Film

środa, 17 listopada 2010

Czas wrócić do Wielkiej Kolekcji Westernów, bo dawno nie było. A przecież czeka jeszcze masa tytułów, w tym kolejne spod znaku Sergio Leone.

Wielka Kolekcja Westernow

Za kilka dolarow wiecejCzwarta część kolekcji to właśnie jedno z dzieł tego mistrza spaghetti westernu: Za kilka dolarów więcej (Per qualche dollare in più). Jest to druga część „trylogii dolara”, o której Fraa już wspominała przy okazji tytułu Dobry, Zły i Brzydki. Widz po raz kolejny ma przyjemność śledzić losy Bezimiennego (Clint Eastwood) oraz... no tak, oraz kogoś odgrywanego przez Lee Van Cleefa – tym razem jest to pułkownik Mortimer, tak jak w Za garść dolarów.

Ale po kolei:
Rozdział pierwszy dołączonej książeczki zapoznaje czytelnika z historią powstania filmu. Tak więc jest na przykład krótka notka o tym, że zaproszeni przez Eastwooda przyjaciele obejrzeli po raz pierwszy Za garść dolarów po włosku i, choć ni w ząb nie rozumieli dialogów, to film tak im się spodobał, że Eastwood od razu zgodził się na udział w produkcji sequelu, czyli właśnie Za kilka dolarów więcej.
Podkreślono też różnicę między westernami Leone a tradycyjnymi, hollywoodzkimi filmami z tego gatunku, jak również podano parę ciekawostek dotyczących czy to postaci z „trylogii dolara”, czy to miasteczek, w których rozgrywa się akcja.
Ogółem rozdzialik ten jest naprawdę całkiem interesujący.
Dalej następuje część historyczna – tym razem czytelnik dostaje zarys dziejów telegrafu i telefonu. Co prawda to zagadnienie nie jest dla Za kilka dolarów więcej jakieś kluczowe, no ale gdyby chcieć opisywać pod kątem historycznym same najistotniejsze elementy filmu, mogłoby nie starczyć materiału na trzydzieści książeczek – ileż można pisać o koniach, coltach i kapeluszach?
Ostatni rozdział to standardowy zbiór wiadomości o ekipie: Clint Eastwood, Lee Van Cleef, Sergio Leone, Klaus Kinski, Ennio Morricone. Tu więc żadnych zaskoczeń.

Per qualche dollaro in piuNo a sam film?
Fraa myśli, że powściągliwe „Genialny! Fantastyczny! Yay!” będzie całkiem nieźle oddawało jej stosunek do produkcji Za kilka dolarów więcej.
Widz poznaje dwóch, wspomnianych już wcześniej, łowców nagród, pułkownika Mortimera i – a jakże! – Bezimiennego, jak również groźnego przestępcę, El Indio (Gian Maria Volontè). Pozornie fabuła jest prosta: pułkownik i Bezimienny ścigają tego samego człowieka, więc – co jest dość logiczne – łączą siły, bo przecież lepiej już współpracować, niż wchodzić sobie w paradę. Zaczyna się obława na El Indio, który ma swoją bandę i w żadnym razie nie przypomina zaszczutej zwierzyny.
Trudno tak naprawdę napisać o tym filmie coś, czego nie powiedziałoby się już przy okazji poprzedniego wpisu o spaghetti westernie z kolekcji. Jak to u Leone, widz dostaje solidną dawkę zbliżeń na oczy i dłonie, bohaterów o szemranej moralności i świat, w którym praktycznie nie ma kobiet. Jeśli są, to tylko po to, żeby krzyknąć i zginąć. Opcjonalnie mogą być przedtem zgwałcone.
Rzeczony widz dostaje też porywającą (długą, to prawda, ale to i tak jeszcze nie jest aż taki hardkor, do jakich zdolny był Sergio Leone) scenę pojedynku.
A więc cały ten wciągający, choć może z lekka pesymistyczny świat, jaki włoski reżyser wykreował w swoich westernach. Świat, w którym nawet dobrzy są dobrzy tylko dlatego, że tak akurat im się opłaca – w końcu tytuł mówi sam za siebie. Wszystko kręci się wokół pieniędzy: Bezimienny i pułkownik chcą nagrodę za głowę El Indio, a El Indio chce złoto z banku.
Jest to zresztą wizja ponadczasowa, bądź co bądź powiedzenie „Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.” funkcjonuje i ma się nieźle.

Bohaterowie są znowu zapadający w pamięć, ze swoimi mrocznymi tajemnicami i śmiercionośnymi coltami w kaburach. Są bezwzględni i nieustępliwi, nie zawahają się zabijać i oszukiwać – nawet ci, którzy uchodzą za „tych dobrych” – żeby osiągnąć cel. Nie wspominając już o strzelaniu do siebie nawzajem w dobrych intencjach.
Takich mężczyzn niezmiennie pokazywał Leone w swoim Dzikim Zachodzie.

Kawiarkę ponadto zawsze bawi powtarzalność elementów w „trylogii dolara”. W Dobrym, Złym i Brzydkim Angel Eye pyta na początku o niejakiego Bakera. W Za kilka dolarów więcej z kolei staruszek zwany Wyrocznią opowiada o jakimś Bakerze, który sprzedał swoją ziemię kolejom. Są też oczywistości takie jak ponczo Bezimiennego, jak również spora część obsady – i nie chodzi tu tylko o głównych bohaterów. Na przykład Mario Brega, odtwarzający rolę Nino, jednego z bandy El Indio, rok później wcielił się w jankeskiego sierżanta na rozkazach Angel Eye (zresztą, rok wcześniej z kolei pojawił się w Za garść dolarów...). Luigi Pistilli, który zagrał Groce, najbardziej zaufanego człowieka El Indio, w Dobrym, Złym i Brzydkim jest bratem Tuco. I tak dalej, tego typu przykładów jest mnóstwo.

Oczywiście nie byłoby „trylogii dolara” bez muzyki Morricone.



Choć tym razem paradoksalnie to nie tak zwany „main theme” jest najbardziej wyeksponowany, jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, ale melodia z pewnej pozytywki. To ona kawiarce kojarzy się najmocniej z filmem, powtarza się od początku do końca jak refren i jest mocno powiązana ze stopniowym wyjawianiem historii bohaterów. Chociaż Fraa musi przyznać, że mimo wielokrotnego oglądania Za kilka dolarów więcej, do końca nigdy nie nadążyła za tą historią i zrozumiała całość dopiero wtedy, gdy przypadkiem zaczęła przeglądać filmografię losowo wybranych aktorów, którzy się pojawili w tej produkcji. Najpewniej wystarczyłoby oczywiście obejrzeć listę płac, gdzie wszystkie postacie byłyby wymienione nieco bardziej konkretnie, bo z samego filmu Fraa, niestety, nie odczytała poprawnie ich „statusu”.
Teraz jednak kawiarka już wszystko rozumie, a Za kilka dolarów więcej podskoczyło w prywatnym kawiarczym rankingu jeszcze bardziej – o ile to w ogóle możliwe.

Fraa nie poleca. Bo to nie jest film, który ogląda się na zasadzie „ktoś mi polecił, za bardzo nie wiem co to, ale pewnie będą strzelać” – to film, który zasługuje na to, żeby się nim delektować. A żeby się delektować, trzeba chyba jednak sięgnąć po niego z własnej woli, a nie wiedzionym cudzymi polecankami.

 

 



– I don't know him!
– Come on, now, you know everybody.
– I don't know anybody anymore! I'm dead! Understand? Well, there was a time when I knew everybody. That was a long time ago when all this was prairie. In these days everybody's in a hurry. That's right... with your damned good-for-nothing trains! Disgusting! One day, someone from the railroad comes here to see me. He says: „Prophet, the railway's gonna go right past your house”. „Is that so?” I said. „Yep, that right”, he says. „All those trains gonna go right past here. The best thing for you, Prophet, is sell your land to the company... or else we'll buy Baker's. He lives next to your place, and I'll put the tracks here... and that'll make you go crazy. Will you sell out to our company, Prophet?” – „Oh, is that so?” Says I. He was very anxious for me to sell out. You know what I told him about the railroad?! You know what I told him he could do with his railroad?!

 

10/10

10 na 10

23:54, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 listopada 2010

Dziś w dziale filmowym mała przerwa od Wielkiej Kolecji Westernów.

Dead Man - plakatFraa została ostatnio poczęstowana czymś, na co czaiła się już od kilku ładnych lat. Mowa tu o Truposzu (oryg. Dead Man) z roku 1995, w reżyserii Jima Jarmusha, z genialną muzyką Neila Younga. Toteż jak tylko kawiarka dostała się do komputera, bezzwłocznie obejrzała film. I teraz ma problem.
Bo Fraa nie zrozumiała.

Jedno co można powiedzieć o reżyserze i scenarzyście, to że jest dziwny. Staje się jasne, czemu mottem dla filmu jest „It is preferable not to travel with a dead man.”, słowa pochodzące z Nocy z Bułgarami, którą popełnił Henri Michaux – francuski poeta i malarz surrealistyczny.

Bo w istocie, taki właśnie jest cały film: oderwany od rzeczywistości, hipnotyzujący – chciałoby się powiedzieć: surrealistyczny. Trudno nazwać go westernem, chociaż w takiej właśnie estetyce jest utrzymany. Widz dostaje właściwie wszystkie potrzebne do westernu składniki: są zastępcy szeryfa, bogaty przedsiębiorca, śliczna i wrażliwa prostytutka, bezlitośni najemni rewolwerowcy, „miastowy” przyjezdny, strzelanie do bawołów i – oczywiście – Indianie.
Jednak – mimo tego zestawu – film jest bardzo specyficzny.

