczona, że Thomas zachowuje się naprawdę sensownie: kiedy ktoś usiłuje go rozjechać, ten zabija buca. Kiedy chce zgubić śledzących go facetów, robi to w fikuśne i pomysłowe sposoby.

Zasadnicze zastrzeżenie, które Fraa ma do tego filmu, to zakończenie. Bez żadnych wielkich szczegółów, ale jest po prostu niebywale kiczowate i tandetne. Wieje tym kiczem na odległość. To dość przykre tym bardziej, że wcześniej udało się właśnie większości głupkowatego kiczu uniknąć. Ten kontrast boli.

Tak czy tak, oglądając "Furię", można się nieźle bawić. Nie będzie to widowisko poruszające dogłębnie i aż do trzewi, ale jako zwykła, niezbyt wymagająca rozrywka spisuje się wystarczająco.

Po tym filmie Fraa ma kilka wniosków:

  • nadal lubi Mela Gibsona i nadal bez przesady;
  • coraz bardziej przekonuje się do Ray'a Winstona;
  • można wyobrazić sobie samotnego rodzica z dzieckiem, a bez patologii, wydumanych konfliktów i wyciągania drugiego rodzica jako argumentu w każdej rozmowie;
  • trzeba posprzątać...





„– Ja mogę podać ci jedynie fakty.
– Wszyscy wiemy, jakie są fakty. Żyjemy sobie jakiś czas, a potem umieramy wcześniej niż planowaliśmy. To standardowa procedura.”

20:54, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 kwietnia 2010

Jak mogą Państwo zauważyć, Fraa wprowadziła nową kategorię. Po prostu Fraa uważa, że mity są zbyt obszerną i niedocenioną dziedziną, żeby je tak najzwyczajniej w świecie pomijać.

A właściwie to pomysł na dodanie tej kategorii zrodził się przy okazji rozmowy, w jakiej Fraa niedawno uczestniczyła, dotyczącej Medei.

Eugene Delacroix - MedeaHistoryjka jako taka jest mniej-więcej znana, nawet bez nadzwyczaj wnikliwej znajomości dziejów wyprawy Argonautów. Jazon dopłynął do Kolchidy, tam czarownica Medea pomogła mu w zdobyciu złotego runa, potem odpłynęli, a w końcu Jazon porzucił Medeę dla Kreuzy, w związku z czym Medea uśmierciła Kreuzę, Kreonta, dzieci i odleciała rydwanem ciągniętym przez smoki. Niby proste, prawda?

Nie, to wcale nie jest proste. Nawet na pierwszy rzut oka tylko skończony ignorant mógłby uznać, że ta historia jest prosta.
Należy postawić się w sytuacji Medei: młoda dziewica (tak, wtedy jeszcze takie istniały), córka króla. Urodziwa, ale niezbyt zainteresowana zamążpójściem, jako że głównie zajmuje się czarami. I nagle do jej ojca, władcy Kolchidy, przybywa Jazon z obstawą i chcą złote runo. Adoratorzy Medei najwyraźniej musieli być wyjątkowo nieciekawi, bo dziewczę momentalnie zakochuje się w Jazonie (który, nota bene, sam z siebie niczym nadzwyczajnym się nie wyróżniał). No i co dalej? Jazon jest obcym facetem, którego do Kolchidy przywiodła jedynie chęć uzyskania cudownego skarbu. Medea ma do wyboru: zdradzić rodzinę i ojczyznę w imię wielkiej, , nagłej i namiętnej miłości, albo zignorować uczucie i świadomie dopuścić do śmierci wybranka. Z jednej strony rodzina powinna być ważniejsza od obcego żeglarza, ale z drugiej: obcy żeglarz miał stracić życie i Medea o tym wiedziała. A przecież początkowa „zdrada” ojca nie miała doprowadzić do niczyjej śmierci. Medea u Seneki wyraźnie mówi, że Kolchida była bogatym krajem. Czyli bez runa Ajetes też by sobie poradził. Pomoc Jazonowi więc mogła wydawać się moralnie całkiem do przyjęcia. Poza tym należy tu pamiętać o tym, że Medeę ustrzelił sam Eros, więc kobieta nie do końca mogła zapanować nad swoimi uczuciami i działaniami.
Tak więc gra toczyła się o życie żeglarza, a Medea wówczas była tylko nieśmiałą, młodą królewną. Pisząc o Argonautykach Apolloniosa z Rodos, Sinko tak się o niej wypowiedział:

