Kategorie: Wszystkie | Film | Gry | Jedną Nogą w Grobie | Kawiarenka | Książka | Mity
RSS
niedziela, 25 kwietnia 2010

radioW dzieciństwie Fraa nie słuchała radia. W jej świadomości jakoś utarło się, że radio to brak możliwości wyboru, której piosenki człowiek chce w danej chwili posłuchać, za to że jest sporo reklam i przynudzania niezbyt rozgarniętych ludzi.
Od jakiegoś czasu jednak Fraa zaprzyjaźnia się z kolejnymi stacjami radiowymi. Niestety, efekty nie nastrajają zbyt optymistycznie.

Na początku zapowiadało się całkiem nieźle. Ogromną zaletą radia było to, że Fraa mogła posłuchać czegoś nowego, innego, czegoś, czego nie ma we własnych zasobach muzycznych. Przy niektórych piosenkach pojawiała się nawet refleksja: „O, wieki tego nie słyszałam, a przecież tak to lubię!”.
Kiedy jednak po dziesięciu godzinach Fraa była na etapie szóstego słuchania tegoż kawałka, w kawiarczym umyśle rodziła się wątpliwość: „Dobra, dobra... ale już dość... chyba się nieco powtarzają...?”.
I szybko okazało się, że istotnie pierwotne obawy były słuszne.

Radio jest dobre na tydzień. Może dwa. Jeśli dobrze trafić, to i miesiąc można wytrzymać. A potem zaczyna się ta faza, kiedy człowiek ma ochotę wgryźć się w radioodbiornik i wyssać wszystkie kable jak spaghetti, byle tylko umilkło toto na wieki.

Po pierwsze: muzyka.
Słuchając danej stacji, Fraa jest skazana na łaskę i niełaskę prezenterów radiowych. A ci mają nieprzyjemny zwyczaj męczenia przez trzy miesiące pięciu piosenek na krzyż. Czasem jest to coś, co od samego początku sprawia wrażenie pomyłki historii, tak jak na przykład na Esce Rock nie tak dawno katowano „Pussy” Rammsteina. Mimo całej sympatii do tego zespołu, Fraa szczerze i serdecznie nie cierpi tej piosenki. Najpierw całość brzmi niemal jak Niewidzialny Templariusz, a potem zaczyna się coś, co niby ma jakiś tekst, ale i tak sprowadza się do:

„You’ve got a pussy
I have a dick
So, what’s the problem
Let’s do it quick”

No ileż razy można słuchać czegoś takiego?
To więc jest sytuacja numer jeden. Sytuacja numer dwa ma miejsce wtedy, gdy taka na przykład Eska Rock dopadnie piosenkę, którą się wcześniej lubiło. Stacja stanie wtedy na rzęsach, żeby w przeciągu dwóch tygodni dany kawałek wywoływał mdłości nawet w najbardziej zagorzałych fanach danej kapeli. Tak było w przypadku „Marysi” Kultu. Fraa lubiła tę piosenkę. Przez pierwsze pięćdziesiąt odsłuchań. I jak na początku Fraa się ucieszyła, że jest w ogóle nowa płyta Kultu, może warto by kupić, tak po jakimś miesiącu kawiarka warczała na każdą myśl, która choćby ocierała się o tytuł „Hurra!”. Prawdopodobnie gdyby ktoś wtedy odniósł jakiś sukces i radośnie zakrzyknął „Hurra!”, a Fraa przypadkiem byłaby w okolicy, delikwenta znaleźliby z własną stopą przewleczoną przez uszy.
Jeśli chodzi o aspekt muzyczny, należy tu też wyróżnić niektóre weekendy. Eska Rock od czasu do czasu ogłasza jakiś specjalny weekend. Był weekend z Rammsteinem, był z Kazikiem, były i inne. Fraa nie pamięta jak było w innych przypadkach, ale jeśli chodzi o Kazika, to przez trzy dni weekendu (bo piątki też się wliczają) Fraa mogła usłyszeć niezliczoną ilość razy „Marysię” i chyba jeszcze więcej razy zajawkę, że oto właśnie słuchacie weekendu z Kazikiem w Esce Rock! Yeah!!!1111oneone!!!!11jeden!
Oczywiście, zawsze można przełączyć, jeśli akurat leci jakiś kawałek, którego się nie lubi. Cóż z tego, skoro zazwyczaj przełącza się na coś jeszcze gorszego albo na reklamy?
No właśnie, skoro już o reklamach mowa...

Po drugie: reklamy i sample, czyli aspekt niemuzyczny.
Własna playlista ma tę wyższość nad radiem, że nie ma tam co trzy piosenki durnego przerywnika i masy reklam.
O reklamach radiowych zresztą należy powiedzieć oddzielnie parę słów.

Bardzo często zdarza się tak, że reklama korzysta z rozmaitych efektów dźwiękowych, takich jak syrena policyjna czy klakson. Z jednej strony jest to zrozumiałe: nie mając do dyspozycji wizji, trzeba jakoś uatrakcyjnić fonię, żeby reklama nie była jedynie ciągiem odczytywanych sloganów, ponieważ wtedy osiąga się efekt Jeanette Kalety:

zanet kaleta

Trzeba jednak pamiętać, że przecież normą jest słuchanie radia w czasie jazdy samochodem. Pozostaje więc pogratulować wyobraźni specom od marketingu, dzięki którym przeciętny kierowca co pół godziny dostaje mikrozawału, bo nagle słyszy syrenę policyjną czy ambulans.
Pomijając fakt, że przy takiej reklamie kierowca zamiast spokojnie i bezpiecznie jechać, zaczyna się rozglądać, gdzie jest ta cholerna karetka i w którą stronę odbić, żeby jej ustąpić, to przecież to działa i w drugą stronę: przyzwyczaja się kierowcę do tego, że syrena czy klakson to tylko reklama. Wobec tego jeśli któregoś dnia faktycznie będzie jechała karetka, delikwent zorientuje się o tym dopiero kiedy będzie miał jej tłumik wbity w potylicę.
Oczywiście trudno wymagać jakiegoś oficjalnego zakazu w tej kwestii. Ani nie można zabronić kierowcom słuchania radia (po to są produkowane radia samochodowe, żeby ich używać. Poza tym jest to czasem całkiem korzystne dla kierowcy, który z radia może na przykład czerpać informacje na temat aktualnych korków na ulicach), ani stacji radiowej emitowania reklam z klaksonem. Bo idąc tym tropem, można przecież zabronić również włączania do reklam elementów typu płacz dziecka (bo zarobiona matka będzie się ciągle bała, że to właśnie kwili jej dziecię w drugim pokoju), śmiech (bo prezes pomyśli, że to jego sekretarka, zamiast sumiennie pracować, plotkuje z psiapsiółkami i rechocze), a w ogóle to zakazać mówienia w radiu (bo jakaś starsza pani z galopującą sklerozą dostanie ataku serca kiedy sobie uświadomi, że słyszy głosy, mimo że jest sama w domu). Nie w tym rzecz. Tym niemniej miło by było mieć tę radosną świadomość, że marketingiem nie zajmują się półgłówki bez cienia wyobraźni, których twory być może stwarzają zagrożenie na drodze.

To jednak była tylko mała, reklamowa dygresja.

Po trzecie: element ludzki.
Na bogów! Fraa nie wie do końca, co trzeba obecnie zrobić, żeby znaleźć zatrudnienie w radiu. Waha się między „przespać się z odpowiednią osobą” a „mieć szczęście i przyjść na świat w odpowiedniej rodzinie”. Fraa nie dlatego preferuje Eskę Rock, że tamtejsze audycje są najlepsze, ale dlatego, że są najmniej żenujące. A przecież są przepotężnie żenujące!
Przytłaczająca część prezenterów radiowych to ludzie bez żadnego stosownego wykształcenia (że Fraa wypomni tylko jednego pana po budowlance – nie żeby było coś złego w byciu po budowlance. Ale w takim razie może niech ów pan poszuka pracy w zawodzie, a pracę w radiu zostawi komuś, kto umie się wysławiać?). Nie wiedzieć czemu, za punkt honoru postawili sobie robienie debili albo z siebie, albo ze słuchaczy (no właśnie – cóż to właściwie za maniera, żeby ośmieszać na antenie niczego nieświadomego słuchacza? A to Niezły Numer w Radiu Zet, a to Poranny WF w Esce Rock...). Zdaje się, że radio Eska ma prezentera, który celuje w humorze typu: wyraźne i zdecydowanie nadmierne pobudzenie na wieść o tym, że słuchaczka jest ubrana w ręcznik. Jakby Fraa chciała słuchać szczytującego frajera, nabyłaby sobie jakiegoś pornola. Ale Fraa nie po to słucha radia.
Oczywiście nie można tu nie wspomnieć o radiomaryjnym: „Kasiu, jak masz na imię?”.
Jeszcze gorzej się dzieje, kiedy jakiś program jest prowadzony przez dwójkę prezenterów. Zazwyczaj wtedy oni próbują się przekomarzać i wyzłośliwiać, czego efekt jest raczej żałosny. Tutaj Fraa znów musi wrócić do Eski Rock, w której chyba wszyscy spikerzy onanizują się domniemaną złośliwością niejakiej Ani. Fraa jeszcze nigdy nie słyszała, żeby rzeczona Ania rzuciła jakąś ripostą bardziej ciętą niż średniej wielkości poduszka, za to miała okazję niezliczoną ilość razy usłyszeć zachwyty, jak bardzo Ania jest złośliwa, po prostu eskorockowa Mistrzyni Ciętej Riposty. Naprawdę szkoda, że to nachalne wciskanie słuchaczom image'u Ani w żaden sposób nie pokrywa się z jej zachowaniem.

Pod tym względem stacje radiowe bardzo skorzystały na tygodniowej żałobie narodowej, kiedy anulowano wszystkie te kretyńskie programy i po prostu puszczano muzykę. Fakt, muzyka momentami zahaczała jakościowo Chilli Zet, a więc po godzinie trzeba było przełączyć, bo mózg się lasował, ale mimo wszystko lepsze to niż ta banda niekompetentnych błaznów.

Głupio przyznać, ale na tle wszystkich tych prezenterów najlepiej wypada Kuba Wojewódzki i Michał Figurski. Robią z siebie pajaców, ale od czasu do czasu zdarza im się powiedzieć coś trafnego. Co więcej, parę razy już udowodnili, że potrafią - w przeciwieństwie do innych - powiedzieć kilka składnych zdań z rzędu.