William Blake

Przede wszystkim: w czarno-białej wizji Jarmusha fabuła praktycznie nie ma znaczenia. I Fraa nie bez powodu używa tu słowa „wizja” – tak to właśnie wygląda: jak podróż gdzieś na granicy jawy i snu. Główny bohater, William Blake (Johnny Depp), zostaje wzięty przez samotnego Indianina za zmarłego angielskiego poetę – „zostaje wzięty”, czy też istotnie nim jest? Kawiarka cały czas się nad tym zastanawia. Martwy stróż prawa wygląda jak obrazek świętego. I znów – „wygląda”, czy też może jego aureola nie jest przypadkowa i to rzeczywiście był święty? Miasteczko Machine, do którego jedzie Bill, zostaje nazwane piekłem – czy to na pewno tylko żart? Tego typu pytania się mnożą. Nie poprawia sytuacji fakt, że dziewczyna, którą główny bohater spotka po rozmowie z przedsiębiorcą Dickinsonem, ma na imię Thel – co przywodzi na myśl Księgę Thel z 1798 roku, autorstwa tego Williama Blake'a.

DickinsonFilm koncentruje się na podróży, podczas której bohaterowie głównie rozmawiają, a widz może obserwować stopniową przemianę głównego bohatera. Całość nie jest jednak przegadana, a niemal każdy dialog wnosi coś nowego, szczególnie ciekawie pod tym względem prezentuje się Indianin Nikt (Gary Farmer) ze swoimi mądrościami. Swoją drogą, jest to postać, która cały czas nie daje kawiarce spokoju – „Nikt”. Był już jeden taki, co się przedstawiał w ten sposób. Walczył pod Troją, a potem dziesięć lat obijał się u czarodziejek udając, że wraca do domu. Z drugiej strony, może Fraa jest nieco przeczulona. Ale jednak słysząc dialog: Z kim podróżujesz? – Z Nikim. – nie może odpędzić od siebie rozmowy Polifema z Posejdonem, kiedy bóg pyta, kto skrzywdził cyklopa, a ten odpowiada właśnie: Nikt!

Bounty huntersInnym zagadnieniem jest próba odniesienia wspomnianego wcześniej motta do treści filmu. Jak Fraa pisała, najważniejsza w tym wszystkim jest podróż (momentami po terenach, przypominających nieco nasze rodzime Góry Izerskie). Pozostaje oczywiście kwestią otwartą, czy to istotnie podróż niedoszłego księgowego z Cleveland po Dzikim Zachodzie, czy może podróż do krainy snów, czy też jedna wielka alegoria ludzkiego życia, czy pewnie wszystko naraz. Dlaczego właściwie Truposz jest Truposzem, to dla kawiarki nie jest do końca jasne, choć Fraa ma pewne przypuszczenia, że to kwestia tego, iż na samym początku filmu Blake zostaje postrzelony w okolice serca i właściwie można powiedzieć, że został „zastrzelony”, bo kuli nie da się usunąć. Bohater jest więc od jednej z pierwszych scen skazany na niedaleką śmierć, można go traktować jako martwego. Choć dochodzi tu element jego tożsamości – dla Indianina Bill jest trupem, wracającym z zaświatów duchem angielskiego poety. Zresztą, łowcy nagród i Dickinson pewnie też uważają Blake'a za martwego, w końcu wyrok został wydany, nagroda wyznaczona, toteż sam fakt uśmiercenia ściganego jest już tylko nieuchronną formalnością. Jednak Fraa nadal nie rozumie, dlaczego jest rzeczą niewskazaną podróżować z Truposzem.

Jak już kawiarka wspominała na początku, muzyką do filmu Dead Man zajął się Neil Young – i wyszło mu genialnie. Gitarowe solówki idealnie wpasowują się w ciężki, hipnotyczny i przytłaczający klimat całości.

Film jednak – mimo całego tego ciężaru i, co tu kryć, okrucieństwa – nie jest pozbawiony humoru. Bohaterowie nie stronią od żartów, szczególnie łowca nagród, Conway Twill, ale również Nikt i inni. Warto tutaj wspomnieć o fantastycznych postaciach takich jak John Scholfield (jak zawsze rewelacyjny John Hurt), Salvatore „Sally” Jenko (Iggy Pop) czy Cole Wilson (Lance Henriksen, najbardziej chyba znany jako Bishop z Obcego, choć od niedaw... od kilkunastu lat można go kojarzyć z serialem Millennium). Wszystko to są postacie bardzo wyraziste – zresztą, w Truposzu nawet zupełnie epizodyczni bandyci, którzy pojawiają się w jednej scence, są wyraziści i mocno zapadają w pamięć.

Blake in boatI tak to wygląda. Fraa jest Truposzem zauroczona i zachwycona, a dwa dni po obejrzeniu nadal nie może przestać o nim myśleć. Jest to film zjawiskowy – niezwykle klimatyczna wizja, która wciąga bez reszty.
Jednak kawiarka nie może napisać po prostu, że serdecznie poleca. Bo tak naprawdę nie potrafi powiedzieć, komu Dead Man mógłby się spodobać. Pewne jest, że część osób będzie tym filmem zniechęcona, znudzona, obrzydzona. I o tej ewentualności warto pamiętać. Dla kawiarki – arcydzieło.




Goddamn pinto is a stupid damn animal. Stupid as the day is long. Got his heart so set on one. Buy yourself a sorrel horse and paint some white spots on him as far as I'm concerned. Jesus Christ. Course, ya can't put much stock in a man who spends the most part of a conversation talkin' to a bear. Talkin' to a goddamn bear.

09:11, fraa_farara , Film
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 października 2010

Wielka Kolekcja Westernów po raz trzeci.


Wielka Kolekcja Westernow

Fraa w tym miejscu musi zacząć od tego, że cała kolekcja wcale nie wygląda tak, jak na powyższym obrazku, znalezionym oczywiście za pomocą magicznego Google Graphics. Po pierwsze, tomy w rzeczywistości stoją w odwrotnej kolejności – Siedmiu wspaniałych powinno być najbardziej z tyłu, a nie na wierzchu. Dopiero w ten sposób grzbiety filmów ułożą się w obrazek. Co do którego zresztą też należałoby mieć potężne zastrzeżenia: nie żeby Fraa lubiła marudzić, ale jakaś symetria w tym wszystkim byłaby mile widziana. Tymczasem obrazek wypada po prostu okropnie krzywo. Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że początkowo kolekcja miała 28 tomów, to nadal rewolwery nie były na środku. Po dołączeniu kolejnych czterech filmów, całość przesunęła się jeszcze bardziej.

Wielka Kolekcja naprawde

Butch Cassidy i Sundance KidTeraz można ponarzekać nieco na zawartość książeczki od tego konkretnego filmu.
Pierwszy rozdział, ten z ciekawostkami o filmie, tym razem jest zwyczajnie nudny. Znajduje się w nim coś w rodzaju recenzji Butcha... – czyli nic, czego widz sam by nie mógł sobie wykoncypować po seansie.
Rozdział drugi, ze względu na specyfikę filmu, oczywiście musiał dotyczyć rzeczywistej historii Butcha Cassidy'ego i Sundance Kida. I tu przyszło kolejne rozczarowanie, bo Fraa obszerniejsze informacje dotyczące historii tej dwójki, jak również te odnoszące się do Agencji Pinkertona, znalazła na durnowatej Wikipedii.
Na końcu znaleźć można zwyczajowy rozdział o ekipie, a tam bez większych zaskoczeń: Paul Newman, Robert Redford, Katharine Ross, reżyser George Roy Hill i scenarzysta William Goldman. Trudno właściwie oczekiwać, żeby tę część książeczki poświęcono komuś innemu, bo i chyba nie bardzo byłoby komu.



Butch i SundanceNa wstępie omawiania samego filmu Fraa musi wyjaśnić, że początkowo zamierzała porównać przy tej okazji wersję z kolekcji, a więc z 1969 roku, z wersją z roku 2004 (lub 2009, Fraa musi przyznać, że sama nie jest do końca pewna, bo spotkała się z obiema datami w odniesieniu do tej produkcji). Jednakże po niecałej godzinie oglądania Legendy Butcha i Sundance'a Fraa była zmuszona zrezygnować – film był nudny, przekombinowany, a kawiarka cały czas zachodziła w głowę, jak ktoś może mieć czelność mniemać, że odtworzy rolę Sundance Kida lepiej, niż zrobił to Robert Redford. To tak jakby ktoś twierdził, że można być lepszym Jokerem niż Jack Nicholson.

Toteż porównania nie będzie, bo Fraa nie dała rady wysiedzieć przy Legendzie.... Trudno.

Fabuła filmu przedstawia się właściwie dość liniowo: banda, której przewodzi Butch Cassidy (Paul Newman), napada na pociąg Pacific Union. Nie jest tym zachwycony właściciel firmy, więc wysyła specjalny oddział pościgowy. I zaczyna się ucieczka, w którą przyjaciele zabierają Ettę Place (Katharine Ross).
Jak to jednak z filmami opartymi na faktach bywa, nie o samą fabułę tu się rozchodzi. Nikt nie czeka w napięciu, żeby zobaczyć, jak to się skończy – bo wiadomo jak. Co prawda w przypadku Butcha i Sundance'a mają prawo pojawić się wątpliwości, ale i tak można się domyślać i te domysły w większości będą trafne.
Sundance KidTutaj uwaga widza zostaje przyciągnięta głównie za pomocą pokazania relacji między bohaterami i ich charakterów, które są bardzo wyraziste: Butch Cassidy to ten miły, uroczy i zabawny. Sundance Kid jest bardziej „na serio”, za to nie ma szybszego rewolweru od niego. Pod warunkiem oczywiście, że nie musi stać i celować. Sundance strzela fantastycznie, ale tylko w ruchu. Mimo nadzwyczajnych zdolności, obaj przyjaciele wciąż są zwykłymi ludźmi, a nie überherosami. Zresztą usłyszą te właśnie słowa od pewnego szeryfa:

„Może i jesteście najwięksi, jacy byli w tym rejonie, ale i tak jesteście tylko drugorzędnymi przestępcami. Nie znam nikogo bardziej uprzejmego niż ty, Butch, ani szybszego od Kida, ale ciągle jesteście drugorzędnymi, nawiewającymi przestępcami.”

