Kategorie: Wszystkie | Film | Gry | Jedną Nogą w Grobie | Kawiarenka | Książka | Mity
RSS

Książka

piątek, 24 września 2010

Dzień dobry.
No Wiedzmin

Dziś Fraa nie zamierza silić się na udawanie, że pisze recenzje. Dziś zagadnienie jest dużo prostsze. Fraa zamierza z grubsza nakreślić Państwu przyczyny, dla których nie lubi twórczości Andrzeja Sapkowskiego.

Od mniej-więcej połowy lat dziewięćdziesiątych trwa szał na Wiedźmina. Fraa nie do końca pamięta początki zawrotnej kariery białowłosego rębajły, ale faktem jest, że kiedy w końcu do niczego nieświadomej kawiarki dotarła fala zachwytów nad sagą, to nie odpuszcza po dziś dzień. Jeśli Fraa w towarzystwie powie, że nie lubi twórczości Sapkowskiego i że nie podoba jej się saga o Wiedźminie, jest na straconej pozycji. Wychodzi na malkontentkę, ignorantkę, że gada, a pewnie wcale nie czytała, tylko tak klepie byleby być na odwrót, że nijak kawiarce nie można dogodzić. Fraa wspominała, że nazywają ją ignorantką?

Cóż... Cały witz polega na tym, że Fraa przeczytała calutką sagę. Aczkolwiek nie tknęła (jeszcze...?) trylogii husyckiej. Do czego zawsze otwarcie się przyznaje, zaznaczając, że swoją wypowiedź odnosi jedynie do Wiedźmina. Jak przeczyta kolejną serię, to może zmieni zdanie. Czas pokaże.

Żeby więc nie doprowadzać do nieporozumień, Fraa przeredaguje temat dzisiejszego wpisu: nie chodzi o to, dlaczego Fraa nie lubi Sapkowskiego, ale o to, dlaczego nie lubi sagi o Wiedźminie autorstwa Sapkowskiego, a więc nie lubi znacznej części dorobku literackiego pana Andrzeja S. (tak, Fraa wie, że taki temat brzmi mało chwytliwie – przecież dlatego w tytule notki dokonała skrótu!).

Fraa nie mówi, że całość jest niezjadliwa. Kawiarka pamięta, że początkowe zbiory opowiadań nawet ją wciągnęły. Był to pewien powiew świeżości w porównaniu z tym, co wcześniej czytała – w porównaniu z podniosłym stylem Tolkiena czy – chyba jeszcze bardziej podniosłym – Alexandre'a Dumasa. Ale w tym momencie Fraa musi zapytać: jak długo można jechać na „powiewie świeżości”? Coś takiego jest dobre na jeden tom, może dwa... Ale nie na pięciotomową sagę! Pod której koniec już chyba nawet autorowi zabrakło pomysłów, bo akcja niemożebnie się wlecze, a jej kosztem w Pani Jeziora można za to do woli usypiać nad opisami cycków sterczących pod prześwitującymi kieckami. Fraa nie ma nic przeciwko tego typu akcentom w literaturze, bądź co bądź nikt nie oczekuje, że Geralt będzie mormonem, ale jednak do tej pory kawiarka myślała, że nie po to przede wszystkim sięga się po powieść fantasy.

Inna rzecz: wykreowany świat. I znów Fraa ma to samo odczucie – że całość powinna zamknąć się w jednym czy dwóch zbiorkach opowiadań, bo dalej to już jest bolesne i dogłębne eksploatowanie jednego pomysłu. A pomysł jest całkiem prosty: wziąć to co ludzie znają, wymieszać z – za przeproszeniem – gównem i zaserwować na nowo mówiąc, że to zupełnie nowa potrawa. No dobrze, cuchnie inaczej, ale to trochę za mało, żeby Fraa zachwyciła się oryginalnością. Dobre jako żart na krótką metę, żeby błysnąć kreatywnością (takie tworzenie czegoś z niczego, krótkie pasożytowanie na dotychczasowym dorobku kulturalnym), ale złe na długi dystans. Wykorzystywanie wciąż tego samego patentu po prostu nudzi.
Na przykład elfy: to co wcześniej kojarzyło się z dobrem i pięknem (zanim zaczęło się kojarzyć z jurnymi młodzieńcami w damskich ciuszkach), w wiedźmińskiej sadze jest brudne, zdziczałe i brutalne. Niektórzy czytelnicy pieją tu z zachwytu, że elfy Sapkowskiego są bardziej realistyczne, takie życiowe. A Fraa twierdzi, że wafla prawda. Dlaczego „realistyczne” musi od razu równać się „złe i paskudne”? Realistyczność wiedźmińskich opowieści jest bardzo, bardzo płaska. Bardzo jednostronna. Sprowadza się głównie do tego, że wszystko co człowiek ceni, w co wierzy i co jest dla niego jakimś ideałem czy symbolem, tak naprawdę stanowi kłamstwo – ładniutkie, ale kłamstwo. Bo istnieje tylko ZUO.
Choć istotnie może to być całkiem atrakcyjne dla dwudziesto- i dwudziestopierwszowiecznych farbowanych nihilistów.