Fraa rozumie, że to wszystko ma być rozrywka. Tutaj jednak pojawia się zasadnicza kwestia: teoretycznie komik, aktor, kabareciarz jest po to, żeby zabawić publikę. To jego praca. Jak świat światem, na tym ta praca polegała. Jeśli taki komik czerpie z tej pracy satysfakcję, to naprawdę świetnie. Przypuszczalnie zarówno dla niego, bo się nieborak nie męczy, jak i dla widza, bo zawsze to lepiej oglądać czyjeś występy bez świadomości, że delikwent właśnie przeżywa tortury jakby go pakowali do żelaznej dziewicy. Tymczasem w polskich mediach nastąpiło kuriozalne przewartościowanie i teraz to celebryci się bawią, a widz może ewentualnie cieszyć się ich radością. I to samo jest w radiu: kolejne parki spikerów robią z siebie debili i chrzanią trzy po trzy, byle tylko wypełnić jakoś ciszę między piosenkami, a słuchacz ma się z tego cieszyć. A jak się nie cieszy, to jego problem. Zawsze może wyłączyć to ustrojstwo.

Na szczęście są jeszcze inne rozwiązania, które są pozbawione radiowych wad. Są to radia internetowe. Począwszy od radia Gadu-Gadu (do którego uruchomienia jednak potrzebny jest Winamp, co niektórym może nie odpowiadać), a skończywszy na radiowych gigantach typu PolskaStacja.pl. Ta ostatnia ma na przykład bardzo duży wachlarz kanałów do wyboru, a prawie nie ma reklam. Ot, samplik od czasu do czasu, jakaś jedna czy dwie reklamy na krzyż i to wszystko. I, co więcej, piosenki powtarzają się dużo mniej, niż w tradycyjnym radiu.
No i zawsze można poszukać w sieci czegoś konkretniej ukierunkowanego, co by nie było uniwersalnym portalem dla każdego.
I tak na przykład jeśli ktoś lubi irlandzkie klimaty, Fraa może polecić LiveIreland.

Tak naprawdę na temat kondycji radia powiedziano już wszystko co powiedzieć należy: „Family Guy”, sezon piąty, odcinek drugi: „Mother Tucker”. Fraa poleca.





„I'm gonna dance with somebody
Dance with somebody
Dance, dance, dance”

15:04, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (2) »
sobota, 24 kwietnia 2010

Na wstępie Fraa pragnie przeprosić (ha! paradne, doprawdy...) za makabryczne opóźnienie z Odcinkiem 19. Został on już uzupełniony, gdyby ktoś pytał.

Fraa musi przyznać, że sprawia jej pewną radość obdarzanie martwego Frankiego większą porcją energii życiowej, niż Grabarza. Być może w istocie Fraa dużo lepiej bawi się z projektem Jedną Nogą w Grobie, niż potencjalny Czytelnik, ale to w niczym nie przeszkadza. Ponadto Fraa nie może się oprzeć parszywej pokusie dorzucenia do tych dwóch panów jakiejś miłej pani. To znaczy oczywiście oprócz Petunii. No ale w końcu Petunię dość trudno rozpatrywać w kategoriach „kobieta” czy też „miła pani”.

Właściwie wiele więcej nie można przy tej okazji już napisać.

Endżoj.

 

Uploaded with ImageShack.us

piątek, 23 kwietnia 2010

Dawno, dawno temu, Fraa obejrzała (przypadkiem, to na pewno był zbieg złych okoliczności) film zatytułowany „Underworld”. Obiecała sobie wtedy, że więcej tego wytworu kijem przez szmatę nie tknie. Stało się tak, że jednak wygrało tak zwane prawo serii, w związku z czym, skoro Fraa już miała sposobność obejrzenia „Underworld 2: Evolution” – nie omieszkała z niej skorzystać.

Jeśli jeszcze raz Fraa wpadnie na jakiś równie świetny pomysł, niech ktoś z Państwa ją kopnie, dobrze?

Underworld 2 - EwolucjaOczywiście część uwag dotyczących tego filmu, siłą rzeczy odnosi się również do części pierwszej. (swoją drogą, Fraa była naprawdę przerażona, bo kiedy wpisała w Googlach „Underworld”, rozwinęły się w podpowiedziach hasła „Underworld 2”, „Underworld 3” oraz... „Underworld 4”, który ma wejść do kin w przyszłym roku – czyżby niebawem „Underworldów” w istocie miało być więcej niż „Akademii policyjnej” i „Gangu Olsena” razem wziętych?).

Zacząć więc należałoby od kwestii dotyczących całokształtu, bez szczególnego wskazania na konkretną część.
Bohaterką, która oczywiście swoją zajebistością ma rzucać na kolana widzów, jest Selene (Kate Beckinsale) – pomijając już jakże, ach jakże oryginalnie wymyślone, mhroczne imię, warto przyjrzeć się samej postaci. W gruncie rzeczy jest to kobiecina straszliwie nieporadna, która przez większą część filmu jest słabsza od wszystkich naokoło – dopiero na końcu, nie wiedzieć czemu, spina się do rozniesienia w pył wszystkiego co się rusza i na drzewo nie ucieka. To trochę jak filmy z van Damme'm. Jakkolwiek Fraa zawsze miała sentyment do tego aktora, to jednak zazwyczaj schemat był ten sam: najpierw grany przez van Damme'a bohater dostaje wciry od wszystkich, a w ostatnich pięciu minutach, mając połamane wszystkie kończyny, nagle spada na niego przypływ siły i mocy tak niespodziewany, jak Hiszpańska Inkwizycja. Tak jest i tutaj. Ten schemat jeszcze wyraźniej chyba rysuje się w przypadku drugiego bohatera, mieszańca Michaela (Scott Speedman).
Przy tym bohaterowie są tak płascy, że chciałoby się ich porównać do kartki papieru, ale przecież nawet kartka papieru ma jakieś znamiona trójwymiarowości. Oni są jak rysunek kartki papieru, popełniony na kartce papieru. Ich poszczególne charakterystyki można zawrzeć góra w trzech słowach i naprawdę wyczerpać tym samym temat.

Ale elementem, który Fraa zawsze uważała za szczególnie urokliwy, jest wygląd Selene. Po pierwsze, jak wszyscy dobrze wiedzą, po zostaniu wampirem, włosy stają się czarne... No dobrze, dobrze – w „Wywiadzie z Wampirem” Claudia też miała loczki. Powiedzmy, że coś w tym jest. I że to wcale nie jest dbałość dzielnej Selene o to, żeby wyglądać mrocznie w najbardziej kiczowaty i tandetny sposób. No bo jakimi ścieżkami, tak na oko, biegną myśli bohaterki? „Jestem wampirzycą. Czyli przefarbuję się na czarno, będę bardziej tró.”?
Najwyraźniej jednak coś w tym jest, bo wystarczy spojrzeć na obuwie Selene. Zaiste, nie ma nic lepszego, niż bieganie po bezdrożach, skałach, lasach, zrujnowanych zamkach – w butach na kilkucentymetrowym koturnie i obcasie, na którym można by uskuteczniać taniec na rurze. Człowiek mógłby pomyśleć, że Selene byłoby wygodniej w trampkach albo trzewikach, ale nie dajcie się Państwo zwieść! Trampki i trzewiki nie są przecież dość mroczne...
Fraa ma bardzo złe zdanie o wampirach, jeśli widzi, że to banda kretynów, dla których turbomroczny image jest istotniejszy niż zwykła wygoda. Wygląda na to, że to banda pustych jak portfel pod koniec miesiąca, lalkowatych kretynów, którzy przede wszystkim dbają o stosownie „wampiryczne” pozory, a potem o całą resztę.

Oprócz bohaterów, jest też kwestia efektów specjalnych. Film tego rodzaju mógłby nimi rekompensować idiotyczną, przewidywalną fabułę i durnych bohaterów. Niestety, Fraa momentami miała wrażenie, że „Underworld” jest produkcją niskobudżetową. Wszystko naturalnie dzieje się po ciemku, więc połowy rzeczy nie widać. Przemiany wilkołaków są absolutnie pozbawione płynności, a same wilkołaki nie wyglądają lepiej od wilkołaków z filmów z lat osiemdziesiątych. Ich kukłowata sztywność jest zwyczajnie irytująca. Z kolei półwilkołak Michael wygląda jak skrzyżowanie smerfa z "Avatara" i wampira z "Buffy".

A teraz nieco konkretniej, czyli na co szczególnie można zwrócić uwagę w filmie „Underworld 2: Ewolucja”?
1. Kiedy bodajże Marcus (Tony Curran) chłepcze krew Selene, widzi jej wspomnienia. Widz poznaje te wspomnienia w krótkich migawkach. Jak, na litość Phila – Księcia Półmroku i władcy Piekiełka, Selene mogła mieć we wspomnieniach coś, czego nie widziała, bo rozgrywało się za jej plecami? A to właśnie widać w jednej z tych migawek. Coś, co właśnie ukryto przed Selene.
2. Derek Jacobi – dlaczegóż, ach, dlaczegóż tak nisko upadł? Fraa rozumie, że przecież to tylko praca, zapłacili to zagrał, ale mimo wszystko... żal pozostaje. Fantastyczny w „Ja, Klaudiusz” i równie świetny w „Kronikach braciszka Cadfaela”, a tutaj nagle godzi się na bycie jakimś tandetnym Corvinusem. Z drugiej strony, może to i dobrze. Dzięki temu, że Corvinusa zagrał Derek Jacobi, Fraa była w stanie w ogóle znieść tę postać
3. Kiedy Marcus, jako ten potwór straszliwy i skrzydlaty, leciał obok lub przed jadącą ciężarówką... Dlaczego nie powiewała mu kiecka? Jest tak zajebisty, że nawet pęd powietrza go omija?
4. Fraa z radością zauważyła, że w tym filmie wampiry częściej piją krew innych wampirów, niż kogokolwiek „z zewnątrz”. Właściwie Fraa w tej chwili nie może sobie przypomnieć, żeby jakiś człowiek został dziabnięty. Za to wampiry – każdy każdego. Swoją drogą, jak na istoty, które muszą pić krew, żeby przeżyć, wampiry z „Underworld” są niesamowicie mocno ukrwione. Posoka tryskała na wszystkie strony i rozlewała się w obfite kałuże.

Fraa nie ma siły pisać nic więcej. Film właściwie mógłby być pastiszem, gdyby był zrobiony troszeczkę z jajem. A tak, to jest zbyt kiczowaty i durny na poważną produkcję, ale zbyt smętny na parodię. I wychodzi takie nie wiadomo co... Tłajlajt dla dorosłych? Tylko nie błyszczeli. A reżyser, o ironio!, nazywa się Len Wiseman...





„Idę się odlać, Grucha, bo nie chcę na to patrzeć.”