To sprawia, że łatwo się przywiązać do dwójki przestępców.
Butch i EttaNa ich tle, szczerze mówiąc, Etta Place jest dość mdła. Znudzona życiem nauczycielka, która nie ma nic lepszego do roboty, więc zgadza się wyjechać razem z Butchem i Sundance'm. Jednak kiedy tylko zrobi się gorąco, Etta spakuje się i wyjedzie – głównie dlatego Fraa zanadto jej nie polubiła. I nie przekonają jej teksty o tym, że nauczycielka nie chce patrzeć, jak umierają mężczyźni, których kocha. Tego typu umywanie rąk jest świństwem i tyle.

Elitarny oddział agentów, którzy ścigają przestępców, pojawia się tylko w tle. Stanowi przerażającą rękę Nemezis – w porównaniu z nimi, Butch i Sundance sprawiają wrażenie malutkich, zaszczutych złodziejaszków, którzy nie mają żadnej szansy wygrać z losem. Bohaterowie próbują różnych sposobów, używają całych pokładów sprytu, jakie w nich są, a pogoń wciąż i niezmiennie majaczy w oddali.

Jednakże oprócz tego – dość tragicznego tak naprawdę – aspektu, w filmie znajdzie się też sporo lekkiego humoru, niekiedy związanego z relacjami między głównymi bohaterami, niekiedy zaś wynikającego z rychłego nadejścia nowej epoki. Bądź co bądź, widz ma do czynienia z historią rozgrywającą się na przełomie XIX i XX wieku – pewnym symbolem będzie tu rower, reklamowany przez handlarza przy okazji namawiania mieszkańców miasteczka do podjęcia pościgu za bandytami.

W filmie raczej nie znajdzie się wielu momentów na kontemplację krajobrazów czy napawanie się muzyką. Akcja – za wyjątkiem dwóch przestojów – toczy się szybko, zresztą nic dziwnego: skoro to historia ucieczki, naturalnym jest, że będzie dynamiczna. Można oczywiście mówić przy okazji Butcha Cassidy'ego i Sundance Kida o rozmaitych głębszych przesłaniach, podtekstach i mniej lub bardziej ukrytej symbolice, ale tego typu interpretację Fraa zostawi innym. Dla kawiarki to po prostu bardzo przyjemny film o przyjaźni i nadejściu nowych czasów, w których nie ma miejsca na wesołkowatych rabusiów pociągów.

 

Dla wytrwałych w nagrodę - trailer:



 

 

– Wiesz chłopcze, zawsze, gdy widzę Przełęcz, to tak jakbym ją widział po raz pierwszy. I za każdym razem zadaję sobie to samo pytanie: „Jak mogę być taki głupi, żeby tu ciągle wracać?”
– Jaki masz pomysł tym razem?
– Boliwia.
– Jaka Boliwia?
– Boliwia to takie państwo, durniu. W Ameryce Środkowej albo Południowej. Którejś z nich.
– To może lepiej pojedźmy do Meksyku?
– Wszystko, co mają w Meksyku, to bieda. Jej mamy pod dostatkiem tutaj. Gdybyśmy mogli zrobić interes podczas gorączki złota w Kalifornii, gdzie byśmy pojechali pojechali?
– Do Kalifornii, tak?
– Tak. Więc gdy mówię „Boliwia”, myśl „Kalifornia”. Nie uwierzyłbyś, co tam leży w ziemi. Potykają się o to. Srebro, złoto, cyna. Przedźwignęlibyśmy się, kradnąc te wszystkie worki z wypłatą.
– Myśl dalej, Butch. W tym jesteś dobry.
– Ja jeden mam wizję, a reszta świata jest ślepa...

10:07, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 października 2010

Wielka Kolekcja Westernów po raz drugi.

Wielka Kolekcja Westernow

Tym razem można nieco ponarzekać. Jak wiadomo, część westernów Sergio Leone stanowi tak zwaną „trylogię dolara”. Znakiem rozpoznawczym jest Clint Eastwood w genialnej roli Bezimiennego. Skład i kolejność filmów w tym cyklu wygląda co następuje:

  1. Za garść dolarów (1964)
  2. Za kilka dolarów więcej (1965)
  3. Dobry, Zły i Brzydki (1966)

Dobry Zly i BrzydkiTymczasem w Wielkiej Kolekcji Westernów po pierwsze: brakuje pierwszej części trylogii, co już stanowi poważne niedopatrzenie, bo jednak jak seria to seria i wrzucanie jej wybrakowanej do kolekcji źle świadczy o wydawcy (Axel Springer Polska Sp. z.o.o.). No i po drugie: nawet te dwie części, które znalazły się w kolekcji, są w odwrotnej kolejności. Zaczyna się więc od części ostatniej, dwa filmy później będzie druga, a pierwszej wcale się nie uświadczy.
To tyle z głównego narzekania.
Fraa przejdzie teraz do zawartości książeczki:
Rozdział „O filmie” musiał, naturalnie, skupić się na fenomenie włoskiego westernu. Już na początku można przeczytać:

„Western nakręcony w Hiszpanii przez włoską ekipę z udziałem amerykańskich aktorów? (…) Głęboko antywojenna powieść o rewolwerowcach i moralitet z udziałem ludzi pozbawionych skrupułów. Owo ciągłe napięcie między przeciwnościami raz daje efekt komiczny, raz przerażający, zawsze jednak ze wszech miar interesujący.”

I Fraa musi się z tym zgodzić.
Dalej znajdują się ciekawostki między innymi dotyczące tytułu filmu (w Niemczech pojawił się on jako „Zwei glorreiche Halunken”, czyli „Dwaj sławetni łajdacy” – nic dziwnego, Niemcy potrafią wszystko spaprać), nieco o wypadkach na planie czy o sposobie pracy Sergio Leone, jak również w ogóle pojawiają się cechy wyróżniające spaghetti western.
Rozdział historyczny ma charakter bardziej ogólny: są określone ramy czasowe tak zwanego „Dzikiego Zachodu”, pokrótce ukazany proces kształtowania się stanów i osiedlania się Europejczyków w Ameryce, wspomina się też o gorączce złota i rewolucji przemysłowej.
BlondieKsiążeczkę zamyka rozdział dotyczący ekipy filmowej – znajdą się więc podstawowe informacje i parę ciekawostek o Eastwoodzie, Lee van Cleefie, Sergio Leone, Elim Wallachu oraz – naturalnie – Ennio Morricone. Jako że Fraa jest fanką pierwszego z wymienionych, pozwoli sobie przytoczyć jedną z tychże ciekawostek, właśnie jego dotyczących (choć biorąc pod uwagę konstrukcję zdań, można dojść do wniosku, że rozchodzi się o samolot, którym leciał Los...):

„Los oszczędził Eastwoodowi walki podczas wojny w Korei. Samolot wojskowy, którym leciał na Półwysep Koreański, wskutek usterki runął do Pacyfiku. Eastwood uratował się z katastrofy i przepłynął wpław ponad 5 km do brzegu. Na front nigdy nie dotarł, ale po tym wyczynie został wcielony do jednostek specjalnych i w obozie szkoleniowym dla komandosów był instruktorem pływania.”

Tym przemiłym akcentem Fraa kończy omawianie zagadnień okołokolekcjonerskich i przechodzi do samego filmu.

Tuco i BlondieI znów głupia sprawa, bo kawiarka musi po raz kolejny powstrzymywać się od piania z zachwytu.
Film Dobry, Zły i Brzydki jest po prostu fenomenalny. Blondie (Clint Eastwood), tytułowy Dobry, oczywiście wcale taki dobry nie jest, po prostu jest nieco lepszy od całej reszty. Co nie przeszkadza mu oszukiwać i zabijać. Przecież to właśnie on zostawia na pustyni wspólnika i pozwala na śmierć Shorty'ego. Ale jednocześnie to on, jako jedyny, jest skłonny okazać odrobinę współczucia umierającemu żołnierzowi.
Wspomnianym wspólnikiem jest Tuco (Eli Wallach), czyli Brzydki. Tu Fraa musi przyznać, że tak naprawdę Tuco, przy całym swoim życiowym pechu, wykazał się największą wytrwałością i siłą woli w filmie. Blondie często po prostu miał szczęście: a to kula armatnia akurat wpakowała się do pokoju, a to umierający żołnierz postanowił z nim porozmawiać. Gdyby nie szczęśliwe zbiegi okoliczności, Eastwoodowy bohater najprawdopodobniej nie dożyłby końca filmu. Tuco to coś innego: u niego zbiegi okoliczności najczęściej wypadały na jego niekorzyść, a on mimo wszystko walczył o przetrwanie – i wychodził z tego zwycięsko.
Nie wolno też zapomnieć o Angel Eyes (Lee van Cleef) – ten z kolei jest po prostu bezwzględnym najemnikiem, choć na swój pokręcony sposób uczciwym (ciekawostką tutaj jest fakt, że Baker, dla którego Angel Eyes wykonuje na początku zlecenie, pojawia się również w Za kilka dolarów więcej – a w każdym razie jest wspomniane to samo nazwisko. Zresztą, nie jest to jedyny element powtarzający się w więcej niż jednym filmie z „trylogii dolara” – to samo dotyczy między innymi aktorów drugoplanowych czy charakterystycznego poncho Bezimiennego). Żeby osiągnąć cel, użyje wszystkiego – nawet tortur.

Angel EyesTa trójka bardzo wyrazistych, bardzo zapadających w pamięć bohaterów (których oczy widz wielokrotnie będzie miał okazję kontemplować w tych - jakże charakterystycznych dla Leone - zbliżeniach), w poszukiwaniu bogactwa (dwieście tysięcy dolarów w złocie) przemierza kraj, ocierając się przy okazji o okropności wojny secesyjnej.

A te są ukazane w filmie bardzo wyraźnie: nawet Angel Eyes, mimo że sam trudni się zadawaniem ludziom śmierci w wymyślne sposoby, kiedy trafia do obozu uciekających konfederatów, wydaje się z lekka porażony ogromem tragedii, jaką widzi.
Zresztą widz wielokrotnie ma okazję w Dobrym, Złym i Brzydkim oglądać podobne obrazki: ranni, porzuceni żołnierze, często młodzi, którzy właściwie sami nie bardzo wiedzą, w imię czego mieliby walczyć i ginąć. Dotyczy to obu stron wojny secesyjnej. Jak Angel Eyes trafił do konfederatów, tak Blondie i Tuco lądują w obozie jankeskim, gdzie sytuacja wcale nie wygląda lepiej.
Ten antywojenny wydźwięk jest bardzo wyraźny w Dobrym, Złym i Brzydkim. O ile wiele sytuacji w filmie jest zabawnych, o tyle sceny związane z wojną są przede wszystkim tragiczne i - zwłaszcza jak na western z lat sześćdziesiątych - dość brutalne.
Ale wojna secesyjna to nie jedyny poważny akcent filmu.