Poza faktem, że czytając którykolwiek tom sagi Fraa ma wrażenie, jakby taplała się w cuchnącym, zatęchłym bagnie, wiedźmiński cykl ma jeszcze jedną cechę, która może być doceniana przez męską część czytelników, ale na pewno nie przez kawiarkę: czarodziejki. Na wszystkich bogów chaosu i kilka pomniejszych bóstw nieładu artystycznego! Tym, co Fraa najlepiej zapamiętała z całej sagi, to kobiece piersi. A naprawdę nie zwracała na nie jakiejś specjalnej uwagi. Same się wszędzie wpychały. A potem Geralt wp... a potem następowało kolejne zawieszenie akcji na kompletnie niepotrzebne elementy, które nijak się miały do fabuły. I kolejne... A później kolejne. Im dalej w las, tym więcej drzew. A akcja toczyła się coraz wolniej i wolniej.

A zwolennikom tezy o nadzwyczajnej oryginalności sagi można delikatnie wskazać jeszcze jedno: smutne wpisanie się w klasyczny, erpegowy kanon fantasy. Przecież Geralt przeżywa kolejne przygody i kompletuje drużynę – jakież to trywialne! Jakież a'la RPG! Drużynę, w której skład wchodzą iście archetypiczni bohaterowie: łuczniczka, rycerz czy bard.

Tak naprawdę, w całej sadze jedynym światełkiem w tunelu jest Regis. Tak, tu Fraa musi przyznać, że istotnie odczuwała do niego sympatię i że jego losy nie były kawiarce obojętne, w przeciwieństwie do losów wszystkich pozostałych postaci. A naprawdę trudno czytać opowieść o przygodach osób, którymi czytelnik nie jest zainteresowany. Jeden bohater na pięć tomów? Ciutek mało.

Poza pisaniem na modłę „wytaplajmy wszystko w szambie, a potem każdy rżnie każdego w każdym tego słowa znaczeniu”, są jeszcze dwa wielkie grzechy, za które co prawda nie odpowiada bezpośrednio Andrzej Sapkowski, ale które bez niego nigdy nie miałyby miejsca, a które wydatnie przyczyniły się do kawiarczej niechęci.

Grzech pierwszy:

Film „Wiedźmin” z roku 2001 w reżyserii Marka Brodzkiego, z drewnianym Michałem Żebrowskim w roli Geralta z Rivii. Jest to chyba najdroższa niskobudżetowa szmira, jaką Fraa miała nieprzyjemność oglądać. Kawiarka widziała animacje domowej roboty z lepszymi efektami specjalnymi, niż „Wiedźmin”. Jeśli do kaszany technicznej dodać kaszaniaste aktorstwo (cóż zrobić, obecnie aktorów polskich Fraa policzyłaby chyba na palcach jednej ręki), otrzymuje się widowisko, które kawiarka wciąż usiłuje wyprzeć z pamięci. Serialu obejrzała chyba ze trzy odcinki i stwierdziła, że dość tego masochizmu.

Grzech drugi:

Gra „Witcher” – tak, tutaj ktoś może stwierdzić, że gra robi międzynarodową karierę, ale cóż z tego? Najwyraźniej jednak nie ma za wiele do zaoferowania, skoro jej twórcy – żeby w ogóle ich produkt był konkurencyjny – musieli uciec się do najprostszego sposobu przyciągnięcia klienteli:

Wiedzmin - karta

Z czegoś to wynika, że inne gry mogą się bez tego obejść, a i tak zbierają pozytywne recenzje.

 

To są główne powody, dla których Fraa nie lubi twórczości Sapkowskiego. Wbrew pozorom, Fraa jest w stanie pogodzić się z myślą, że komuś się to podoba. Może ktoś zwraca uwagę na rzeczy, które umknęły kawiarce, a może na odwrót, a może ktoś istotnie jest nihilistą. Ale Fraa bardzo grzecznie prosi: nie nawracajcie jej Państwo na Jedyną Słuszną Wiarę w Wielkość Prozy Sapkowskiego i nie wmawiajcie, że Sapkowski Wielkim Pisarzem Jest argumentując to, że przecież dużo ludzi go lubi. Fraa już gdzieś chyba wyrażała swoją opinię na temat wartości „zdania większości”.