18:52, fraa_farara , Film
Link Komentarze (6) »
czwartek, 22 kwietnia 2010

(bez zdjęcia, jako że książka była w bibliotecznej oprawie, czyli przedstawiała sobą jednolicie brązowy prostokąt... Fraa nie ma pojęcia, jak wyglądała oryginalna okładka tej książki)

 

Autor: Herbert George Wells
Tytuł: „Wojna Światów”
Przekład: Henryk Józefowicz
Tytuł oryginału: „The War of the Worlds”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1977
Wydawca: Iskry

 

Po przemiłej lekturze „Wehikułu Czasu”, Fraa radośnie zabrała się za czytanie „Wojny Światów” tegoż autora. I przyznać musi, że była to bardzo słuszna decyzja.
Być może części z Państwa tytuł ten kojarzy się głównie z Tomem Cruise'm i piszczącą dziewczynką z klaustrofobią. Fraa ma jednak nadzieję, że nie, bo to by było dość straszne.
Tak właśnie – najnowsza adaptacja filmowa „Wojny Światów” jest absolutnie straszliwa. Jest tak zła, że nawet nie sięga do dna, żeby zapukać w nie od spodu.
„Wojnę Światów” trzeba przeczytać.

Rzecz w tym, że po raz kolejny jest to historia, która nie przedstawia Bohatera uwikłanego w jakieś wydarzenia i rozprawiającego się z nimi, a przedstawia wydarzenia. Bohater jakiś jest, ale jest nieważny, jest jedynie czymś w rodzaju samobieżnej kamery w rękach czytelnika.
Powieść ma postać relacji czy pamiętnika pewnego wykształconego mężczyzny, który opowiada o tym, jak to był świadkiem ataku Marsjan na Ziemię. Ale – jak już Fraa wspomniała – ten człowiek nie ma wielkiego znaczenia. Wiadomo, że ów inteligent przetrwa tę straszliwą, choć stosunkowo krótką, wojnę, bo przecież trudno, żeby opowiadał tę historię po śmierci, prawda? Wiadomo też, że przeżyje jego brat, bo narrator wspomina, że o swoich perypetiach rzeczony brat opowiedział mu później. W ogóle od początku wiadomo, że ludzkość przetrwała i że Marsjanie ostatecznie przegrali wojnę, bo bardzo szybko pojawiają się wzmianki o późniejszych badaniach, jakie ludzie prowadzili na tym, co pozostało po niebezpiecznych agresorach.
„Wojny Światów” nie czyta się po to, żeby dowiedzieć się co się stanie. Czyta się po to, żeby zobaczyć jak dojdzie do tego, do czego dojdzie.

Bohater nie jest istotny, bo – tak jak w „Wehikule Czasu” – jest to tylko obserwator. Czytelnik widzi Anglię atakowaną przez Marsjan oczami wykształconego mieszkańca niewielkiego miasteczka niedaleko Londynu. Tym samym podczas lektury można poczuć się, jakby było się w środku wydarzeń. To właśnie dlatego Fraa z zapartym tchem czytała, jak to bohater tkwił nieruchomo pod węglem i drewnem w piwnicy zrujnowanego domu, podczas gdy macka Marsjanina pełzała dookoła w poszukiwaniu żywej istoty. A nie dlatego, że była ciekawa, czy bohaterowi uda się wymknąć.

Jest to zresztą podstawowa różnica między książką a filmami. Bo filmy traktują o Wielkich Bohaterach, którzy stawiają czoła straszliwemu zagrożeniu (zagrożeniu, które nawiasem mówiąc w filmach dotknęło cały świat, podczas gdy Wells ograniczył się do Anglii, a właściwie do okolic Londynu). Tymczasem Wells napisał powieść, w której pokazał rozwój nastrojów i zachowań społeczeństwa w obliczu takiego zagrożenia, pokazał też różnice, jakie mogą istnieć między Ziemianami a przybyszami z Kosmosu. Wskazał na uniwersalność pewnych mechanizmów (poszukiwanie przestrzeni do życia, chęć przetrwania gatunku), ale też na to, że – kolokwialnie mówiąc – „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Mimo że wielokrotnie w „Wojnie Światów” pojawia się wzmianka o tym, że Marsjanie byli odrażający, czytelnik znajduje też takie uwagi:

„Zanim osądzimy ich zbyt surowo, przypomnijmy sobie, jak bezlitośnie tępił własny nasz gatunek nie tylko zwierzęta, bizony i ptaki dodo, ale i inne rasy ludzkie, na niższym stojące szczeblu rozwoju. Choćby Tasmańczycy wytępieni doszczętnie w ciągu pięćdziesięciu lat przez przybyszów z Europy. Czyż tacy z nas apostołowie litości, byśmy mieli prawo żalić się na Marsjan postępujących tak samo z nami?”

albo:

„Dla nas sama już myśl o tym jest niewątpliwie odrażająca, sądzę jednak, iż należy równocześnie pamiętać, jak odrażającymi musiałyby wydać się inteligentnemu na przykład królikowi nasze mięsożercze zwyczaje.”

Toteż sucha logika i pewna doza zrozumienia dla Marsjan mieszają się w powieści z przerażeniem i odrazą.

Wells zaprezentował też pewien wachlarz osobowości, z których każda przyjmuje inną postawę podczas tytułowej wojny. Jest więc artylerzysta, który stawia na siłę, rozum i wytrwałość. Który odmalowuje przed oczami narratora wizję świata, w którym ludzie co prawda przegrali bitwę, ale jednak przeżyli; z jednej strony są jak dzikie zwierzęta, żyją w ukryciu, z drugiej jednak nie tracą człowieczeństwa dzięki dbałości o spuściznę intelektualną. Aż w końcu, pewnego dnia może nawet ci ludzie, uśpiwszy czujność Marsjan, zdołaliby nauczyć się obsługi machin najeźdźców?
Fraa zresztą zatrzymała się na dłużej nad rozmową z artylerzystą, jako że wypowiada on naprawdę mądre słowa, jak choćby przy okazji omawiania zachowań ludzi podczas marsjańskiego panowania:

„A kiedy sprawy tak się układają, że ludzie zaczynają odczuwać konieczność działania, zaraz znajdują się słabi albo tacy, co słabną na samą myśl o potrzebie ruszenia mózgiem, i zawsze wykombinują taką religię, co zabrania wszystkiego, górnolotną i głoszącą ufność i pokorę wobec prześladowców i poddanie się woli Stwórcy.”

I inne, przy których Fraa nie mogła powstrzymać radosnego wyszczerza:

„Bo ostatecznie żyć po to, by psuć rodzaj ludzki, to nielojalność.”

czy:

„Silne, mądre kobiety będą także potrzebne – nie żadne lalkowate ślicznotki ze słodkimi ślepkami.”

Inną postacią jest z kolei wikary, którego słaba wiara w żaden sposób nie jest w stanie ocalić przed postępującym szaleństwem i straszliwym losem.
Pojawia się, wspomniany wcześniej, brat narratora. Ten nie dość, że sam walczy o ocalenie, to ratuje również dwie damy z opresji i dba o nie w dalszej podróży. Podróż ta zresztą jest pełna niebezpieczeństw – nie ze względu na Marsjan, ale przez ludzi.
Początkowo obojętni, nawet nastawieni lekko drwiąco do nowinek o Marsjanach, ludzie stopniowo poddają się panice, aż w końcu bohaterowie są świadkami iście dantejskich scen, takich jak wzajemne tratowanie się uciekinierów, morderstwa i rabunki.

„O trzeciej ludzie tłoczyli się i tratowali nawet na ulicach Bishopsgate. O kilkaset jardów od liverpoolskiego dworca strzelano z rewolwerów, kłuto się nożami, a rozwścieczeni policjanci rozbijali pałkami głowy tych, do których ochrony byli przecież powołani.”

Niektórzy ludzie do samego końca nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa – ci stawali się elementami przejmujących epizodów takich jak ten, w którym staruszek z uporem maniaka utrzymuje, że musi zabrać ze sobą skrzynkę z orchideami.

Jednocześnie – obok studiów zachowań ludzkich w obliczu ataku Marsjan, Wells daje fantastyczny pokaz wizjonerstwa. W powieści wydanej po raz pierwszy w 1898 roku opisał laser (Snop Gorąca) oraz wojnę totalną z użyciem gazów trujących (Czarny Opar). Artylerzysta w swojej koncepcji przyszłości opowiada o tym, jak to wśród ludzi – będących już pod panowaniem Marsjan – znajdą się i tacy, którzy będą służyć najeźdźcom, będą wystawiać własnych pobratymców i sprzedawać ich wrogowi dla uzyskania pewnych łask czy specjalnego traktowania. Narrator reaguje na coś takiego oburzeniem, twierdzi, że trudno wyobrazić sobie, żeby istota ludzka dopuściła się tak haniebnych czynów. I jakkolwiek Fraa szczerze i serdecznie nie lubi literatury wojennej i powojennej, to tutaj od razu nasunęło się skojarzenie z całkiem świeżą historią, z łagrami i nie tylko.

Pojawiają się też poruszające obrazy opustoszałego, zniszczonego Londynu. Ziemi porośniętej czerwonymi, marsjańskimi roślinami. Opisy świata, który znalazł się u progu zagłady.

Fraa naprawdę jest zachwycona „Wojną Światów” Wellsa. Adaptacja z 2005 roku okalecza to dzieło właściwie w każdym aspekcie. Wycina niezwykle istotny element narastania strachu, tej gęstniejącej atmosfery. Podczas gdy w książce tajemnicze walce lądują gdzieś na polu, po czym następuje marsz Marsjan na Londyn, a równocześnie ucieczka ludzi, w filmie obcy przywalają prosto w centrum miasta, momentalnie wywołując panikę i tradycyjną, efektowną papkę z Cruise'm na czele. Na czele papki, nie na czele efektowności...

Zdecydowanie warto przeczytać.





„Dno walca odkręcało się od wewnątrz. Widać już było ze dwie stopy lśniącego gwintu. Ktoś popchnął mnie tak silnie, że omal nie spadłem na obracające się dno. Odwróciłem się i w tej właśnie chwili śruba musiała wykręcić się do końca, gdyż dno upadło z brzękiem na piach. Odepchnąłem łokciem napierającego na mnie mężczyznę i znowu zwróciłem wzrok ku jamie. Kolisty otwór walca był przez chwilę całkowicie czarny. Zachodzące słońce raziło prosto w oczy.”

16:48, fraa_farara , Książka
Link Komentarze (4) »
środa, 21 kwietnia 2010

Popełnianie sequeli do genialnych dzieł jest ryzykowne. Żeby spełnić oczekiwania widza, który oglądał pierwszą część, trzeba wyprodukować coś równie świetnego, a najlepiej jeszcze trochę lepszego. Fraa ufa, że Troy Duffy starał się jak mógł. A jednak o nakręconej w 2009 roku kontynuacji można powiedzieć tylko tyle, że nie dorównuje pierwszym „Świętym z Bostonu”.
Co nie oznacza, że jest filmem, który ogląda się bez przyjemności.