„Pierwszy odzywa się Jazon, stara się delikatnie pozyskać zaufanie drżącej dziewicy i błaga ją o pomoc: Nagrodą jej będzie sława drugiej Ariadny, rozgłaszana przez Argonautów po całej Grecji. Wzruszona Medea zamiast odpowiedzi wręczyła mu prometheion: byłaby mu chętnie oddała duszę z piersi: tak jej się podobał.”

A o uczuciach targających Medeą, o jej nagłej miłości (znów – opisanej przez Apolloniosa) pisze Tadeusz Sinko nieco dalej:

„W niej rozkosze pierwszego coup de foudre i spotęgowanie uczucia przez myśl o niebezpieczeństwie grożącym »ideałowi« i konflikt między obowiązkiem i miłością, prowadzący nad brzeg samobójstwa, i samorzutna, zrazu bezinteresowna pomoc dana bohaterowi przedstawione są z pogłębieniem psychologicznym, godnym – romansopisarza.”

Bo trzeba tu dodać, że Medea nie jest po prostu wiedźmą. Wyraźnie widać, że kobieta diametralnie się zmienia odkąd spotyka Jazona. Z początkowo nieśmiałej, zakochanej dziewczyny przeobraża się w niebezpieczną czarownicę, która zrobi wszystko dla swojego wybranka. Jej miłość jest fanatyczna. Później nastąpi względny okres spokoju, raczej pomijany w tekstach starożytnych, kiedy to Medea rodzi Jazonowi dwójkę dzieci, ale potem ta groźna Medea-narzeczona wraca, tym razem jako Medea-matka i Medea-zdradzona. Determinacja, którą Jazon mógł obserwować uciekając z Kolchidy, tym razem zostaje skierowana przeciwko herosowi. Chciałoby się powiedzieć: mógł się tego spodziewać i trzymać interes w spodniach. Przecież widział swoją młodą żonę „w akcji”. Tyle że Grecy nie nosili spodni...

Znów jednak Fraa wybiega za bardzo do przodu. Do Medei-zdradzonej. A tu trzeba zatrzymać się przy Medei-dziewicy.
Medea-dziewica ratuje życie Jazonowi i wszystkim Argonautom. Jeśli herosi później dokonują jakichś wielkich czynów, to tylko dzięki Medei. Bez czarownicy, Jazon nie zdobyłby złotego runa. Tak jak Tezeusz nie wyszedłby z labiryntu bez pomocy Ariadny. Czyżby ogólna tendencja...?

W tragedii Eurypidesa Medea wyraźnie podkreśla swoje zasługi wobec Jazona:

„Atoli od początków samych zacząć muszę:
Ocaliłam cię! Wiedzą to syny Hellady,
z którymiś ongi wstąpił na Argo pokłady,
słan na poskromcę ogniem parszczącego sprzęgu
byków i na siejbiarza morderczego łęgu.
Ja smoka, co osaczał złotolite runo
w poplątanych pierścieniach, snu nie dając oczom,
zabiłam i zbawienia świeciłam ci łuną.
Ja ojca porzuciłam i pałac ojcowy,
i do miasta Jolkosu, ku peljońskim zboczom
szłam z tobą, więcej serca się radząc niż głowy.
Ja zgładziłam Peljasa, który z córek ręku
ginął w męce, ja ciebie zwoliłam od lęku...”