Tuco i PabloDla kawiarki najbardziej chyba wzruszającą sceną westernu jest spotkanie Tuco z bratem, Pablo, po czym odjazd z klasztoru. W tym momencie widz zaczyna zupełnie inaczej patrzeć na Tuco: bohater przestaje być tak po prostu zabawny, kiedy już się go rozumie, kiedy zostaje pokazana jego samotność i odsłonięte sumienie. Przejmujące staje się to, że istotnie najbliższym przyjacielem „biednego Tuco” (jak w innej scenie sam o sobie mówi) jest Blondie, z którym tak naprawdę łączy go jedynie chęć odnalezienia złota. Prosty gest podania cygara przeobraża się w swego rodzaju deklarację lojalności. Blondie przystaje na grę Tuco, chociaż doskonale wie, jak przebiegła rozmowa tego ostatniego z bratem.

Oczywiście Dobry, Zły i Brzydki nie byłby tym samym filmem, gdyby nie fenomenalna muzyka, a tej chyba szerzej opisywać nie trzeba, bo kompozycje Ennio Morricone do filmów Sergio Leone są znane jak świat długi i szeroki i stanowią – obok utworów z Siedmiu wspaniałych czy Alamo – absolutną klasykę.


To chyba tyle, co Fraa miała do napisania. Jakkolwiek to dość kuriozalne, że western w wykonaniu Włocha będzie czymś tak genialnym, to jednak bez „trylogii dolara” ten gatunek byłby uboższy. A bez Bezimiennego uboższa byłaby cała kinematografia.

 

 

– There are two kinds of people in the world, my friend. Those with a rope around their neck and the people who have the job of doing the cutting. Listen, the neck at the end of the rope is mine! I run the risks. So, the next time, I want more than half!
– You may run the risks, my friend, but I do the cutting. If we cut down my percentage... Cigar...? It might interfere with my aim.
– But if you miss, you had better miss very well. Whoever double-crosses me and leaves me alive, he understands nothing about Tuco. Nothing!

17:23, fraa_farara , Film
Link Komentarze (3) »
czwartek, 03 czerwca 2010

Robin HoodWreszcie Fraa obejrzała najnowszego Gladiatora... ekhm, najnowszy film Ridley'a Scotta z Russellem Crowe'm w roli głównej, czyli Robin Hood. Cóż może powiedzieć?
Nie tego się spodziewała.

Czytając opis na przykład z Filmwebu, Fraa szykowała się na kolejną wariację na temat wesołej kompanii Robin Hooda (nawet jeśli miałaby jakoś się różnić od wcześniejszych, w końcu napis u góry plakatu zobowiązuje), podczas gdy okazało się, że jest to jedna wielka brednia:

„Russell Crowe wciela się w rolę legendarnej postaci znanej pokoleniom jako "Robin Hood", którego przygody utrwaliły się w powszechnej świadomości i pobudziły wyobraźnię tych, którzy podzielają jego ducha przygody i praworządności.” [z Filmwebu] – nie, nieprawda. Nie wciela się w postać, która w 1194 roku wróciła z krucjaty, poślubiła lady Marion i walczyła z księciem Janem. Russell Crowe wciela się w rolę jakiegoś innego facecika o nazwisku Longstride, który zamieszkał w domu Robina (w filmie: Roberta) z Loxley po śmierci króla Ryszarda. Ten, który powinien być rzeczywistym Robin Hoodem, ma malutką rolę, w której głównie oddaje miecz.

„W XIII-wiecznej Anglii, Robin i dowodzona przez niego banda rabusiów stawiają czoła korupcji w wiosce i prowadzą rebelię przeciwko koronie, która na zawsze zakłóci równowagą władzy.” [z Filmwebu] – nie, nieprawda. Po pierwsze, ta „banda” to trzech kumpli z krucjaty. Robin nie ma w tym filmie żadnej bandy rabusiów. Banda rabusiów owszem, śmiga gdzieś w lesie, ale zupełnie niezależnie. Po drugie, nie prowadzą (te – w sumie – cztery osoby: Robin, Will, Mały John i niejaki Allan) żadnej rebelii. Zajmują się własnym ogródkiem, a nawet doprowadzają do pogodzenia baronów z królem, więc co jak co, ale nie ma mowy o zakłóceniu równowagą władzy.

Robin Hood - Crowe i BlanchettDalej jest coś o tym, że Robin zakochuje się w lady Marion i mając nadzieję na zdobycie jej ręki, zbiera „grupę ludzi, których zabójcze umiejętności dorównują tylko ich apetytowi na życie. Wspólnie zaczynają polować na dogadzającą sobie klasę wyższą, aby wyrównać niesprawiedliwość panującą pod rządami szeryfa” [wciąż z Filmwebu] – może kawiarkę coś ominęło w tym filmie, ale grupa ludzi była zebrana już podczas oblężenia Chalus, a ich „polowanie na dogadzającą sobie klasę wyższą” przybrało postać bodaj jednorazowej napaści na paru wojskowych i jednego zakonnika, którzy wieźli ziarno do Yorku. Tak poza tym, głównie owa czteroosobowa (no dobrze, Fraa zaszaleje: pięcioosobowa, jeśli liczyć braciszka Tucka) grupa zajmowała się tańcami, uwodzeniem chłopek i lady Marion oraz pijaństwem.

Robin Hood - Mark StrongRidley Scott, niestety, stworzył film, który niebezpiecznie podjechał pod kategorię „prawdziwej historii” – a Fraa nie cierpi „prawdziwych historii”. Kiedy Fraa idzie obejrzeć film o Robin Hoodzie, liczy na radosne szycie z łuku, rajtuzy, las i podłego szeryfa Rot... Nottingham. Robin Hood jest legendą i Fraa nie widzi sensu prezentowania jego „prawdziwej historii”, skoro legenda jest po prostu ciekawsza. Najnowszy Robin Hood jest rozlazły i nudny. Owszem, gdzieś są jakieś walki i spiski, ale w międzyczasie Robin tak naprawdę nic nie robi. Po co w takim razie dawać temu tytuł Robin Hood? Co innego, gdyby tytuł filmu brzmiał na przykład Robin Longstride. Bo przecież o nim właśnie jest ta produkcja, a nie o legendarnym złodzieju.

A tak pomijając marudzenie, Fraa od jakiegoś czasu widzi w kolejnych filmach te same twarze i zaczyna dochodzić do wniosku, że oto wyłonił się nowy zestaw gwiazd. I tak w Robin Hoodzie znów można było zobaczyć Marka Stronga, znów oczywiście jako ultrazłego złoczyńcę Godfrey'a (prawie tak złego jak lord Blackwood z Sherlocka Holmesa) oraz Danny'ego Hustona który wcielił się w rolę samego króla Ryszarda Lwie Serce (po mordercy Arthurze z Propozycji byłby to awans, gdyby nie rola Posejdona ze Starcia Tytanów... jednak król to nie bóg...).

Robin Hood - Alan DoyleNa szczęście było też parę pozytywów:

  • Max von Sydow – tak, ten Max von Sydow (nawet kawiarczy edytor tekstu go zna!). Fraa nie sądzi, żeby on mógł być w jakiejś roli słaby, dlatego nie powinno być zaskoczeniem, jeśli powie, że rola teścia lady Marion, sir Waltera Loxley, była naprawdę rewelacyjna.
  • Will Scarlet (Scott Grimes) – no dobrze, głównie kupił kawiarkę akcentem. Fraa lubi ten irlandzko-szkocko-walijski angielski.
  • Allan A'Dayle (Alan Doyle) – jego funkcją było granie i śpiewanie. Nic dziwnego – tym się właśnie zajmuje Alan, członek zespołu Great Big Sea. A w filmie dzięki temu pojawiły się naprawdę fajne kawałki, których miło się słuchało. Zresztą, Fraa ma nadzieję, że uda jej się zdobyć te piosenki.

Po obejrzeniu najnowszego Robin Hooda Fraa nie zmieniła swojego ulubionego zestawu opowieści o księciu złodziei. Nadal przodują dwie produkcje: Przygody Robin Hooda z 1938 z niezapomnianą kreacją Errola Flynna, a obok tego oczywiście fantastyczny film Mela Brooksa – Robin Hood: Faceci w rajtuzach. A Ridley Scott może się schować ze swoją „prawdziwą historią”.

 

Robin Hood - Errol FlynnRobin Hood - Cary Elwes

15:30, fraa_farara , Film
Link Komentarze (5) »
piątek, 28 maja 2010

Fraa jest dość nieufnie nastawiona do informacji, że jakiś film został wyróżniony jakąś nagrodą. Nie ma też jakiegoś nadzwyczajnego sentymentu do Miloša Formana – prawdę mówiąc, zna jego pięć filmów, z czego w całości obejrzała dwa, z czego na pamięć zna jeden.
I o tym jednym Fraa chce powiedzieć kilka słów.