Boondock Saints IIW ogóle sama koncepcja na popełnienie sequelu ma swoje plusy i minusy: w jakiś sposób wciąż cieszy oglądanie braci McManus (Fraa zauważyła, że nawet na oficjalnej stronie filmu raz jest MacManus”, a innym znów razem McManus”) w akcji. Poza tym, z jednej strony wiadomo, że wybicie paru gangsterów, w tym części na oczach dziesiątek ludzi, musi mieć jakiś ciąg dalszy. Takie rzeczy nie idą w zapomnienie – zemsta innych gangsterów wisi w powietrzu. W dodatku mała też szansa, żeby FBI tak po prostu odpuściło, a przecież Paul Smecker nie był jedynym agentem. Ponadto Il Duce jest postacią, która daje duże pole do popisu, jeśli chodzi o dorabianie mu historii – budzący grozę zabójca, który z jakichś powodów nie uśmiercił braci McManus, bez wątpienia wzbudza ciekawość.
Pytanie jednak, czy ta ciekawość powinna być zaspokojona.
W tajemniczych postaciach piękne jest właśnie to, że są tajemnicze. Obnażenie wszystkich ich sekretów często odziera je z magii i sprawia, że tracą pierwotny urok.
Tak samo ma się sprawa z zemstą Yakavetty. To trochę jak z baśniami: księżniczka wychodzi za księcia na białym koniu po tym, jak uśmiercił on złą wiedźmę, po czym żyją długo i szczęśliwie. Jeśli ktoś zacznie snuć kolejną opowieść o tym, że zła wiedźma właściwie miała oddanego brata-nekromantę, który zwołał chłopaków z dzielnicy i razem czają się teraz na księcia w ciemnym zaułku, w dodatku książę wszędzie zostawia brudne skarpetki, a księżniczka zaczyna okropnie tyć, to pryska cała magia pierwotnej baśni. I tak to wyglądało ze „Świętymi z Bostonu” – okazało się, że po finalnym „żyli długo, szczęśliwie i do końca swoich dni mordowali złych” nastąpił ciąg zdarzeń, który odarł pierwszy film z magii.

Eunice BloomZ jakichś powodów Paul Smecker (Willem Dafoe) musiał zostać zastąpiony agentką specjalną Eunice Bloom (Julie Benz) – już to źle wróżyło, bo Paul Smecker był postacią absolutnie genialną. A jednak okazało się, że jest jeszcze gorzej. Eunice Bloom to twarda, błyskotliwa i złośliwa agentka, której wszyscy się boją i której nikt nie podskoczy. Jej ciętymi ripostami można kroić dojrzałe pomidory. Przynajmniej w założeniu. Bo prawda jest taka, że Fraa była niemożebnie zirytowana niemal każdym wystąpieniem Eunice. Począwszy od denerwującej intonacji, a skończywszy na nieustannym podkreślaniu zajebistości agentki i wtórne udziwnianie, typu retrospekcje z udziałem Eunice (a ubieranie jej przy tym w kowbojskie wdzianko to już w ogóle pasowało jak pięść do nosa) czy zatyczki do uszu, tak bardzo zalatujące popłuczynami po sposobie badania miejsca zbrodni wyznawanym przez Paula Smeckera. Owszem, Eunice zaplusowała w paru scenach, ale ogółem jednak działała na nerwy.

Kolejną różnicą jest zdecydowane rozwinięcie wątku Il Duce: widz poznaje całą jego historię. Czy to źle czy niedobrze – każdy musi ocenić to we własnym zakresie.
RomeoOczywiście ktoś musiał zastąpić Rocco. Tutaj akurat Fraa musi przyznać, że była całkiem pozytywnie zaskoczona tą zmianą. Meksykanin Romeo (Clifton Collins Jr.) jest (dosłownie) barwną postacią, zabawną w zupełnie inny sposób niż Rocco. Rocco (David Della Rocco) zresztą też się pojawia – w czymś w rodzaju snów, jako coś w rodzaju ducha. Mobilizuje braci McManus do działania. I trzeba przyznać, że po tych dziesięciu latach, które minęły od pierwszych „Świętych z Bostonu”, Rocco strasznie się roztył. Na szczęście jest solidnie zarośnięty i ma wielkie bryle przeciwsłoneczne, ale i tak widać, że buźkę ma mocno pucułowatą. Zresztą te dziesięć lat widać też w przypadku samego Connora McManusa (Sean Patrick Flanery). Fraa musi przyznać, że w niektórych momentach zastanawiała się, czy to ten sam aktor. Najlepiej przetrzymał czas między „Świętymi z Bostonu” a sequelem Murphy McManus (Norman Reedus) oraz Il Duce (Billy Connolly).

Boondock Saints II - allJeśli idzie o film całościowo, to zawiera pożądaną dawkę strzelaniny i skakania, ponadto postacie nadal są wyraziste. Po prostu brakowało lekkości i świeżości pomysłu z części pierwszej. Ale jak już Fraa mówiła: robienie sequelu do genialnego filmu to straszliwe ryzyko. Całe przedsięwzięcie jest praktycznie z góry skazane na ogólną tendencję spadkową.
Fraa musi też ze smutkiem przyznać, że muzyka w „Świętych z Bostonu II” to też nie to. Momentami pojawiają się dobrze znane kawałki z pierwszej części, ale są i nowe utwory, które nie tworzą, niestety, takiego klimatu, jaki był w „Świętych z Bostonu” z 1999 roku.

Fraa nie wyklucza, że będzie wracać do tego filmu. Zapewne nie tak często, jak do pierwszych „Świętych z Bostonu”, ale jednak bracia McManus, Romeo, Il Duce, trójka pierdołowatych policjantów i jedna cudna niespodzianka pod sam koniec sprawiają, że film naprawdę chce się oglądać, nawet jeśli agentka specjalna Eunice gorliwie pracuje nad zniechęceniem do tego widza.
Może to i lepiej, że „Święci z Bostonu II: Dzień wszystkich świętych” nie poszedł w kinach. Pewnie wiele osób plułoby sobie w brodę w związku z głupio wydanymi pieniędzmi. Bo film jako taki jest fajny, momentami bardzo fajny, ale trzeba pogodzić się z tym, że wciąż przyćmiewają go pierwsi „Święci z Bostonu” i tego się nie przeskoczy.




„And shepherds we shall be for Thee,
my Lord, for Thee.
Power hath descended forth from Thy hand,
that our feet may swiftly carry out Thy command.
So we shall flow a river forth to Thee
and teeming with souls shall it ever be.
In nomine Patris et Filii
et Spiritus Sancti.”

10:33, fraa_farara , Film
Link Komentarze (1) »
wtorek, 20 kwietnia 2010

Fraa jakiś czas temu wspominała o nowym filmie „Clash of the Titans”, wyreżyserowanym przez Louisa Leterriera – w końcu nadeszła pora na konfrontację z rzeczywistością.
Żeby było zabawniej, Fraa odświeżyła sobie film o tym samym tytule z roku 1981, w reżyserii Desmonda Davisa.

Clash of the Titans 1981 vs.   Clash of the Titans 2010

Fraa ma pewien kłopot z ustosunkowaniem się do najnowszej produkcji „Clash of the Titans” – bo z jednej strony to remake wersji sprzed trzydziestu lat, ale z drugiej, wprowadza dość duże innowacje w porównaniu do tamtego filmu. Z trzeciej zaś strony medalu, nadal ma się nijak do mitów. Stąd też Fraa nawet nie wie za bardzo, od czego powinna zacząć.

Może w ten sposób:

PerseusZa Grimalem i Gravesem (obaj podają obszerny wykaz źródeł, Fraa więc pozwoli sobie wykazać się lenistwem i korzystać z tych „pośredników”, a nie z autorów starożytnych) – Perseusz wraz z matką, Danae, zamknięty w skrzyni został wrzucony do morza przez dziadka, Akrizjosa, gdyż ten bał się przepowiedni mówiącej, że zginie on z ręki wnuka. Rozbitkowie wylądowali na wyspie Serifos, gdzie znalazł ich rybak Diktys, brat tyrana tejże wyspy. Zaprowadził Danae z dzieckiem do władcy i tak Perseusz wychowywał się na dworze Polidektesa. Parę(naście?) lat później Polidektes chciał poślubić Danae, ale Perseusz bronił matki. Używając podstępu, Polidektes wysłał herosa po głowę Meduzy. Perseusz wyruszył, ale – wbrew oczekiwaniom ludności Serifos – istotnie zdobył żądaną głowę. W drodze powrotnej zobaczył Andromedę przykutą do skały. Używając głowy Meduzy, Perseusz pokonał morskiego potwora i już-już miał poślubić Andromedę, w której się zresztą zakochał, kiedy okazało się, że rodzice kobiety mają inne plany. Wobec tego, Perseusz zmienił wszystkich w kamień, po czym wraz z Andromedą wrócił na Serifos, gdzie znów zmienił wszystkich w kamień, jako że musiał uratować matkę przed zakusami Polidektesa, a rybaka Diktysa przed królewskim gniewem. W końcu Perseusz na tronie Serifos osadził Diktysa, a sam ostatecznie przypadkiem uśmiercił dziadka Akrizjosa celnym tudzież śmiertelnym ciosem dysku w stopę, spełniając tym samym wyrocznię.
Oczywiście, jak to bywa w przypadku mitów, dzieje Prometeusza występują w kilku wersjach, nie ma jednak większej potrzeby zagłębiania się w poszczególne podania, jako że filmy i tak mają się do tego nijak. Teraz więc, przytoczywszy już tę najbardziej klasyczną wersję mitu, należy przejść do szczegółów.

Początek – Akrizjos wrzuca do morza Danae i Perseusza... No, nie do końca. W wersji z 1981 roku, owszem. W nowej produkcji natomiast Fraa troszkę się zgubiła. O ile zrozumiała, Akrizjos był nie dziadkiem, ale ojczymem bohatera, niezadowolonym z faktu spółkowania małżonki z Zeusem. A Zeus z kolei spółkował z Danae w ramach dania lekcji ludziom... No właśnie: tu należy wspomnieć o całej otoczce, jaką dorobiono do historii Perseusza w najnowszej produkcji. O ile w mitach chodziło o lęk o własne życie (przepowiednia!), a w filmie z 1981 roku o odzyskanie honoru po tym, jak Zeus – jak to Zeus – zrobił dziecko śmiertelnej kobiecie, o tyle tegoroczne „Clash of the Titans” dokręca do tego całą filozofię. Mianowicie ludzie zaczęli odwracać się od bogów, burzyć ich świątynie i posągi. Zeusowy romans z Danae miał być nauczką dla rodu człowieczego, że tak to sobie pogrywać nie można.
Oczywiście motyw Kalibosa jest dokrętką już wyłącznie filmową, obecną w obu produkcjach, chociaż w tej 2010 roku Kalibos uległ połączeniu z Akrizjosem, podczas gdy w filmie z 1981 roku był to oddzielny bohater, pierwszy narzeczony Andromedy.