Z kolei u Seneki Młodszego czarownica żali się:

„Gardziłam tronem, za tobą zdążałam,
dom porzuciwszy tak pełen bogactwa,
że aż się złotem ozdabiało drzewa.
Lecz nic nie wzięłam oprócz brata mego.
Dla ciebie jego roztrwoniłam ciało.
Tak, poświęciłam kraj, mojego ojca
i brata mego. Tobie wstyd mój dałam.
Tyle w posagu wniosłam. Zwróć go teraz!”

Można by uznać, że cóż – to ona była zakochana, więc to tak naprawdę dla własnego komfortu narzuciła się z pomocą Argonautom. Tyle tylko, że Jazon po pierwsze – sam ją poprosił o tę pomoc (o czym wspomniał Tadeusz Sinko), a po drugie – dość prędko heros dał Medei do zrozumienia, że odwzajemnia jej uczucia i że chce ją pojąć za żonę.

„Teraz dopiero pod wpływem delikatnych słów i łez Medei obudziła się w Jazonie miłość do niej. Coraz czulsza rozmowa doprowadziła go wreszcie do prośby, by jechała z nim do Grecji i została jego żoną: »i nic innego nie rozłączy nas w miłości, aż przeznaczona śmierć nas zakryje« (– 1130).”

Owidiusz w Heroidach wkłada w usta Medei takie słowa:

„Oto wygnanka, wzgardzona, porzucona bez pomocy, pisze do nowo poślubionego; a może zajęty królowaniem nie masz wolnej chwili? Ja, choć byłam królową Kolchów, o ile pamiętam, znalazłam czas dla Ciebie, gdyś prosił, abym Ci pomogła swą czarodziejską sztuką. (…)
I przemówiłeś niewiernymi usty: „Fortuna dała Ci moc i od Twej woli zależy moje ocalenie, me życie i śmierć są w Twoim ręku. Móc zabijać to dosyć dla kogoś, kogo cieszy taka potęga, lecz Ty, gdy mnie uratujesz, większą będziesz miała sławę. Zaklinam Cię na moje nieszczęścia, które możesz złagodzić, na ród Twój i na boskość Twego wszechwidzącego dziada, na oblicze i święte tajemnice Potrójnej Diany, na mnogość innych bogów, jakie czci ten lud, o dziewico, ulituj się nade mną, zmiłuj się nad moimi bliskimi! Na wieki pozostanę Twoim za Twe dobrodziejstwa. A jeśli nie pogardzisz pelazgijskim małżonkiem (lecz skądżeby bogowie mogli być dla mnie tak łaskawi?) prędzej duch mój rozwiałby się w powietrznych przestworzach, zanim by inna miała dzielić mą łożnicę, niż Ty, moja ślubna żona. Niechaj świadkiem mi będzie Junona, patronka świętych małżeńskich więzów i ta bogini, przed którą stoimy w jej marmurowej świątyni!”
Słowa te (i tyle innych!), a także Twa prawica, co uścisnęła moją prawą rękę, poruszyły serce łatwowiernej dziewczyny. Widziałam nawet łzy: czyżby i one też miały być fałszywe? I otom, młódka, szybko uwierzyła Twym słowom.”

Nikt nie wymuszał na Jazonie przysiąg. Za przeproszeniem: „Widziały gały co brały”. Brały barbarzynkę i czarownicę. Pokornie ją prosił, żeby przyjęła go jako męża. To chyba już podpada pod wykazanie się inicjatywą, czyż nie? Medea poszła za herosem.

I w końcu Jazon i Medea lądują u Kreonta. Mają dwóch synów. Wszystko by było pięknie, gdyby tylko nie to, że Jazon – ten sam, który przysięgał na Hades (dla Greków przysięga na Hades była absolutnie nie do złamania) wierność, mąż i ojciec – przygruchał sobie królewnę Kreuzę.