AmadeuszAmadeusz z 1984 roku w reżyserii Miloša Formana został nagrodzony ośmioma Oscarami (za scenografię, kostiumy, scenariusz adaptowany, rolę pierwszoplanową – F. Murray Abraham, reżyserię, film, charakteryzację oraz dźwięk), nominowany do jeszcze trzech (znów rola pierwszoplanowa – tym razem dla Toma Hulce, montaż oraz zdjęcia), czterema Złotymi Globami (dramat, aktor w dramacie – znów F. Murray Abraham, reżyser i scenariusz), nominowany był jeszcze do dwóch (aktor w dramacie – Tom Hulce, rola drugoplanowa – Jeffrey Jones), otrzymał cztery nagrody BAFTA (charakteryzacja, zdjęcia, dźwięk, montaż), pięć nominacji do nagrody BAFTA (film, scenografia, kostiumy, scenariusz adaptowany, rola pierwszoplanowa – F. Murray Abraham), ponadto dostał jednego Cezara (film zagraniczny), trzy nagrody David di Donatello (aktor zagraniczny – Tom Hulce, film zagraniczny, reżyser filmu zagranicznego), został wyróżniony nagrodą DGA za najlepsze osiągnięcie reżyserskie w filmie fabularnym, dostał też nagrodę Eddie za montaż. W 1998 roku Amadeusz znalazł się na liście stu amerykańskich najlepszych filmów wszech czasów. Został też wyróżniony trzema nagrodami LAFCA (film, reżyser, scenariusz). Słowem: Fraa mogłaby napisać oddzielną notkę o samych wyróżnieniach Amadeusza. Dwadzieścia pięć otrzymanych prestiżowych nagród, dziesięć nominacji plus zaliczenie do jednego ze stu amerykańskich filmów wszech czasów, co w sumie daje trzydzieści sześć wyróżnień wszelakiego rodzaju.

Amadeusz 01I Fraa z czystym sumieniem stwierdza, że wszystkie te nagrody są w pełni zasłużone. Film naprawdę robi niesamowite wrażenie. Nic dziwnego, że po obejrzeniu Amadeusza oglądanie takich produkcji jak Kopia Mistrza czy Farinelli muszą kończyć się refleksją „No niezłe, ale Amadeuszowi to do pięt nie dorasta”.

Film ma formę spowiedzi starego Antonio Salieriego (F. Murray Abraham), który po latach trafia do przytułku, a tam odwiedza go młody ksiądz. Duchowny niby trochę się zna na muzyce, ale nie potrafi rozpoznać żadnego z dzieł kompozytora – dopiero kiedy usłyszy fragment dzieła Mozarta, brzmi mu to znajomo. Taki początek rozmowy oczywiście wcale nie nastraja Salieriego pozytywnie, tym niemniej starzec decyduje się opowiedzieć księdzu historię swojego życia i historię tego, jak zniszczył największego geniusza swoich czasów.

Amadeusz 02Elementem, który chyba najszybciej i najtrwalej zapada w pamięć, jest śmiech Wolfganga Amadeusza Mozarta (Tom Hulce). Nie pozwala on zapomnieć, jakiego rodzaju postacią jest młody kompozytor: to niedojrzały lekkoduch, od najwcześniejszego dzieciństwa wychowany na atrakcję dworów, lekceważący dobre obyczaje prostak, wulgarny młokos. Takim widzi go Salieri, któremu bardzo trudno wobec tego pogodzić wizerunek zwykłego chama z genialną, wręcz boską muzyką Mozarta, którą słyszał. Stąd właśnie bierze się początkowe rozgoryczenie Salieriego. Wielokrotnie daje on wyraz swojemu zdumieniu i niezrozumieniu, dlaczego Bóg przemawia przez tak odrażającego dzieciaka. Dlaczego nie zechciał przemówić muzyką jego – Salieriego – który całe życie w swoich utworach wychwalał Pana, wiódł egzystencję cnotliwą i pobożną.
I to pytanie jest gdzieś zawieszone przez cały film. Trudno czuć odrazę do Salieriego, bo jego uczucia są całkowicie zrozumiałe: całe życie wyrzeczeń i mozolenia się nad kolejnymi utworami, a wszystko po to, żeby spotkać na swojej drodze durnego dzieciaka, który w kilkanaście minut stwarza – ot tak po prostu – prawdziwie niebiańską muzykę? Każdy by się zdenerwował, choćby i na samego Boga.

Amadeusz 03Kontrast między tymi dwoma charakterami, między Mozartem a Salierim, czyli geniuszem a rzemieślnikiem, jest bardzo wyraźny. No właśnie – film nie próbuje zwalczyć mitu „cudownego dziecka”. I Fraa to pochwala. Zamiast bawić się w „prawdziwe historie”, Amadeusz pokazuje pogłębioną legendę geniusza. Nie demaskuje jej, ale wzbogaca. Bez żadnych wątpliwości, filmowy Mozart jest cudownym dzieckiem. Jest też młodym mężczyzną, który kocha ludzi i życie, a który żyje w cieniu surowego ojca, Leopolda Mozarta. Amadeusz ma świadomość swojego talentu, momentami nawet jest dość rażąco zarozumiały, więc tym bardziej dotkliwie odczuwa jawną niesprawiedliwość, kiedy jego kompozycja nie odnosi sukcesu w Wiedniu. Bezradność, samotność i niezrozumienie wpędzają go w alkoholizm i chorobę.

Swoją drogą, filmowy wizerunek Mozarta zgadza się właściwie z tym, co Fraa przeczytała w książce Mozart. Portret geniusza Norberta Eliasa. Kompozytor ponoć kochał życie, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego muzyka jest genialna, a do tego był nadzwyczaj wrażliwy, więc bieda, samotność i niepowodzenia bardzo mocno odciskały się na jego kondycji zarówno psychicznej, jak i fizycznej.
Ale na tym kończą się podobieństwa między tym, co Fraa znalazła w książce, a filmem. Bo potem pojawia się kwestia małżonki Mozarta, Konstancji. Wedle Eliasa, właściwie nigdy nie kochała męża, a jedynie ceniła go za jego sukcesy w dziedzinie muzyki. Ich relacje, od początku chłodne, oziębiły się jeszcze bardziej, kiedy Amadeusz przestał być uwielbiany w Wiedniu.
Tymczasem filmowa Konstancja to naprawdę wspaniała, oddana żona, która wspiera Amadeusza praktycznie do samego końca, nawet mimo krótkiego kryzysu.

Amadeusz - Salieri i Jozef IINie można też pominąć cesarza Józefa II Habsburga (Jeffrey Jones) – mimo bardzo oryginalnego śmiechu Mozarta, to właśnie cesarz stanowi akcent humorystyczny w filmie. Jednocześnie zostało bardzo wyraźnie pokazane, jak strasznie jest, kiedy władca jest, że tak Fraa to ujmie, niezbyt rozgarnięty. Jedno ziewnięcie i geniusz może być zrujnowany. Odpowiednio wyrażone namowy i cesarz może wydać najbardziej absurdalne rozkazy. Józef II był niesamowity – najwspanialszą operę potrafił skwitować stwierdzeniem: „Za dużo nut”. Postać z jednej strony zabawna, ale z drugiej – przerażająca.

Tyle o postaciach – ale przecież nie wolno zapominać o muzyce i scenografii. A te są w Amadeuszu prawdziwie epickie i zapierające dech w piersi. Wspaniałe, bogate wnętrza, fragmenty oper, no i bardzo dużo Mozarta w Mozarcie... Ale też pojawiają się utwory innych kompozytorów, choć oczywiście w mniejszym zmasowaniu. Zwieńczeniem „soundtracku” Amadeusza jest fantastyczne i poruszające Requiem.

I jakkolwiek Fraa słyszała od dość kompetentnej osoby, że Amadeusz jest pełen fikcji, to jednak lektura Listów Mozarta opracowanych przez Ireneusza Dembowskiego daje sporo do myślenia. W zamieszczonym w Listach kalendarium można przeczytać przy kolejnych datach o intrygach Salieriego wymierzonych przeciwko Mozartowi. Tak samo owe „intrygi Salieriego” pojawiają się w samej korespondencji Amadeusza, między innymi do ojca. Jednocześnie z listów wynika, że Salieri i Mozart utrzymywali kontakt i że – tak jak w filmie – Salieri żywił głęboki podziw dla dorobku muzycznego Amadeusza.

Fraa nie wie jak to było naprawdę, ale wie, że Amadeusz jest porywającym filmem, w którym każda z postaci przykuwa uwagę, a całość jest zrobiona z rozmachem i fantazją.
Warto, zdecydowanie warto obejrzeć. To nie są zmarnowane trzy godziny.

 

 

– Mój plan był prosty. Przerażająco prosty. Najpierw postaram się o mszę żałobną. A potem o jego śmierć.
– Co?!
– Jego pogrzeb! Niech ksiądz sobie wyobrazi: w katedrze zebrałby się cały Wiedeń. W centrum stałaby mała trumna Mozarta. I wtedy w grobowej ciszy... Muzyka. Kościół wypełnia boska muzyka, wspaniała msza żałobna. Requiem dla Wolfganga Mozarta, skomponowane przez jego oddanego przyjaciela, Antonia Salieriego... Co za majestat. Co za głębia! Co za pasja! Na Salieriego nareszcie spłynęła łaska Boża... I Bóg musi go słuchać. Nie wstrzyma muzyki. Nareszcie ja będę się z Niego śmiał! Martwiło mnie tylko jedno: zabójstwo. Jak się to robi? Jak się zabija człowieka? Co innego marzyć o tym. A co innego wykonać to własnymi rękami.

23:04, fraa_farara , Film
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 maja 2010

Fraa od 1997 roku chciała obejrzeć film Dobermann. Początkowo oczywiście miała hardy plan pójścia na to do kina, kłopot tkwił w tym, że film jest dozwolony od 21 lat. Z kina nici, no ale nic to – Fraa wierzyła, że nieco podrośnie, to dorwie płytę.
Tak też się stało: Fraa w końcu istotnie znalazła w Media Markcie DVD z filmem Dobermann. Nawet w przystępnej cenie. Już-już miała kupić, kiedy nieszczęśliwie odwróciła pudełko i przeczytała opis. A tam dystrybutor czar... biało na czarnym pisze, jak to bohaterowie próbują cośtam znaleść (nawet kawiarczy edytor tekstu tego nie toleruje). ZNALEŚĆ! No i co Fraa miała zrobić? Zapłakała rzewnymi łzami, odłożyła pudełko na stosik i poszła jak niepyszna. Przecież nie wyda własnych, ciężko zarob... własnych... przecież nie wyda pieniędzy na coś, co ma na opakowaniu napisane „znaleść”! To się nie godzi. Fraa nie może się nadziwić, że dystrybutor coś takiego przepuścił. To nie jest jeden błąd ortograficzny w parusetstronicowej powieści. Na wszystkich bogów Chaosu i kilka pomniejszych demonów Umiarkowanego Nieporządku! Przecież taki opis na opakowaniu to dwa-trzy zdania, naprawdę oczy nie wypłyną od przeczytania czegoś takiego raz czy drugi przed wypuszczeniem na rynek.