Andromeda i Perseusz - 1981W ogóle film znany w Polsce jako „Zmierzch Tytanów” był głównie historią miłosną. Perseusz zakochał się w Andromedzie i dopiero potem, żeby ją ocalić, ruszył pokonać Kalibosa, a w końcu samego Krakena. „Starcie Tytanów” z kolei poszło w drugą stronę: Perseusz co prawda spotkał Andromedę raz czy dwa i kojarzył ją z widzenia, ale o obszernym, wypychającym film romansidle nie było mowy.

Jedno z zasadniczych jednak pytań to: dlaczego, do stu demonów, do Perseusza doczepiono w obu filmach Pegaza? Fraa już sama się pogubiła, ale po upewnieniu się, może z całą pewnością stwierdzić: Perseusz miał tyle wspólnego z Pegazem, że Pegaz wyskoczył z szyi Meduzy po odcięciu głowy stwory. Ale to nie Perseusz ujarzmił skrzydlatego konia, tylko Bellerofont, który nie zabijał morskiego potwora celem uratowania dziewicy, tylko Chimerę. Nie ta bajka, nie ten czas. Perseusz latał za pomocą sandałków ze skrzydełkami.
Za mało medialne? Pewnie tak.
Skoro już o Pegazie mowa, to zdecydowanie lepiej broni się tutaj „Zmierzch Tytanów”, w którym Perseusz musiał istotnie ujarzmić to piękne zwierzę. W filmie z 2010 roku Fraa z żalem patrzyła, jak z Pegaza zrobiono coś w rodzaju udomowionej chabety, która przyczłapuje na każde skinienie niczem wierny pies. Straszny upadek...

Postacie – w filmie z 1981 roku naprawdę dużo lepiej się bronią. Wystarczy spojrzeć na boginie: Herę, Tetydę czy Atenę. Zwłaszcza Herę i Tetydę. Są to postacie, które można określić jednym, jakże trafnym słowem: baby. No po prostu takie baby, co to plotkują, knują, awanturują się i tak dalej. Zeus (Laurence Olivier) – pan niebios – coś niby rozkazuje, ale rozkazuje to babom, więc z góry wiadomo, że polecenie będzie zignorowane. Hera (Claire Bloom) nie zamierza stawać po stronie Perseusza, który jest kolejnym dzieckiem z nieprawego łoża. Z kolei matczyna duma Tetydy (Maggie Smith) cierpi męki, ponieważ Zeus nie okazał litości synowi Tetydy, Kalibosowi. Takie przepychanki o dzieci są bardzo charakterystyczne dla bogów greckich i w filmie „Zmierzch Tytanów” były naprawdę świetnie ukazane. Widać było tę kłótliwość, upór i zazdrość bogów, którzy skazują na upadek całe miasta tylko za to, że ktoś ośmielił się porównać jakąś śmiertelną dziewuchę do boskiej nereidy. Perseusz (Harry Hamlin), jakkolwiek irytujący i niekiedy z miną „właśnie zaczyna mi się zaparcie, którego nie powstydziłby się sam Frodo Baggins”, również jest całkiem niezłym greckim herosem: sam właściwie jest w stanie zrobić bardzo niewiele, a niemal wszystkie zwycięstwa zawdzięcza pomocy bogów. Jest za to żądny czynów, niewątpliwie odważny i w którymś momencie odkrywa, co jest jego przeznaczeniem, zgodnie z którym musi postępować.
Te całkiem udatne charaktery w nowym filmie zostały bezlitośnie uwspółcześnione, przez co stały się absolutnie bezbarwne i straciły jedyny atut, jaki miały: egzotykę mentalności odmiennej od współczesnej, europejskiej. Nowy Zeus (Liam Neeson) to litościwa, miłująca ludzi pierdoła. Perseusz (Sam Worthington) to dresiarz w krótkiej spódniczce, któremu ktoś kazał recytować brednie o tym, że on nie chce być bogiem, chce być człowiekiem i żyć z ludźmi oraz dla ludzi. Co jest bzdurą, bo Fraa nie przypomina sobie żadnego greckiego herosa, który by chciał żyć jak zwykły, szary człowiek. Herosi mieli swoistą „heroiczną” mentalność. Ich matki owszem, próbowały czasem powstrzymywać synów od rzucenia się w wir heroicznych czynów, ale ciągnie swój do swego i żaden bohater nie mógł (a wiedząc o tym – nawet nie chciał i nie próbował) uniknąć przeznaczenia.
No i dlaczego w nowym filmie bogowie na Olimpie chodzili cały czas w zbrojach?

Charon - 2010Żeby jednak nie było, że Fraa tylko marudzi – przyznać trzeba, że nowy film „Clash of the Titans” jest naprawdę efektowny. Pomijając Krakena, który w ogóle nie powinien być pokazany (bo najpierw jest godzina nakręcania się, że to taki potwór, że sami bogowie się go boją, po czym wyłazi klocowaty, zmokły stwór z pazurami – no i jest rozczarowanie), wizualnie film przedstawia się ładnie. Charon, choć w starym filmie jest jak najbardziej fajny, bo klasyczny, tutaj jest naprawdę z jajem. W sensie metaforycznym, oczywiście – Fraa aż tak dobrze mu się nie przyglądała... No rzecz w tym, że Charona zrobili naprawdę pomysłowo. Graje również są nieco „odnowione”, oczywiście mają już mniej z ludzi, a więcej z nieludzkich stworów, ale nadal robi to niezłe wrażenie. Meduza jak najbardziej poprawna, choć Fraa miała wrażenie w niektórych scenach pościgu, że śmiertelna Gorgona wręcz hamowała, żeby przypadkiem nie dogonić Perseusza.

Hades - 2010Ze szczególnym upodobaniem Fraa wraca myślami do Hadesa (Ralph Fiennes). Sceny z nim są naprawdę fajne. Te, w których rozmawia z bratem, Zeusem, wyraźnie pokazują całą dwulicowość bogów, którzy oszukują się na lewo i prawo. Tutaj uległy i kochający braciszek, a tam kręci coś na boku – to takie... boskie. Z kolei wśród ludzi Hades jest niemal wszechpotężny, jego pojawienia się są dynamiczne, mocne i naprawdę robią wrażenie. Dodatkowo uświadamia to, jaka jest różnica między ludźmi i bogami: Hades, między śmiertelnikami – pan życia i śmierci. Między bogami – pokorny brat, który siłą niczego nie wskóra i pozostaje mu podstęp.
Fraa sobie myśli, że dla samych kilku scen z Hadesem warto zobaczyć ten film na dużym ekranie.

Io - 2010Pytanie: co robi Io w „Starciu Tytanów”?! O ile Fraa kojarzy, Io po stosunku z Zeusem pędziła życie białej jałówki, na którą Hera zsyłała a to uciążliwe bąki (jakkolwiek by to nie brzmiało...), a to szaleństwo. Ostatecznie Io co prawda wróciła do ludzkiej postaci, ale wylądowała wówczas w Egipcie i Fraa nic nie wie o klątwie wiecznej młodości (co nie znaczy, że takowej nie było – Fraa nigdy specjalnie nie interesowała się postacią Io, więc jeśli coś ją ominęło, to chętnie teraz dowie się nowych rzeczy). Dlaczego akurat Io wybrano do filmu? Fraa nie ma pojęcia. Tym bardziej, że bohaterka ta była ze wszech miar irytująca i Fraa oglądała „Clash of the Titans” cały czas z myślą „obyś zginęła w jakiś fikuśny i makabryczny sposób, Io!”.

Ponadto Fraa ubolewa, że tak bardzo okrojono wystąpienia bogów w nowym filmie. Właściwie poza Zeusem i Hadesem (no i Io...), rolą pozostałych bogów jest zniknięcie, kiedy Zeus sobie tego zażyczy. Jakąś kwestię wypowiada jeszcze Apollo, i to tyle. Zrezygnowano więc z tego, co od zawsze dawało takie pole do popisu pisarzom i poetom: spory między bogami – możliwe przecież tylko przy okazji opowieści osadzonych w wierzeniach politeistycznych. To znaczy Fraa jest przeszczęśliwa, że oszczędzono jej Izabelli Miko jako Ateny, ale jednak pewien ogólny żal i poczucie niedosytu pozostaje.

Uczucie przesytu natomiast Fraa miała, kiedy w jednej ze scen żołnierz kładzie monety na oczach zmarłego towarzysza, a ich dowódca mówi: „Łapówka dla przewoźnika” (czy jakoś tak). Fraa usiłowała wyobrazić sobie tę scenę i nijak nie mogła wpasować tam tego typu wypowiedzi. Kto przy zdrowych zmysłach wygadywałby takie komunały? Po co? Dla kogo? Facet kładący monety chyba wie, dlaczego to robi. Wszyscy inni też, przecież wychowali się w tej samej kulturze. Tak więc było to zdanie ewidentnie przewidziane dla widza, wepchnięte na siłę i zupełnie niepotrzebnie. Fraa nie lubi być traktowana jak idiotka... Fraa nie wie jak w Stanach Zjednoczonych, ale o obolach dla Charona uczą w liceum, a może i w podstawówce (Fraa nie pamięta), więc to naprawdę nie jest wiedza tajemna, zarezerwowana dla grupy wybrańców.

Dziny - 2010Na plus, ale i na minus zarazem, Fraa ocenia wprowadzenie do fabuły dżinów. Oczywiście pasują do dziejów Perseusza jak pięść do oka, ale trzeba przyznać, że ich pojawienie się jest bardzo efektowne, a oni sami stanowią ciekawe postacie. Fraa ma do takich istot pewną słabość, więc z łatwością je łyknęła w kontekście zabijania Meduzy, nawet jeśli widziała, że ich obecność w tym filmie to jakieś nieporozumienie.

Zdecydowanie na plus nowego „Clash of the Titans” natomiast przemawia mechaniczna sowa. Naprawdę fantastyczny ukłon w stronę pierwszego filmu.


Bubo - 1981Podsumowując: jeśli idzie o związek z mitami, to żaden z filmów się nie broni. Jeśli idzie o charaktery i pewną ogólną składność historii, to zdecydowanie przewagę ma tutaj film z 1981 roku. Jeśli jednak chodzi o czystą i nieskrępowaną rozrywkę z elementami humoru, o efektowne sceny, wachlarz dość typowych bohaterów i dużo siekania – tutaj film z 2010 roku wygrywa w przedbiegach. Mimo że widziała wiele absurdów w filmie, Fraa naprawdę świetnie się bawiła w kinie. Trailer jaki jest, każdy może zobaczyć, a całość trzyma niemal ten sam poziom – czyli radosne mordowanie i dużo stworów. I zero sensu. Dodatkowo w trailerze pominięto najlepsze sceny z Hadesem. I sowę.