No właśnie.

 

 

 


„Istnieje tylko Zło i Wielkie Zło, a za nimi oboma, w cieniu, stoi Bardzo Wielkie Zło. Bardzo Wielkie Zło, Geralt, to takie, którego nawet wyobrazić sobie nie możesz, choćbyś myślał, że nic już nie może cię zaskoczyć. I widzisz, Geralt, niekiedy bywa tak, że Bardzo Wielkie Zło chwyci cię za gardło i powie: «Wybieraj, bratku, albo ja, albo tamto, trochę mniejsze».(...) Mniejsze zło istnieje, ale my nie możemy wybierać go sami. To Bardzo Wielkie Zło potrafi nas do takiego wyboru zmusić. Czy tego chcemy, czy nie.”

00:01, fraa_farara , Książka
Link Komentarze (13) »
czwartek, 27 maja 2010

Walery Pisarek - Slownik jezyka niby-polskiegoAutor: Walery Pisarek
Tytuł: Słownik języka niby-polskiego, czyli błędy językowe w prasie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 1978
Wydawca: Zakład Narodowy im. Ossolińskich

 

Fraa domyśla się, że dla przypadkowego obserwatora może to wyglądać idiotycznie: człowiek zaczytujący się w słowniku. Co gorsza, człowiek płaczący ze śmiechu nad tą lekturą! Zaplątać w kaftan z długimi rękawami i czym prędzej oddać pod opiekę miłych panów, którzy umieszczą delikwenta w miękkim, przytulnym pokoiku...
Rzecz w tym, że tym delikwentem była Fraa – i wcale nie czuje się szczególnie niepoczytalna. Nie bardziej niż zwykle. Właściwie czuje się świetnie. Cóż poradzić: ten słownik po prostu jest świetny, lepszy od niejednej pozycji beletrystycznej.



Autor, Walery Pisarek, już na wstępie zaznacza kilka rzeczy: po pierwsze, słownik jest dla ludzi z poczuciem humoru. Nie należy go brać na poważnie, nie jest to pozycja do wykorzystywania w naukowych opracowaniach. Po drugie, autor tłumaczy się ze specyficznego układu słownika: hasła są ułożone wedle błędnych form. I całkiem słusznie – przecież jeśli ktoś zna bezbłędną formę i umiałby znaleźć jakieś słowo czy związek frazeologiczny w jego poprawnej wersji, to nie potrzebowałby żadnego słownika. Po trzecie, sama kwestia języka niby-polskiego: Walery Pisarek zawiera z czytelnikiem umowę, w której błędne formy nie są po prostu niepoprawnymi słowami po polsku, tylko należą do innego języka. Do niby-polskiego. To podejście zresztą jest dość niecodzienne i sprawia, że słownik zaczyna intrygować.

Tyle tytułem wstępu. A zawartość? Bardzo, bardzo ciekawa. Przede wszystkim Fraa dowiedziała się o wielu wyrażeniach, których używała na co dzień, że z tych lub innych powodów są błędne lub przynajmniej niepożądane (przez swoją śmieszność, dwuznaczność czy niedopasowanie do tonu wypowiedzi). Prawdę powiedziawszy, Fraa pewnie nadal ich używa, bo po prostu trudno po jednorazowym przeczytaniu wbić sobie do głowy cały słownik (nawet jeśli jest nieduży – a ten istotnie jest nieduży). Fraa najchętniej kupiłaby sobie egzemplarz do domu, choć prawdopodobnie skończyłoby się to ciężką paranoją, w obliczu której Fraa z drżącymi rękami i rozbieganym wzrokiem sprawdzałaby każde słowo przed zapisaniem go. Może lepiej, że widuje tę książkę tylko w bibliotece...
Kilka przykładów haseł ze słownika:

BEZ RESZTY – po polsku raczej: całkowicie, w pełni, zupełnie. Np.: „Troska o idealną równość, rzecz niby elementarna i szkolna, a jednak nie zawsze udająca się bez reszty (○ w pełni), doszła w tym wykonaniu do perfekcji”. „Pozorny chaos wytwarza nastrój, któremu widownia musi się poddać bez reszty (○ całkowicie) i trwać pod jego urokiem do samego końca”. „Behapowiec odpyskował tak, że bez reszty (○ bez śladu) zlazła z niego urzędowa uprzejmość”.
Wyrażenie bez reszty powstało zapewne pod wpływem niemieckiego wyrazu restlos 'całkowicie, zupełnie'. Używa się go także w jęz. polskim, ale w nieporównywalnie węższym zakresie: zwykle w związkach z czasownikami oddawać się lub poświęcać się czemuś.