Jednak Fraa nie o tym miała pisać. Nawiązała do Dobermanna tylko dlatego, że zdarzyło się nabyć inny film, również oryginalny. I znów okazało się, że oryginalne wersje to zło. No dobrze, opis dystrybutora jest co prawda bez rażących błędów ortograficznych, za to tym razem miało miejsce epickie starcie z formatem DivX Ultra. Fraa nie ma pojęcia, czemu film nie mógł być na zwykłym, uczciwym DVD. No ale pal sześć – DivX też nie powinno sprawiać problemów... Otóż nie. Sprawiało, mimo zainstalowania dołączonego na płycie programu oraz – również dołączonych – kodeków. Zainstalowany program nie odpalał filmu, bo nie. W końcu udało się uruchomić za pomocą bezpłatnego BESTplayera, tyle tylko, że film trzeba było oglądać z lektorem, bo nie było możliwości zmiany ustawień.
No dobra. Tak czy tak, przedsięwzięcie zakończyło się względnym sukcesem, czyli obejrzeniem filmu od początku do konca.

Lucky Number SlevinKiedy już człowiek przestał się irytować tym, że słyszy tego cholernego lektora, zamiast czytać napisy, seans był naprawdę przyjemny. Wspomnianym wcześniej filmem był Zabójczy numer (Lucky Number Slevin) z 2006 roku, w reżyserii Paula McGuigana. Fraa musi przyznać, że z innymi produkcjami pana McGuigana nie miała do czynienia, chociaż tytuły The Acid House, Gangster No. 1 oraz Wicker Park obiły się jej o uszy (Fraa właśnie zobaczyła, że w tym drugim gra Diane Kruger, niedawno widziana w Kopii Mistrza – i nie, nie ma to żadnego znaczenia, ot zbieg okoliczności). Właściwie Fraa byłaby całkiem zainteresowana tymi filmami, bo a to Irvin Welsh, a to Malcolm McDowell... Tym niemniej jak na razie na kawiarczej drodze pojawił się tylko Lucky Number Slevin.

I Fraa z czystym sumieniem stwierdza, że ten film jest naprawdę prześwietny. Widz poznaje Slevina (Josh Hartnett – patrząc na jego filmografię, Fraa rozpoznaje trzy filmy: Helikopter w ogniu, Sin City oraz Pearl Harbor. W żadnym z nich jednak nie pamięta Hartnetta, w dwóch pierwszych „bo nie”, w trzecim – bo nie oglądała...), od którego szczęście jakoś się odwróciło. Stracił pracę, mieszkanie, dziewczynę, wyjechał do przyjaciela do Nowego Jorku, a tam został okradziony przez kieszonkowca, w dodatku przyjaciel gdzieś zniknął.

Bruce Willis - GoodkatWidz poznaje też pana Goodkata (Bruce Willis) – ale można mu mówić „pan Goodkat”. I tu pierwszy, zasadniczy plus filmu. Bo Fraa lubi Bruce'a Willisa. A właściwie należałoby to skonkretyzować: Fraa lubi, kiedy Bruce Willis gra czarne charaktery. Ten człowiek ma w sobie coś takiego, że najmroczniejsze postacie stają się urocze. A uroczy płatny morderca to jest coś, co niełatwo uświadczyć. Nie chodzi o żadnego amanta, mhrotchnego tró killera, na widok którego żeńska część widowni piszczy z zachwytu. Chodzi o takiego sympatycznego gościa, na którego widok paszcza sama się cieszy. Fraa nie zna innego aktora, którego czarne charaktery byłyby tak białe.
Do tego pojawia się Boss (Morgan Freeman), wysoko postawiony gangster, który żyje w apartamencie z widokiem na apartament po drugiej stronie ulicy – tam z kolei mieszka Rabin (Ben Kingsley - może i głupio, ale Fraa pamięta tego aktora wyłącznie z Alicji w krainie czarów z 1999 roku...), niegdyś wspólnik i przyjaciel Bossa, ale od jakiegoś czasu jego zaciekły wróg. Obaj obserwują się wzajemnie, bojąc się wyściubić nos z własnych leży.
Slevin mimowolnie wplątuje się w porachunki między gangsterami, a jedynym pozytywnym elementem, jaki go spotyka w Nowym Jorku, jest Lindsey (Lucy Liu - i Fraa też myślała, że ta aktorka jest wyższa!), sąsiadka przyjaciela Slevina.

Lucky Number Slevin - HassidsNa pierwszy rzut oka film może sprawiać wrażenie przeciętnej opowiastki o porachunkach złych bandziorów. Tu warto jednak pamiętać o tym, że pierwszy rzut oka bywa mylący. I tak właśnie jest w tym przypadku: film pełen jest zaskakujących scen, nieoczekiwanych zwrotów akcji i świetnych dialogów. Intryga jest zamotana dokładnie tak, jak Tygryski lubią najbardziej. Czyli w staranny kłębek, z którego sterczy kilka końców i człowiek nie wie, za którą nitkę pociągnąć, żeby dotrzeć do sedna.

Cóż – trzeba powiedzieć, że Fraa nie wyczuła w Zabójczym numerze humoru w stylu Quentina Tarantino, tak jak to było stwierdzone w opisie na pudełku, ale to akurat dobrze, bo Fraa od jakiegoś czasu podchodzi z pewną rezerwą do Quentina Tarantino. Fraa tak sobie kombinuje, że humor w Zabójczym numerze jest zabójczonumerowy i to chyba najlepiej o nim świadczy. Choć w którymś momencie Fraa wyniuchała lekki aromacik Snatcha, ale to pewnie częściowo była autosugestia, a częściowo przez Żydów. Świetnie zarysowane, wyraziste postacie, dialogi wymykające się sztampie (Fraa chyba już wspominała, że rewelacyjne dialogi, prawda?), genialna intryga i wartka, wciągająca akcja – to są te elementy, którymi film kupił kawiarkę.

Fraa poleca.
...tylko niekoniecznie oryginalną wersję zakodowaną w formacie DivX Ultra...




– You're not Nick.
– You're not as tall as I thought you'd be.
– Well, I'm short for my height.
– That makes sense because I can usually tell how tall someone is by their knock. You have a deceptively tall knock. Congratulations.
– So it's a good thing?
– I open the door expecting you to be up here, you're down here. That combined with a low centre of gravity... Forget about it.
– Who are you?
– I'm Slevin.
– And what happened to your nose?
– I was using it to break some guy's fist.

22:22, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 maja 2010

No dobra. Fraa zawsze palnie jakąś głupotę. „Ja narysuję te plakaty, żaden problem!” albo „Nie musisz mi na razie oddawać tej kasy, nic pilnego...”, ale czasem jest jeszcze gorzej i kończy się to na: „Dzień dobry, chciałabym nabyć tę płytkę”. A potem Fraa ląduje w domu z podejrzanym DVD w torbie. I trzeba to obejrzeć.
A przecież, dokonując zakupu, Fraa doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ten film nie jest wart ani grosza.

Dr Jekyll i pan HydeDr Jekyll i pan Hyde (Dr Jekyll And Mr Hyde) z 2008 roku w reżyserii Paolo Barzmana to uwspółcześniona wersja klasycznej opowieści Stevensona. Widz poznaje Henry'ego Jekylla (Dougray Scott – czyli Thomas Fairfax z To Kill a King), wybitnego lekarza, który ma niezwykłą teorię na temat ludzkiej skłonności do chorób, a żeby dowieść słuszności tej teorii, przeprowadza eksperymenty na sobie. Wskutek tego uwalnia złą stronę swojej osobowości – alter ego przedstawia się jako Edward Hyde i nocami sieje grozę w mieście.
Doktorowi ruszy na pomoc pani prawnik, Claire Wheaton (Krista Bridges).

Prawda jest taka, że już „uwspółcześniona wersja” zwiastuje jakąś katastrofę. I tak jest w istocie. Rzecz w tym, że Dr Jekyll i pan Hyde jest historią, która bardzo źle się zestarzała. To co brzmi dobrze w gotyckiej opowieści z drugiej połowy XIX wieku, niestety niekoniecznie musi brzmieć równie dobrze w filmie z początku XXI wieku. Nawiedzone wyznania doktora Jekylla u Stevensona były fajne. Kiedy czytało się o obsesji głównego bohatera, który ponad wszystko chciał rozdzielić dobrą część siebie od tej złej, naprawdę robiło to wrażenie i było wiarygodne. Kiedy te same brednie powtarza współczesny szanowany naukowiec i usiłuje to jeszcze wzbogacić o jakieś medyczne powiązania, całość brzmi już tylko żenująco. Kto jak kto, ale doktor Jekyll z filmu powinien akurat dość dobrze rozumieć pracę mózgu oraz przyczyny rozmaitych ludzkich działań. Jego gadanina o tym, że w człowieku siedzą dwie osoby i on chce je rozdzielić, po prostu nie trzyma się kupy. A właściwie kupa to jedyne, czego się trzyma... Bo już wybitnego naukowca, który nie potrafi znaleźć innej metody, jak tylko eksperymentowanie na sobie i szprycowanie się niesprawdzonymi specyfikami, to Fraa pominie milczeniem.

Skoro już Fraa jest przy bezsensach filmu: taka Claire. Młoda i odważna prawniczka, dobrze – banał, ale jeszcze nie boli. Boli natomiast, kiedy Claire – mając uzasadnione podejrzenie, że ma do czynienia z szalenie niebezpiecznym seryjnym mordercą – późnym wieczorem lub nawet nocą wchodzi do obskurnego mieszkanka tegoż mordercy i szlaja mu się po pokojach. Nie wiedzieć czemu, Claire wyszła z założenia, że jeśli zapukała i nikogo nie było w środku, to na pewno lokator nie wróci przez najbliższą godzinkę, więc prawniczka może sobie pozwiedzać. A tu nagle panika: wrócił! Nie może być! W środku nocy facet chce wejść do własnego mieszkania, bezczelny!
Fraa nie lubi, kiedy bohaterowie, którzy teoretycznie mają być inteligentni, zachowują się jak skrajni kretyni.