"– Niezliczone lata patrzyłem z Zaświatów, jak twoja srogość zamienia się w tkliwość. Ich modły miały karmić naszą nieśmiertelność. Ale pokochałeś ich zbyt mocno, urośli w siłę. Muszę się sprzeciwić, bo wszystkim nam grozi zagłada.
– Czego chcesz, bracie?
– Daj mi wolną rękę. Lud ponownie padnie|na kolana. A ty będziesz pławił się w ich uwielbieniu i strachu.
– Znowu będziemy potężni.
– Jego miejsce jest w zaświatach!
– Nie będziesz mi mówił, gdzie jest moje miejsce. Twierdzisz, że żywi nas ich miłość. Ale to ty się nią żywisz. Ja żywię się tylko strachem i cierpieniem.
– Zeusie, nasz brat ma rację. Wysłuchaj go.
– Idź i czyń wedle woli."

00:22, fraa_farara , Film
Link Komentarze (8) »
niedziela, 18 kwietnia 2010

Fraa miała w ogóle się na ten temat nie odzywać, ale nie zdzierżyła. Od tygodnia słyszy same brednie. Prawdopodobnie gdyby to potrwało jeszcze trochę, Fraa podcięłaby sobie żyły tłuczkiem do mięsa.
Oczywiście, że chodzi o tragedię narodową, bo o cóż by innego? A konkretnie – pochówek na Wawelu.

sarkofag Lecha i Marii KaczynskichFraa z pewnym zaskoczeniem przyjęła decyzję o pochowaniu śp. Lecha Kaczyńskiego oraz śp. Marii Kaczyńskiej na Wawelu. Dość szybko okazało się, że w istocie wątpliwości ma nie tylko Fraa. Podział społeczeństwa na zwolenników i przeciwników pochówku zaznaczył się dość szybko i na tyle silnie, że nawet w radiu o tym wspominali. Szczególnie błyskotliwym spostrzeżeniem wykazała się tu Eska Rock, niestety, Fraa nie zwróciła uwagi, kto konkretnie był autorem słów:
„Dyskusje o tym przed pogrzebem są co najmniej nietaktowne” – Fraa ma wobec tego pytanie: a kiedy miałyby być te dyskusje? Po pogrzebie? Wtedy to by było co najmniej bezsensowne, czyż nie? Chciałoby się rzec: musztarda po obiedzie, prawda?
No ale dziennikarze najwyraźniej usiłowali przez ostatni tydzień być bardziej taktowni i patriotyczni, niż ustawa przewiduje. Ich sprawa, a Fraa na szczęście zawsze może wyłączyć radio, jeśli słyszy, że ktoś ewidentnie plecie bzdury.

Radio można wyłączyć. Historii wyłączyć się nie da.

Janusz Korwin Mikke na swoim blogu 16. kwietnia napisał:

„Gdy po raz pierwszy moja krewna Kaja spytała mnie, czy sądzę, że ciała śp.Prezydentostwa powinny spocząć na Wawelu, zdębiałem – i odparłem, że o tym decyduje Rodzina oraz właściciel miejsca pochówku. Ani nie jestem Ich krewnym, ani właścicielem tego zamku - więc po co mnie o to pytać? 

Gdy takie pytanie zadano mi po raz dwudziesty, pojąłem, że d***kratyzacja ze szczętem przeżarła dusze Polaków. Obawiam się, że gdyby rodzina pp.Kaczyńskich postanowiła pochować ciała w moim Józefowie, uzgodniwszy to z księdzem proboszczem – to zaraz by się zebrała Rada Miejska i albo by to chciała uchwalić większością głosów, albo zarządziła referendum wśród mieszkańców. 
(...)
Gdyby za to ktoś mnie spytał, czy na miejscu JEm. Stanisława kard.Dziwisza zgodziłbym się na pochówek ciał pp.Kaczyńskich na Wawelu – to odpowiedziałbym: NIE. To, że człowiek dał się zabić w historycznym miejscu nie czyni zeń Wielkiego Człowieka. Gdyby odważył się zawetować Traktat Lizboński – a, to co innego. To wymagałoby stanowczości i odwagi. Zginąć w katastrofie potrafi każdy. 
(...)
Gdyby żył - w listopadzie przestałby być prezydentem: opuszczony przez Prawicę i opluwany przez Lewicę. Teraz stał się Symbolem. 

Ale czy wszystkie Symbole muszą leżeć akurat na Wawelu? 

To jednak, powtarzam, ani nie moja ani nie ”społeczeństwa” sprawa. Społeczeństwo ma uszanować wolę Rodziny i ks.kard.Dziwisza – i już. Nikt nikomu nie każe podczas zwiedzania Wawelu podchodzić do Jego trumny...”


Mimo całej sympatii do lidera partii Wolność i Praworządność, Fraa w paru punktach zdecydowanie się nie zgadza.

1. Wawel nie jest tym samym co cmentarz w Józefowie (oczywiście bez obrazy dla Józefowa). Wawel to ogromne muzeum historii Polski, którego koszt utrzymania – jak to bywa w przypadku zabytków – najpewniej pokrywa budżet państwa (a może i Unia Europejska, Fraa do końca nie wie, ale przypuszcza, że tak). Skoro już kradnie się obywatelom jedną piątą ich dochodów w ramach ogólnopolskiej zrzuty, to wypadałoby uzgodnić z tymi obywatelami sposób wydania ich pieniędzy. Fraa nie jest do końca przekonana, czy konserwacja kaplicy, w której spoczęli śp. państwo Kaczyńscy, to właśnie ta wymarzona forma wydawania pieniędzy większości Polaków. Dlatego też Fraa jest zdania, że to jednak jest po trosze sprawa obywateli. Fraa co prawda jest zagorzałą rojalistką, a co do demokracji zgadza się w stu procentach z panem Januszem Korwinem-Mikke („Dyktatury dzielą się na dobre i złe. Demokracja jest zawsze głupia”), ale jednak skoro już trwa w Polsce zabawa w demokrację, Fraa wymaga jakiejś konsekwencji w tym wszystkim. Bo albo udawać, że jest demokracja, albo otwarcie przyznać, że śp. Lech Kaczyński to król polski, tylko go koronować nie zdążyli.
2. Skoro już o królach mowa – no właśnie. Wawel to nie cmentarz w Józefowie. Wawel to miejsce pochówku królów. Byli koronowani w Krakowie, rządzili z Krakowa, Kraków był ich stolicą i w Krakowie ich pochowano. Jeśli nawet nie rządzili w Krakowie, tak jak Wazowie, to jednak nadal byli kontynuatorami monarchii, jako tacy więc – zgodnie z tradycją – byli chowani na Wawelu. Wszystko ma sens. „Prezydent” nie jest nowszą nazwą na króla, nie ma więc żadnej tradycji tytularnej, do której pochówek śp. państwa Kaczyńskich miałby nawiązywać. Śp. Lech Kaczyński nie był też biskupem krakowskim, żeby chować go w Krakowie, co nadal miałoby znamiona sensu. A Fraa jest zdania, że – ponieważ trwa zabawa w demokrację – kultywowanie lub nie pewnych tradycji narodowych jest jak najbardziej sprawą społeczeństwa.

A teraz trzeba wejść na grząski grunt hasła „bohater narodowy”. No właśnie – jako taki jest obecnie przedstawiany śp. Lech Kaczyński i to to jest argumentem przemawiającym za pochówkiem na Wawelu. Bo Piłsudski, bo Sikorski, bo Mickiewicz ze Słowackim (i Norwidem), Kościuszko i tak dalej.

Jeśli o to chodzi, to Fraa już jak najbardziej zgadza się z panem Januszem Korwinem-Mikke: „Zginąć w katastrofie potrafi każdy.” – może i okrutne, ale przecież prawdziwe. Śmierć w katastrofie lotniczej to tragedia, owszem, ale nie ma w tym bohaterstwa. Jest tylko tragedia (ile razy słyszeli Państwo słowo „tragedia” w ciągu ostatniego tygodnia?). Jeśli ta śmierć miałaby być aktem bohaterstwa, na Wawel należałoby wcisnąć jeszcze 94 osoby, które przecież też zginęły na pokładzie TU-154. Tymczasem od paru dni Fraa ma wrażenie, że tym samolotem leciał właściwie tylko śp. prezydent ze śp. małżonką. Że w sumie to nawet załogi tam nie było, a co dopiero mówić o innych pasażerach. Czasem – ale naprawdę rzadko – Fraa słyszała o „prezydencie i osobach towarzyszących”. A w czym śmierć pilota była mniej bohaterska? Na Wawel z nim!
No proszę Państwa – albo wszyscy zginęli bohatersko, albo nikt. Gdzie tu sprawiedliwość dziejowa?
I nie ma co argumentować całej tej szopki nadzwyczajnymi dokonaniami śp. Lecha Kaczyńskiego za jego prezydentury, bo czy ktokolwiek łudzi się, że śp. Lech Kaczyński zostałby pochowany w Krakowie, gdyby umarł z przyczyn naturalnych? Nie, raczej Fraa wątpi. Tutaj chodziło wyłącznie o okoliczności śmierci, a nie życia. Media od tygodnia dwoiły się i troiły, żeby wykreować śp. Lecha Kaczyńskiego na herosa narodowego, ale – gdyby ten wizerunek miał ręce i nogi – dlaczego nie robiły tego na przykład miesiąc temu? Rok temu?

W Internecie krążyła petycja, którą można było podpisać, a która wyrażała sprzeciw pochówkowi śp. Lecha Kaczyńskiego w Krakowie. Fraa nie omieszkała petycji podpisać, choć oczywiście bez ambicji zmieniania dziejów, a tylko dlatego, że mogła. Mogła wyrazić swoje zdanie, to je wyraziła.
Ciekawsze od samej petycji były jednak komentarze do niej. I to zarówno zwolenników, jak i przeciwników.

Niejaki Eryk na przykład pisał:

„Autorzy tej petycji i podpisujący się pod nią dają dowód bezprecedensowego braku krytycyzmu wobec własnych, żenujących, zawstydzających swoją małością działań. Utraciliście w swojej nienawiści jakikolwiek dystans do siebie samych - ona was już kompromituje, ośmiesza i - krótko ujmując - pożera żywcem, a wy tego nie dostrzegacie:)”

Fraa tak naprawdę wcale się nie dziwi tego typu – skądinąd idiotycznym – postom, skoro druga strona barykady również wyskakiwała z argumentami co najmniej kretyńskimi, a właściwie nie tyle „argumentami”, co żenującą pyskówką wyrażającą ogólną niechęć do PiS-u. Większość komentarzy uwydatniła tylko to, że debili jest pełno i żadna frakcja polityczna nie ma na nich wyłączności.