Czy można się dziwić, że Medea wpadła w furię? Przecież ona poszatkowała własnego brata, żeby ocalić Jazona! Pocięła na kawałki i wrzuciła je do morza – takie pohańbienie zwłok byłoby ze wszech miar uważane za zbrodnię, gdyby chodziło o obcego człowieka. A tutaj dodatkowo przecież to brat! Medea, dla której bynajmniej czyn ten nie był łatwy, sądziła, że Jazon również jest skłonny do poświęceń dla młodej małżonki.
A jednak okazało się, że nie.
Medea z przerażającą jasnością zdaje sobie sprawę z tego, że przerobiła brata na gulasz zupełnie niepotrzebnie. Że córki Peliasa zrobiły z ojca zupę równie niepotrzebnie. Wszystkie te okropności, które – przesłonięte bezgraniczną miłością – wydawały się co prawda straszne, ale konieczne, nagle okazały się bezcelowymi zbrodniami.
Dziwne, że w takiej sytuacji Medeę ogarnęło szaleństwo?

Tutaj można w końcu przejść do Medei-zdradzonej.
W tej kobiecie nie ma już śladu dawnej nieśmiałej dziewicy. Niewinność poszła precz gdzieś w okolicach Peliasowych córek. A jednak czarownica wciąż kocha – tym razem: dzieci. Tak jak cała nienawiść skupia się na Jazonie i jego nowej rodzinie, tak miłość koncentruje się na synach.
Owszem – Fraa twierdzi, że Medea zabiła synów z miłości. Dlaczego? A bo Medea u Seneki mówi:

„Oby nie nadszedł nigdy dzień ów straszny,
gdy się przesławny ród ze szpetnym złączy:
Feba wnukowie – z potomstwem Syzyfa.”

i nieco dalej:

„Znów jestem matką i wzgardzoną żoną.
Szał mnie opuszcza. Ja miałabym przelać
krew moich dzieci? Lepiej odstąp, gniewie
i straszne myśli: zło tak haniebne!
Za jakie czyny, wszak nie popełnione,
ta kara? Winien zbrodni – ojciec Jazon,
a bardziej winna krwi chciwa Medea.
Jeżeli umrą, już nie będą moje.
Jeżeli zginą, moimi zostaną.”

A u Eurypidesa:

„Nie zostawię swych dzieci – w nieprzyjaciół ręku”

oraz:

„O, nie! … Me ręce dół im wygrzebią grobowy
w gaju Hery, dostojnej patronki zamkowej,
by który z wrogów mściwych dłońmi zuchwałemi
nie naruszył ich kości.”

Zabicie dzieci jest dla Medei sposobem na to, żeby nie oddać ich Jazonowi. To ona jest ich matką. Ona, wywodząca się od samego Słońca. Nie pozwoli na takie pohańbienie jej synów.
Fraa twierdzi i będzie twierdzić, że jest w tym pewna pokrętna logika.

A jaka jest w tym wszystkim pozycja Jazona?
W tragedii Eurypidesa Jazon przychodzi do Medei i usiłuje wytłumaczyć swoje zachowanie. Co gorsza, utrzymuje, że to wszystko robi nie z chuci, tylko z rozsądku i tak naprawdę Medea powinna być mu wdzięczna:

„Otoś jest przesadzona z barbarzyńców kraju
na grunt Hellady, kędy w zacnym obyczaju
i wedle praw żyć możesz, nie pod grozą pięści.
Mir twej mądrości dotarł do najdalszych części
Hellady... W sławie chodzisz! Tam, na świata krańcu,
gdybyś została, nikt by nie wspomniał o tobie.
Ja zaś ni złota nie chciałbym mieć w dzbańcu,
ni piać w piękniejszym niż Orfej sposobie,
gdyby mi w zamian los odmówił – sławy.
Tyle, co się dotyczy trudów mej wyprawy,
samaś bowiem poczęła te słów przykre waśnie.
Skoro zaś mój królewski związek tak cię złości,
przeto ci udowodnię, żem postąpił właśnie
roztropnie, obyczajnie i z szczerej miłości
dla cię i dla mych dzieci. – Lecz słuchaj spokojnie.
Kiedy tutaj przyszedłem z krainy Jolkosu,
wciąż w zaciekłej z niedolą nieprzepartą wojnie,
czy mógłbym sobie życzyć szczęśliwszego losu
nad ożenek z królewną, ja – tułacz bezdomny?
Nie, bym się tobą znudził, co ciebie tak bodzie,
ani dla pieszczot nowych chuci nieposkromnej,
ni dla dziatwy liczniejszej, z twem łonem w zawodzie,
bo tych, któreś zrodziła, dość mi i te cenię –
lecz głównie, byśmy mieli przystojne schronienie
i nie cierpieli braku, gdyż wiem, że człowieka
biednego i przyjaciel ominie z daleka.
Synów wychować godnie, jak memu rodowi
przystoi, braci spłodzić dzieciom twego łona
i jednej czci węzłami złączyć dwie rodziny –
takie marzyłem szczęście! Na cóż tobie dzieci
jeszcze? Ja chcę przez dziatwę, co będzie zrodzona,
wspomóc żyjące. Zali w tem dopatrzysz winy?
Rozsądek-byś widziała, lecz cię zazdrość ślepi...”

...i dalej w tym tonie. Proszę sobie to wyobrazić: jesteście Państwo młodą dziewicą, córką króla bogatej Kolchidy. Porzucacie bogactwo i palicie za sobą mosty, bo jakiś frajer obiecał Państwu, że będziecie żyli długo i szczęśliwie. Przy pierwszej lepszej okazji ów frajer żeni się z dziewczątkiem, które nie porzuciło dla frajera bogactwa, więc oboje będą mogli grzać się przy pałacowym kominku. Ach, w międzyczasie frajer zrobił Państwu dwójkę dzieci.
I ów frajer usiłuje Państwu wmówić, że:

  • Tam gdzie Państwo do tej pory żyliście (jako córka króla!), byliście biedni i nieszczęśliwi.
  • Tu, gdzie teraz Państwo żyjecie (jako uboga wygnanka), jesteście przeszczęśliwi, bo w końcu jesteście w cywilizacji!
  • Powinniście się państwo cieszyć, że frajer zostawia Państwa na lodzie i żeni się z lepszym modelem, bo dzięki temu Państwa dzieci będą miały doborowe rodzeństwo (z pośledniejszego rodu, ale aktualnie bogatsze).
  • Państwo co prawda muszą uchodzić z kraju, do końca nawet nie wiadomo dokąd, ale generalnie powinniście Państwo być niesamowicie wdzięczni frajerowi.


Jeśli Fraa miałaby jakieś wątpliwości, to po przeczytaniu linii obrony Jazona, musiałaby go momentalnie znienawidzić. Nóż się w kieszeni otwiera.

Fraa przeprasza, że w tym wpisie więcej jest cytatów, niż tekstu własnego. Najzwyczajniej w świecie teksty autorów starożytnych najlepiej obrazują to, co Fraa chce powiedzieć.
A Fraa chce powiedzieć to, że Medea jest wspaniałą kobietą. I już.


Lektury podstawowe:

  • Lucius Annaeus Seneca, Medea, przeł. E.Wesołowska, Poznań 2000
  • Euripides, Medea; Hippolitos, przeł. B. Butrymowicz, Wrocław 2007
  • Publius Ovidius Naso, Heroidy, przeł. W. Markowska, Kraków 1986
  • Gaius Valerius Flaccus, Argonautyki: ksiąg osiem, przeł. S. Śnieżewski, Kraków 2004
  • T. Sinko, Literatura grecka, T. 2 cz. 1, Literatura hellenistyczna (wiek III i II przed Chr.), Kraków 1947




„Wyrwałeś się ze związku ze straszną Fazyjką.
Już nie będziesz zmuszony pieścić dzikich piersi.
Szczęśliwcze, bierz eolską dziewicę za żonę –
tym razem zgodnie z wolą i po myśli teściów.”

18:54, fraa_farara , Mity
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12

Fraacja
Liczydło, a co!