To samo dalej, w zakładzie dla umysłowo chorych: istnieje podejrzenie, że zamykają seryjnego mordercę. I co? I nic. Nie dość, że nikt nie pilnuje pacjenta, to jeszcze na jego pierwszy krzyk przybiega stróż nocny i beztrosko otwiera drzwi. Ucieczka Hyde'a była tyleż idiotyczna, co przewidywalna.

Momentami Fraa dostrzegała rozpaczliwe próby nawiązywania do literackiego oryginału. Chodzi tu o detale dotyczące pana Hyde'a: że jego spojrzenie było przeszywające, złe. Że – mimo iż to ta sama osoba – różnice w charakterach tak mocno odcisnęły się na fizjonomii bohatera, że nikt by nie skojarzył ze sobą tych dwóch osób. W końcu kwestie czysto fabularne, jak to, że Jekyll wynajmował Hyde'owi mieszkanie. Niestety, jeśli chodzi o tę trudność w rozpoznawaniu Hyde'a, o zło bijące z jego oblicza, twórcy filmu postawili przed sobą naprawdę trudne zadanie i nie podołali. Nic dziwnego. W powieści można napisać, że spojrzenie postaci było lodowate, emanowało od bohatera zło, wzbudzał odrazę mimo braku konkretnych deformacji ciała i tak dalej. Czytelnik wierzy na słowo narratorowi i wyobraża sobie postać po swojemu. Ale film, zamiast operować emocjami i dość abstrakcyjnymi opisami, ma do dyspozycji konkret. Przed kamerą stoi facet i on nie może powiedzieć, że jest zły. Po nim musi być widać, że jest zły. A coś takiego, to chyba tylko Jack Nicholson potrafi. Fraa przypuszcza, że to dlatego trzeba było podrasować nieco Hyde'a i wspomnieć o serii brutalnych morderstw, które wstrząsnęły miastem. Przecież u Stevensona, o ile Fraa pamięta, faktycznych zbrodni było niewiele. No ale jeśli wykasowałoby się z fabuły filmu kilka zabitych osób, widz dostałby tylko zwykłego, wyluzowanego gościa. Gościa, który co gorsza wygląda dokładnie tak jak doktor Jekyll, bijące z wewnątrz zło w żaden sposób nie odmienia wyglądu bohatera, więc wzbudza pewną wesołość, kiedy inni nie mogą zidentyfikować Hyde'a patrząc na Jekylla, bo widz przecież wyraźnie dostrzega, że ten facet jest dokładnie taki sam w obu wcieleniach.

Fraa uważa, że robienie tego filmu było karkołomnym zadaniem i nic dziwnego, że zakończyło się klęską. Już nawet pomijając efekty specjalne. Bo prawda jest taka, że Fraa bardzo podobne dramatyczne rozmazy, które miały miejce w momencie przemiany bohatera, zrobiła kamerą w komórce.

Żeby Dr Jekyll i pan Hyde był porządnym filmem, należałoby cofnąć bohaterów na powrót do takiego czasu, w którym brednie o dobrej i złej stronie ludzkiej natury nie będą brzmiały sztucznie, pretensjonalnie albo po prostu głupio, potem wziąć jakiegoś naprawdę nieziemsko utalentowanego aktora (bo to naprawdę nieziemsko trudna rola), a na koniec dorzucić jakichś porządnych gości od efektów. No i może jakoś by to było. A tak? Stracony czas.






– Mogę zadać ci osobiste pytanie?
– Wolałabym porozmawiać o tobie.
– Gdybyś musiała wybrać, uważałabyś się za dobrego, czy złego człowieka?
– Chyba dobrego.
– Ale miałaś złe myśli, czasami sama je prowokowałaś?
– Tak jak wszyscy.
– Widzisz, ja odkąd pamiętam, byłem tym zafascynowany. Jak w naszej podświadomości mogą znajdować się dwie różne osobowości? Jedna dobra, jedna zła. I obie walczą o przejęcie kontroli. I jako doktor, zastanawiam się: czy może to być klucz w zrozumieniu natury zdrowia i choroby? Cóż, przez lata to była tylko osobista teoria, którą trzymałem wyłącznie dla siebie. Ale rok temu coś niesamowitego wydarzyło się, co zmieniło wszystko, tak jakby to było mi pisane.

23:20, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 maja 2010

Kopia MistrzaMuzycznego dokształcania ciąg dalszy, czyli Fraa obejrzała Kopię Mistrza (Copying Beethoven) z 2006 roku, w reżyserii Agnieszki Holland.
I to, co teraz koniecznie musi zrobić, to machnąć sobie porządną terapię filmową, bo o Kopii Mistrza można powiedzieć różne rzeczy, ale rewelacyjne dzieło to to nie jest.

W filmie widz poznaje Annę Holtz (Diane Kruger, można ją kojarzyć na przykład z Bękartów wojny), najlepszą studentkę konserwatorium muzycznego, którą zatrudnia jako kopistkę sam Ludwig van Beethoven (Ed Harris, znany z filmów takich jak Truman Show czy Appaloosa). Maestro ma bardzo trudny charakter, toteż bohaterom nie jest łatwo współpracować, zwłaszcza że Anny nikt nie traktuje poważnie i ludzie biorą ją kolejno za służącą, kucharkę, a nawet prostytutkę, tym niemniej w końcu przywiązują się do siebie. Anna jest powierniczką wszystkich nadziei i rozterek Beethovena i nie potrafi od niego odejść, choć nie raz denerwuje ją chamstwo i prostactwo, które wychodzą z kompozytora.
I mimo że początkowo może się wydawać, iż cała historia będzie kręciła się wokół IX Symfonii, jej ostateczne wykonanie wcale nie zamyka filmu.

Tu należy wspomnieć o kompozycji całej tej produkcji: otwiera ją scena, w której Anna jedzie dyliżansem. W następnej scenie Anna jedzie dyliżansem, ale zaczyna się jej choroba lokomocyjna – przynajmniej tak to wygląda (co to jest w istocie, okaże się później). Ten stan rzeczy trwa jeszcze jakiś czas.
W końcu Anna dociera do mieszkania Beethovena i tam towarzyszy kompozytorowi, gdy ten wydaje ostatnie tchnienie.
Następnie zaczyna się obszerna retrospekcja, w której widz poznaje losy tych dwojga.
I tu Fraa ma pierwsze zastrzeżenie: wygląda na to, że Agnieszka Holland oglądała Amadeusza Formana – to dobrze. To świetny film, warto poświęcić na niego trzy godziny. Tyle tylko, że następnie Agnieszka Holland w Kopii Mistrza mocno inspirowała się Amadeuszem. Widz poznaje mistrza z punktu widzenia Anny, tak jak Mozart był pokazany z perspektywy Salieri'ego. Całość – tak jak w Amadeuszu – jest retrospekcją. Nie aż tak odległą, ale jednak. Na dodatek w jednej z końcowych scen Beethoven, leżąc właściwie na łożu śmierci, dyktuje Annie swoje dzieło, tak jak Mozart dyktował Salieri'emu.
Fraa uważa te podobieństwa za ogromny minus filmu – tak jakby Agnieszka Holland nie miała własnego pomysłu na jakąś ciekawą kompozycję dla całej historii.

W filmie nie ma olśniewających wnętrz ani zapierających dech w piersiach koncertów. Większość akcji rozgrywa się w skromnym, zagraconym mieszkanku Beethovena. Historia, choć dotyczy wielkiego kompozytora, pokazuje zwykłych ludzi z ich namiętnościami i słabostkami. Fraa za tym nie przepada, ale rozumie. Nie rozumie natomiast, dlaczego tak bardzo zmarnowana została scena premiery IX Symfonii.
Trwała chyba około dziesięciu minut – w tym czasie można było pokazać naprawdę imponujące widowisko – tymczasem przez te dziesięć minut kamera przeskakuje z twarzy bardzo natchnionej Anny na twarz natchnionego Beethovena, który łypie na Annę. Czasem pojawi się twarz chórzysty albo którejś z postaci drugoplanowych, zasiadających na widowni. Potem znów twarz Anny. Ręce Anny. Ręka Beethovena. Ręka Anny. Twarz Anny. Twarz Beethovena. Zwrot kamery na twarz starego kopisty Schlemmera, a potem znów ręce Anny. Mijają minuty. I tak w kółko. Zamiast dać się porwać pięknej muzyce, Fraa z nudów zaczynała liczyć włosy w nosie Beethovena i pory na twarzy Anny. Chyba nie chodziło o taki efekt.
Takie zwrócenie uwagi na emocje bohaterów i ich miłość do muzyki podczas tego koncertu byłoby dobre przez chwilę, ale po czwartej minucie to zwyczajnie nuży. Chciałoby się przewinąć, ale z drugiej strony szkoda jednak przewijać IX Symfonię, nad którą bohaterowie pracowali przez całą poprzednią część filmu. Więc człowiek siedzi. I się nudzi. I znowu ręka Anny się kolebie.

Diane Kruger - Anna HoltzW ogóle jeśli chodzi o Annę, to Fraa nie była nią zachwycona. Musiał być ktoś, kto stanowiłby pretekst do pokazania widzowi tej nieznanej, bo bardzo prywatnej strony Beethovena (i nie chodzi tu o pośladki, choć to też...). Tym niemniej Anna była irytująca ze względu na swoją doskonałość. Najlepsza studentka. Kobieta, więc wszyscy z niej początkowo drwią, ale ona jest oczywiście twarda i przekonuje ten muzyczny beton, że kobieta też potrafi. Oczywiście wszyscy ją kochają – nawet Beethoven, który nie cierpi wszystkich innych. No, może za wyjątkiem Karla van Beethovena (Joe Anderson), ale to też nie jest takie oczywiste. Anna ma swoje Wielkie Marzenie, chce być wspaniałą kompozytorką – ciotka, która mogłaby ją najlepiej zrozumieć, doradza jej porzucenie tego celu i pozostanie w klasztorze. Ale Anna jest dzielna. Mimo wszystkich przeciwności, Anna nie rezygnuje. Jest odważna, wytrwała, szczera, uczciwa, dzielna, silna, zna się na węglu (ojciec jest górnikiem na Śląsku), czuła, wrażliwa, no i oczywiście najlepsza studentka... Wady? Nie, wady wieszają się na starych pończochach jak tylko Anna pojawi się na horyzoncie. Aura Anny jest przeciwwadowa. Fraa nie potrafi się przywiązać do tego typu postaci.