Tu jednak nie chodzi o nienawiść ani o poglądy polityczne, ale o pewną logikę i konsekwencję. Śp. Lech Kaczyński był prezydentem, wcześniej prezydentem Warszawy. Urodził się w Warszawie. Czy sąsiedztwo śp. Gabriela Narutowicza w archikatedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie byłoby w jakiś sposób godzące w pamięć śp. Lecha Kaczyńskiego? Poza tym, w końcu o wielkości człowieka świadczą czyny, a nie miejsce pochówku, prawda? Fraa sobie myśli, że Warszawa nie jest jakąś zapadłą dziurą, gdzie wstyd leżeć po śmierci. Są w obecnej stolicy Polski miejsca dla bohaterów, dla prezydentów i dla innych znaczących Polaków (tak, Fraa w tym momencie już kompletnie abstrahuje od tego, czy uważa śp. Lecha Kaczyńskiego za bohatera – na potrzeby tego wpisu jest skłonna nawet uwierzyć we wszystkie pozytywne zdania o śp. prezydencie, a co! Tu naprawdę nie chodzi o przekonania polityczne czy osobiste sympatie).

I to chyba by było na tyle. Fraa powiedziała co jej na wątrobie leżało. Bo żałoba żałobą, ale – cytując generała Jaruzelskiego – „są granice, których przekroczyć nie wolno”, a wykorzystanie żałoby narodowej do politycznej propagandy i wstępu do kampanii wyborczej, to – zdaniem każdej uczciwej kawiarki – właśnie taka granica.

A skoro już klamka zapadła, to i tak pozostaje powiedzieć: niech im ziemia lekką będzie.





:*/ lol jeszzce takiej katastrofy nie było!!! [*][*]

[czyjś opis na Gadu-Gadu]

20:32, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (5) »
sobota, 17 kwietnia 2010

Fraa oczywiście znów miała potężne opóźnienie, ale co tam.
Jak można zauważyć, Fraa zrezygnowała z rozmywania kredek akwarelowych. Mimo całej intensywności i innych walorów, po prostu na tak małym obrazku Fraa nie jest w stanie tego jakoś z sensem wycieniować. A prawda jest taka, że ewentualnych rys, bladości i tak dalej i tak nie widać w ostatecznym rozrachunku, bo giną w innych efektach. Toteż Fraa zrezygnowała z tego sposobu.
Niebo doczekało się ostatecznej formy modyfikacji komputerowej.

Fraa jest natomiast całkiem ciekawa, czy widać kim są duchy. Bo że postacie autentyczne, to Fraa ma nadzieję, że nie trzeba tłumaczyć. Teraz pozostaje problem tego, czy udało się oddać jakiekolwiek cechy charakterystyczne tych postaci. Nie należy się tu też kierować żadnymi sympatiami ani antypatiami kawiarki, jako że duchy prezentują chyba pełen przekrój.

Jeśli ktoś uzna ten rysunek za jakiś straszny nietakt, to trudno. Fraa będzie wdzięczna za wskazanie jakiejś instrukcji, ile czasu konkretnie musi minąć, zanim można wspominać martwe osoby bez łez w oczach i drżącego podbródka.

Przy tej okazji Fraa chciała też podziękować Ylvanowi, który z godnym wzmiankowania poświęceniem prezentował jej, jak wygląda siadający człowiek. Cóż...Fraa naprawdę przeprasza, że w rezultacie i tak Grabarz wygląda jakby się przewracał. Rysowanie siadającego człowieka jest trudne...

 

Uploaded with ImageShack.us

 

PS. Ile razy słyszeli Państwo w ciągu ostatnich dni słowo "tragedia" czy też całościowe sformułowania typu "To wielka tragedia"?

piątek, 16 kwietnia 2010

Minęło sporo czasu odkąd Christof puścił w świat swoje dzieło: program telewizyjny, w którym głównym bohaterem był nieświadomy niczego Truman. I oto Ed Harris – tym razem rzeczywiście stojący po drugiej stronie kamery – znów zajął się scenariuszem, reżyserią i produkcją. Dzieło może nie jest fenomenalne, ale warto poświęcić mu chwilkę.

Appaloosa„Appaloosa” to western z 2008 roku. Fabuła przedstawia się z grubsza tak: Virgin Cole (w tej roli również Ed Harris) i Everett Hitch (Viggo Mortensen) przybywają do miasteczka Appaloosa, którego mieszkańcy są zmęczeni szarogęszeniem się bandy niejakiego Randalla Bragga (Jeremy Irons). Cole i Hitch przejmują miasteczko jako szeryf i jego zastępca. Dodatkowo Cole w końcu trafia na kobietę, z którą być może chciałby spędzić resztę życia, Allie (Renée Zellweger). Trzeba tylko znaleźć dowody na Bragga, aresztować go, osądzić i powiesić.

Na pierwszy rzut oka więc, całość sprawia wrażenie klasycznego westernu.
Fraa zdradzi w tajemnicy, że na drugi rzut oka też.
I właściwie to do samego końca.

Tym właśnie jest „Appaloosa” – klasycznym westernem, w którym dwóch przyjaciół najmuje się do szeryfowania w miasteczku i wypędzenia bandytów. Coś jak w „Dwóch złotych coltach”, z tym że tam przynajmniej relacje między głównymi bohaterami były nieco bardziej pogłębione i skomplikowane. Tutaj to po prostu wspólnicy. Choć mają różne podejście do prawa, w którego obronie zabijają, de facto nie ma to żadnego znaczenia, bo działają bardzo zgodnie. Dwaj twardzi faceci (swoją drogą, samo miasteczko też jest nieco podobne do tego z „Dwóch złotych coltów”).

Appaloosa - Cole i HitchDiabeł tkwi w smaczkach i w szczegółach (i w Jeremy'm Ironsie). Na przykład szczegół pierwszy: Virgin Cole, chociaż świetnie strzela i jest przecież niegłupi, nie jest überherosem. Co prawda sporo czyta, co może być postrzegane jako podkreślenie tego, że oprócz siły fizycznej, dysponuje też siłą intelektualną, ale przy okazji tego czytania wychodzi na jaw, że Cole chyba dopiero zaczyna swoją przygodę z angielskim. Wypadają mu słowa, czasem musi podpytać Everetta o jakiś tekst z książki, bo sam nie rozumie. Ponadto, nie za dobrze radzi sobie z kobietami – co prawda w wątku romansowym to nie przeszkodzi, ale początkowe rozmowy Cole'a z Allie pokazują szeryfa od bardziej ludzkiej, dość nieporadnej strony. Ma też inne słabości, no ale nie można wszystkiego zdradzać tak od razu.

Na pozór trochę mniej dopracowany jest Everett Hitch. Ot, wierny przyjaciel, który nigdy nie zdradziłby Cole'a. Widz niewiele wie o jego nawykach, upodobaniach czy słabościach. Przynajmniej z początku można się spodziewać, że Hitch będzie czymś w rodzaju tła dla Virgina. Z czasem daje się odczuć, że oprócz pomagania w brudnej robocie, Everett jest czymś w rodzaju Heglowskiego kamerdynera, którego musi mieć tak nadzwyczajna jednostka, jak Cole. To Hitch powstrzymuje przyjaciela od zatłuczenia faceta w saloonie, to Hitch wraca do miasta po konie, podczas gdy Virgin bezzwłocznie rzuca się w pościg. Poza tym, co już było wspomniane, Hitch objaśnia i podpowiada Cole'owi słowa. Po prostu dba o szeryfa, kiedy ten zajmuje się szeryfowaniem.

Appaloosa - AllisonJest też kobieta – Allison French. Wykształcona, elegancka, zadbana, gra na pianinie. Wydaje się, że idał. Wątek jej związku z Cole'm jest nieco bardziej rozbudowany, niż raczej niezmienne relacje między szeryfem a jego zastępcą. W którymś momencie widz rzeczywiście nie wie do końca, jak to się wszystko potoczy, kto z kim zostanie. Wcale nie ułatwia sprawy pojawienie się Ringa Sheltona (Lance Henriksen – nie jest to co prawda wielka rola, ale bywało gorzej; nie zawsze można występować w „Obcym”...) oraz jego partnera, którzy są najemnikami zatrudnionymi przez Bragga.
Jakkolwiek za Zellweger Fraa w ogóle nie przepada, to tutaj taka panienka o zmrużonych ślepkach i okrągłej buźce nawet pasowała. Na swój sposób była inna niż większość westernowych oblubienic.

Dużym atutem filmu jest końcówka. Fraa oczywiście nie będzie jej opowiadać, ale „Appaloosa” naprawdę plusuje pod koniec. Okazuje się, że wszystko nie jest takie proste, jak można by się spodziewać, a Everett nie jest takim znowu tłem, za jakie mógł uchodzić do tej pory.

Appaloosa - coffeeSą i inne detale: w przeciwieństwie do większości westernowych postaci, Cole i Hitch niewiele piją. A jeśli już, to głównie kawę, za co zresztą Fraa od razu musiała ich polubić. Poza tym, są to panowie już niemłodzi, szczególnie Cole. I u niego właśnie w jakiś sposób to widać: to nie jest żądny przygód rewolwerowiec, tylko facet, który – jeśli tylko nadarzyłaby się sposobność – nie miałby nic przeciwko ustatkowaniu się i zamieszkaniu w ładnym domu.
No i niezależnie od wszystkiego, warto zapoznać się z tym filmem ze względu na obsadę, bo ta istotnie robi wrażenie (na przykład Jeremy Irons).

Fraa nie poczuła się powalona na kolana „Appaloosą”. Prawdopodobnie znów, jak to zazwyczaj bywa, miała za duże oczekiwania po trailerze, który zapowiadał coś mocniejszego, a okazało się, że całość jest jednak bardziej rozlazła. A może Fraa miała za duże oczekiwania po takich seansach, jak „Propozycja” czy „Wielki Mały Człowiek”. Trudno powiedzieć. „Appaloosa” była przyjemnym filmem, ale nie porywającym. Wartym obejrzenia, ale bez piania z zachwytu. Nawiązującym do najbardziej klasycznych westernów, w nieco odświeżonej formie.

Ale jak ktoś lubi westerny (lub Jeremy'ego Ironsa), to czemu nie?





 

 

„– Długo cię nie było.
– Rozpytywała o ciebie.
– W miły sposób?
– Pytała, czy jesteś żonaty.
– Co odpowiedziałeś?
– Że nie wiem.
– Widzisz tu gdzieś jakąś żonę?
– Nie.
– To czemu tak odpowiedziałeś?
– Możesz mieć w Silver City, w Nogales albo w Bisbee.
– Bisbee? Gdybym miał żonę w Bisbee, coś bym o niej wiedział.
– Allie cię o to spyta. Skleć sobie odpowiedź.
– Żyłem kiedyś z Apaczką, ale bez żadnych przysiąg.
– Ciekawi ją raczej stan aktualny.
– Aktualnie nie.
– Będzie zadowolona.
– Allie?
– Lubi, kiedy tak się na nią mówi. Co o tym sądzisz?
– Myślę, że pani French... Allie może być bardzo interesująca.
– Pytam o bandę.
– Skoczmy tam. Zobaczmy, co porabiają.
– Mogę dokończyć kawę?”

13:30, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 kwietnia 2010

Film otwierają sceny bitwy, w której – po wielu znojach – bohaterowie pokonują przeciwnika. Umierający cesarz chce mianować swoim następcą ulubionego, dzielnego generała. Nie podoba się to osobie z rodziny, która – aby dać wyraz swojemu niezadowoleniu – pomaga cesarzowi zejść z tego świata. Zaczynają się niesnaski w państwie. Dodatkowo córka cesarza jest blisko związana z wyżej wymienionym generałem.
Nie, to nie „Gladiator”, choć Fraa się domyśla, że tak to może wyglądać.
Mowa tu o filmie „Cesarzowa i Wojownicy” z 2008 roku, w reżyserii Siu-Tung Chinga.

Cesarzowa i wojownicyKiedy film ten wchodził do kin, Fraa poważnie się zastanawiała, czy by się na niego nie wybrać. W końcu jakoś się nie zebrała w sobie, później nawet trochę żałowała, ale ostatecznie nie widziała „Cesarzowej...” aż do tej chwili.
Teraz Fraa wie, że niepotrzebnie żałowała.

Nie, żeby film był bardzo zły. W kinie mógłby nawet rzeczywiście być atrakcyjny ze względu na ładne zdjęcia, dużo akcji, siekania i fikuśne zbroje.
Niestety, efektowne filmy rzadko kiedy przechodzą próbę małego ekranu. I tak właśnie było tym razem: w momencie kiedy strona wizualna została ściśnięta na dziewiętnastocalowym monitorze, okazało się, że „Cesarzowa i Wojownicy” nie ma wiele więcej do zaoferowania. Już chyba „Dzień Niepodległości” lepiej się obronił, bo przynajmniej był tam jakiś humor.

Fraa naprawdę nie oczekiwała chińskiego Kurosawy, ale wolałaby jednak coś ambitniejszego, niż chińskiego „Gladiatora”. No dobrze, może cały film nie miał wiele wspólnego z „Gladiatorem”, ale początek – owszem. Kiedy cesarz proponował generałowi tron, Fraa po raz pierwszy pomyślała, że to już było. Ale kiedy siostrzeniec cesarski, po rozmowie z władcą i przekonywaniu go o własnych czystych intencjach, pomógł cesarzowi przenieść się na tamten świat, to już nie było zwykłe podobieństwo. To się zrobiła przygnębiająca powtórka z rozrywki.

Następne chwile nie były wiele lepsze, choć Fraa dostrzegła już inwencję własną twórców „Cesarzowej...”. Widz ma okazję zobaczyć, jak cesarza przebiła na wylot strzała. Oczywiście od razu władca zostaje przetransportowany do namiotu, gromadzą się dookoła niego zatroskani poddani i tak dalej. Ranny cesarz wydusza z siebie, że chce, żeby jego następcą został (chwilunia, Fraa musi sprawdzić, bo niestety nie była w stanie zapamiętać imion bohaterów...) Muyong Xuehu (Donnie Yen) i żeby jak najszybciej kontratakować. Muyong wykonuje rozkaz „jak najszybszego kontrataku” na swój specyficzny sposób: mianowicie podchodzi do cesarza i zaczyna z nim ględzić.
A najlepsze, że kiedy już wojsko rusza do boju, okazuje się, że cesarz został w namiocie sam, bez żadnej opieki, bez medyka, ze strzałą sterczącą jednym końcem z pleców, drugim z piersi, no i tak sobie spaceruje po tym namiocie. Sam. Świetnie, naprawdę świetnie. W końcu to tylko stary cesarz, no nie? Kto by się tam przejmował...

Jak łatwo się domyślić, zjawia się wtedy zły siostrzeniec, Wu Ba (Xiaodong Guo), który wykorzystuje okazję w nadziei, że po śmierci cesarza zasiądzie na tronie.
Wu BaNawiasem mówiąc, niech sobie Państwo wyobrażą perfidnego, żądnego władzy, okrutnego, bezlitosnego i ogólnie złego Chińczyka. Wyobrazili sobie Państwo? No. To tak właśnie wygląda Wu Ba. Od pierwszego wejrzenia wiadomo, kto tu będzie największym przeciwnikiem tytułowej cesarzowej.
To samo dotyczy innych postaci i relacji między nimi – intryga jest prosta jak konstrukcja cepa, a twórcy nie pokusili się choćby o jeden, malutki nieoczekiwany zwrot akcji. Fraa już mówiła: nie spodziewała się drugiego Kurosawy, naprawdę nie oczekiwała też Hitchcocka. Czasem pewne banały potrafią dodać uroku, stanowią taki miły, znajomy akcent. Ale tutaj banał popędza banał. Przez cały czas Fraa miała wrażenie „to już było”. A to „Gladiator”, a to „Merlin” i scena, w której Artur bezkrwawo wygrywa bitwę i wszyscy go kochają, do tego dochodzą truizmy o tym, że wojna jest be i że odizolowanie się w lesie nie jest rozwiązaniem, bo o to co się kocha, należy walczyć. Żadnej świeżości myśli, niestety.

Skoro już była mowa o głupotach, to jeszcze tylko należy wspomnieć o pościgu w lesie – bo Fraa cały czas się zastanawiać, po co zabójcy tyle się tyrdlali z wcelowaniem zatrutymi strzałkami w Yan Feier (Kelly Chen), która gibała się w tę i z powrotem na boki, zamiast od razu strzelić w konia. Albo przynajmniej bliżej okolic zadka Yan, niekoniecznie w ramiona. Przecież jeśli się siedzi na koniu, to łatwiej zrobić unik górnymi partiami ciała, niż okolicami lędźwiowymi. Fraa ma wrażenie, że co jak co, ale intelektem to chińscy zabójcy nie grzeszą. Od razu mija lęk przed nagłym atakiem Triady.
Podobną błyskotliwością popisał się zabójca-truciciel i jego pomagierka, no ale Fraa nie będzie tu spoilerować. Widz sam sobie może zobaczyć.

Za to  przy pierwszym ataku zabójców, kiedy cesarzowa zajmowała się koniem w rzece, Fraa miała tylko jedną myśl: będzie padało, ninja nisko latają... (i owszem, Fraa wie, że ninja to Japonia)


Można by jednak uznać, że popychla głównego złego są kretynami, żeby na ich tle lepiej wypadały główne postacie. Niestety, wcale tak się nie dzieje.
Cesarzowa Yan Feier to irytująca, rozchwiana emocjonalnie bździągwa, która – kiedy tylko zaczyna się robić nieciekawie – zadziera kiecę i leci do lasu. W ogóle jej deklaracja, że od teraz, skoro została cesarzową, będzie się uczyć walczyć, jest cośkolwiek idiotyczna. Fraa nie zna się aż tak dobrze na przebiegu kariery wojskowej w starożytnych Chinach, ale coś jej się zdaje, że choćby bohaterka trenowała i rok (a wygląda na to, że trenuje dużo krócej), to raczej nie dorówna zaprawionym w bojach wojownikom, o których chciałoby się powiedzieć, że zjedli zęby na wojnach, gdyby nie to, że raczej nie tyle tam zjedli te zęby, ile ktoś im je wybił w wirze walki. Słowem: rychło w porę Yan Feier wzięła się za trening. Fraa tylko nie bardzo wie po co, bo na prawdziwym polu bitwy i tak cesarzowa byłaby bezużyteczna.

Co więcej? Cesarzowej z dużą lekkością przychodzi mówienie, że przeżyła z kimś najlepsze chwile życia. Takim komplementem obdarzyła zarówno (Fraa ma nadzieję, że te imiona jakoś tak się odmieniają...) Muyonga Xuehu, jak i Duana Lan-Quana (Leon Lai) . Sprawia to, że Yan Feier sprawia wrażenie jeszcze bardziej chorągiewkowate. Jak jej powieje, tak ona się skłania. W finałowej walce też daje ciała, a efekt można określić całkiem prosto: „więcej szczęścia jak rozumu”.

Muyong XuehuDla równowagi, pierdołowatej cesarzowej towarzyszą dwaj najwięksi wojownicy cesarstwa – acz tylko generał Muyong Xuehu ma taką scenę, gdzie w pojedynkę roznosi w pył całą armię, w dodatku z połowicznie zdjętą zbroją, podziurawiony gorzej niż Boromir, z rozwianym włosem prawdopodobnie całkowicie zasłaniającym mu widoczność. Jest jednym, wielkim kłębkiem waleczności, siły i odwagi. Niestety, o ile na początku byłoby to czymś w rodzaju wspomnianego już drobnego, dodającego uroku kiczu, o tyle z czasem zaczyna robić się z tego bezlitosna dłużyzna.

Fraa mogłaby ewentualnie o muzyce coś jeszcze powiedzieć, ale właściwie nie ma tu czego mówić. Ot, coś pośredniego między „Władcą Pierścieni”, „Gladiatorem” a czymś jeszcze. Nie porywa, ale i nie drażni zanadto.

Można obejrzeć, jeśli ktoś toleruje wesołą jatkę przeplatającą się z mdłymi scenkami jak z tandetnego romansidła. Film nie męczy, trwa zaledwie półtorej godziny, choć Fraa nieśmiało stwierdza, że te półtorej godziny można spędzić ciekawiej. Chociaż kiedyś można zerknąć na „Cesarzową i Wojowników”, bo scena, w której wkręcają Yan Feier w objęcie tronu jest jednak niezmiernie urokliwa.




„– Przed wyruszeniem na bitwę król zostawił instrukcje, że w przypadku śmierci jego nastąpcą zostanie Muyong Xuehu.
– (…) Czy chcesz się sprzeciwić woli króla?
– Gdyby rzeczywiście było to ostatnie życzenie króla, nikt nie śmiałby oponować. Ale jeśli dobrze rozumiem, mamy na to tylko twoje słowo.
– Lordzie Wu, podważasz moją szczerość?
– Będziemy słuchać rozkazów króla. Nie twoich!
– Przed śmiercią król przekazał mi swój miecz, i powiedział...
– Rozumiemy cię, pani! Jego Wysokość wyznaczył córkę na następczynię! Muyong i armia Yan przysięgają wierność Waszej Wysokości do ostatniego tchu!"
<wszyscy padają na kolana; księżniczka robi wielkie oczy i nie wie co się dzieje>

14:06, fraa_farara , Film
Link Komentarze (2) »

Fraacja
Liczydło, a co!