Ed Harris - Ludwig van BeethovenCo innego sam Beethoven. Szczerze powiedziawszy gdyby nie on, Fraa chyba nie znalazłaby w tym filmie pozytywów. Kompozytor jest pokazany naprawdę fajnie. Z jednej strony istotnie cham i prostak, który lubi wypić. Wylewa wodę na sąsiadów, przed damą wypina tyłek, publicznie upokarza innych – jeśli poznałoby się kogoś takiego, to rzeczywiście trudno go polubić. Z drugiej strony Beethoven jest szalenie samotny, w dodatku walczy z postępującą głuchotą. Na kawiarce zrobiła ogromne wrażenie scena, w której Beethoven – jako dyrygent – stoi tyłem do widowni, która bije brawo. Rozlegają się oklaski, których Beethoven nie słyszy. To właśnie jest straszne: nie słyszy wiwatów na swoją cześć, nie słyszy tego, co sam skomponował. Może zapisywać muzykę, ale nie może jej usłyszeć, nie może usłyszeć własnego dzieła. Fraa jest zdania, że film naprawdę pięknie to pokazał. No i z trzeciej strony, Beethoven jest artystą – a więc jest w nim wrażliwość i poczucie piękna, mimo że dla postronnych osób kompozytor może wyglądać na gbura.
Fraa nie wie ile w tym zasługi Holland, a ile Eda Harrisa, ale w Kopii Mistrza widać całą złożoność głównego bohatera. Właściwie Fraa jest skłonna twierdzić, że to jednak zasługa Harrisa – w innych filmach też był dobry...
No i wszystkie dobre teksty wychodzą z ust Beethovena.






– Maestro?
– Co ty tutaj robisz? Dlaczego nie jesteś na górze?
– W twoim pokoju są szczury. Duże szczury.
– Tak, odstraszają koty. Nienawidzę kotów.
– Dlaczego?
– Nie wydają dźwięków. Jak długo już tu jesteś?
– Jakieś dwie godziny.
– O mój Boże. Dziś już nie będziemy pracować. Możesz wrócić rano. Zawołam dla ciebie dorożkę. Możesz już jechać do domu. Gdzie mieszkasz?
– Klasztor Świętego Serca.
– Klasztor Świętego Serca! Mieszkasz w klasztorze z zakonnicami?
– Tak.
– Są gorsze niż koty.

19:02, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 maja 2010

Fraa lubi przygody Indiany Jonesa. Nie jakoś fanatycznie, ale lubi. Są dość radośnie przewidywalne, dużo akcji, stare ruiny i rozliczenie z kolejnymi legendami. W sam raz na długie, zimowe wieczory. Ale o ile Indianę Fraa lubi, o tyle wszelkich pociotków z tej kategorii już nie – a więc żaden tam Skarb Narodów, żadna Lara Croft czy... No dobrze, Fraa nie pamięta tytułu, ale był jeszcze taki głupawy serial o jakiejś dzielnej pani archeolog czy nauczycielce... W każdym razie też śmigała po grobowcach i ratowała świat przed zagładą.
Tym niemniej, ponieważ Fraa czuje się blisko związana z instytucją biblioteki, od dłuższego czasu (ściślej ujmując: od momentu, kiedy zobaczyła gdzieś przypadkiem plakat) nosiła się z zamiarem obejrzenia filmu pod chwytliwym tytułem: Bibliotekarz. I chociaż kojarzyło jej się to głównie z:



...to jednak ostatecznie Fraa zrealizowała swój szczwany plan.
Obejrzała.

BibliotekarzNajbardziej przerażające było to, że Fraa się naprawdę świetnie bawiła oglądając film Bibliotekarz: tajemnica włóczni (The Librarian: Quest for the Spear) z roku 2004, w reżyserii Petera Winthera.
Co odróżnia tę produkcję od innych tworów o poszukiwaczach skarbów, to dystans do materiału. Fraa nie wie czy to przez przypadek tak wyszło, czy celowo, ale film sprawiał wrażenie zrobionego z przymrużeniem oka. Poszczególne elementy są tak banalne, tak wpisują się w kanon, że aż przez to robią się zabawne.
Jako pewną odmianę zaś należy poczytywać fakt, że najbardziej komiczną postacią nie jest – tak jak to się zazwyczaj robi – ktoś z drugiego planu, a sam główny bohater. Nie jest to żaden twardy poszukiwacz przygód, ale niepozorny mól książkowy, który ma potężne problemy w relacjach międzyludzkich. Jedyne co robi, to czyta i się uczy. Nauka jest jego jedyną namiętnością. Wyrwany z uniwersytetu jest zagubiony jak pijane dziecko we mgle.

Ale Fraa zaczęła oczywiście od zadka strony.
Po kolei: widz poznaje studenta Flynna Carsena (Noah Wyle, znany być może niektórym z Ostrego Dyżuru), który skończył pierdylion fakultetów i tak właściwie, to wszyscy mają go dość, bo Flynn nie chce przestać studiować, chociaż wszystko co tylko się dało, on już wie. Po dramatycznej przeprawie z wykładowcą, Flynn dostaje zaliczenie z kolejnego fakultetu o pół roku za wcześnie – i zaczyna się trauma, bo bohater nie wie gdzie się podziać. Aż w końcu dostaje ofertę pracy w bibliotece.
Już w rozmowie kwalifikacyjnej objawiają się dwie kwestie:

  • Pracownica biblioteki, która przyjmuje kandydatów na rozmowę, niejaka Charlene, to nikt inny jak Jane Curtin, czyli Mary Margaret Albright z Trzeciej Planety od Słońca. Może to nie ma wielkiego znaczenia, ale Fraa zawsze miała sentyment do tego serialu, a ujrzenie w filmie znajomej twarzy cieszy.
  • Przy Flynnie każdy Sherlock Holmes może się schować. Flynn kosi i miażdży swoją dedukcją i spostrzegawczością. Zresztą ta jego cecha jest zaakcentowana również w późniejszych partiach filmu. Flynnowi wystarczy rzut oka na otoczenie, a opowie obcej osobie historię jej życia, chorób, wymieni liczbę jej potomstwa i określi precyzyjnie szerokość geograficzną, na jakiej akurat się znajdują. Jest to tak naiwne, że aż trudno się do tego przyczepić. Po prostu tak jest i już. Kropka. Przyjmuje się to z uśmiechem.

Kiedy już bohater otrzymuje pracę, okazuje się, że tu nie chodzi o zwykłą bibliotekę. Flynn ma pracować w sali, w której zgromadzone są takie bibeloty, jak prawdziwa Arka Przymierza, święty Graal, Puszka Pandory, jedna trzecia włóczni, którą przebito bok Chrystusa, Excalibur (wraz z głazem, w który jest wbity), a także przedmioty typu jet-pack. Skumulowaniem legendarnych artefaktów przebija więc wszystkie inne tego typu filmy razem wzięte.

Prawdziwa akcja zaczyna się, kiedy Braterstwo Węża (stosownie mroczna i bluźniercza nazwa, gdyby ktoś wątpił, kto w tej bajce jest czarnym charakterem) wykrada część Włóczni Przeznaczenia i wszystko wskazuje na to, że zamierza odnaleźć pozostałe dwa kawałki, żeby – przy pomocy skompletowanego artefaktu – zdobyć władzę nad światem.
Flynn zostaje brutalnie wrzucony w wir zdarzeń i zwiedzi kawał świata, a także dokona rzeczy, które do tej pory uważał za niemożliwe, żeby przeszkodzić Bractwu w osiągnięciu celu. W wyprawie będzie mu towarzyszyć twarda kobitka, Nicole Noone (Sonya Walger). Podział ról jest jasny: Flynn jest mózgiem, Nicole jest mięśniami. Znów: konwencja, drodzy Państwo, „konwencja zobowiązuje”, jak to powiedział Grek Dimitri.

Są zagadki starożytnych ludów, jest klasyczny, rozklekotany most, jest też ścigające bohaterów Bractwo Węża...
Przy finalnej walce warto zauważyć pewną rzecz, która jest zresztą ogólną tendencją w filmach: zazwyczaj po jasnej stronie Szmocy jest jakaś nadzwyczajna kobieta. Po ciemnej stronie wtedy też pojawia się jakaś kobieta i w kulminacyjnej scenie dwie panie poniewierają się gdzieś na uboczu, z dala od panów. Generalnie panowie pań nie biją. To stosunkowo urocze, że – choć widz ma do czynienia z bezlitosną szajką złodziei i morderców – nadal do poturbowania kobiety jest odsyłana samiczka. Jednak pan bijący panią na ekranie ewidentnie stanowi niepożądany widok.

Cóż można więcej powiedzieć o filmie poza tym, że główny bohater w parę minut rozwiązuje zagadki, nad którymi ludzkość głowi się kilka tysięcy lat?
Bibliotekarz: tajemnica włóczni jest doprawdy urokliwym dziełkiem. Świadomym pewnej dozy (no dobrze, całkiem pokaźnej dozy) kiczu, ale zamiast uciekać od tego i wpędzać się w coś poważniejszego, radośnie kroczy prosto w paszczę tandety i przewidywalności, dając widzowi nieco ponad półtorej godziny czystej, niczym nieskrępowanej radochy.

I wiecie co, Państwo?
Fraa zamierza obejrzeć kolejne części, ot co! I się tego nie wstydzi!





– Święty Graal... Rozbiłem Święgo Graala? Rozbiłem Świętego Graala pierwszego dnia pracy?
– Zrobił pan to...? Aby zniszczyć legendę, potrzeba trochę więcej, niż uderzenie w podłogę.

20:29, fraa_farara , Film
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4

Fraacja
Liczydło, a co!