Albo:

ICHNIEJSZY – zaimek dzierżawczy odpowiadający polskiemu gwarowemu zaimkowi ichni (w literackiej polszczyźnie ogólnej używa się tylko formy ich). Np.: „Noc mieliśmy spędzić w jakimś ichniejszym (○ ich) Zakopanem”.

Czy też:

ILE BY NIE BYŁO, ILE BY NIE MIAŁ – po polsku: ilekolwiek by było, ile by było; ile by miał. Np.: „Ile by nie było (○ ile by było) zadane, zawsze wszystko odrobił”. „Ile by nie miał (○ ile by miał) pieniędzy, będzie mu mało”.

Jakkolwiek niektóre wyrażenia są dość oczywiste, to jednak część z nich zaskoczyła kawiarkę. Fraa nie wiedziała, że słowo nieudacznik jest zapożyczeniem z rosyjskiego, tak samo jak rusycyzmem jest zwrot przedstawiać sobą kogoś/coś (po polsku po prostu być kimś/czymś) czy żyć w mieście/domu (po polsku: mieszkać); albo że nostalgia w języku polskim oznacza wyłącznie tęsknotę za ojczyzną. Słownik zawiera też wiele form, które drażnią kawiarkę nie od dziś, typu oddziaływujesz zamiast oddziałujesz, przekonywuje zamiast przekonuje, pod rząd zamiast z rzędu (ze specjalnymi pozdrowieniami dla Zięby, która zawsze mi o to marudziła) i wiele innych.

Oczywiście, ponieważ słownik jest z roku 1978, należy wziąć pod uwagę, że część wyrażeń, które Walery Pisarek uważał za błędne, obecnie są już oficjalnie przyjęte. Tym niemniej warto zdać sobie sprawę z tego, co tak naprawdę znaczą używane na co dzień słowa i spróbować stosować je z większą rozwagą. Fraa myśli, że językowi polskiemu na pewno wyjdzie to na dobre.

A już zupełną rewelacją jest zamieszczony na końcu Dodatek: Przeczytajmy to jeszcze raz! – są to urywki z tekstów prasowych z lat 1966 – 1975. Fraa uważa, że dodatek ten powinien być Biblią analizatorów, bo w tym właśnie słowniku Pisarek popełnił prawdopodobnie jedne z pierwszych analiz... może nie blogasków, ale to tylko kwestia czasów, w jakich przyszło zyć profesorowi.
Kilka fragmentów Dodatku (Fraa dla wygody wypisała wybrane cytaty w punktach, ponadto zastąpiła przypisy dolne strzałkami, żeby niepotrzebnie nie rozstrzeliwać tekstu na multum linijek):

  • Jest pewne, że Bolesław Krzywousty zmarł w Sochaczewie i trzymając się relacji Długosza, został przewieziony do Płocka i tam pochowany. → Oczywiście ani Bolesław Krzywousty nie trzymał się relacji Długosza, a ni się jej nie trzymali ci, którzy przewozili zwłoki Bolesława (...).
  • Był złym człowiekiem dla ludzi, zdjęli go z zawiadowcy, zdjęli go z kontrolera, miał trzy kolegia, wszystkie przegrał, więc się teraz już nie czepia. → Albo ów zły człowiek rzeczywiście odczuwał niezdrowy pociąg do kolejarzy, albo należało napisać: … zwolniono go ze stanowiska zawiadowcy...
  • Sam fakt skromnych, a nawet złych warunków bytowania nie warunkuje konieczności popełniania przestępstw. → A więc niektóre warunki warunkują tylko warunkowo.
  • Trudno się więc dziwić, że fakt pobicia młodego człowieka przez kelnera, którego wkrótce potem znaleziono martwego, tak zbulwersował opinię publiczną. → Można by podejrzewać, że to ów młody człowiek zabił kelnera, mszcząc się za pobicie; skądinąd jednak wiemy, że kelner żyje, a młody człowiek zmarł. (…)
  • Trzech młodych mężczyzn po pobiciu swej ofiary zaczęło przeszukiwać mu kieszenie. → A więc to była t e n ofiara!
  • Działanie ich miało charakter chuligański, w wyniku czego sędzia był 7 dni niezdolny do pracy. → Czy liczba dni niezdolności sędziego byłaby niższa czy wyższa, gdyby ich działanie nie miało charakteru chuligańskiego?
  • Dane te wskazują, że nastąpił wzrost nieletnich sprawców przestępstw o 21,9 proc. → Nic dziwnego, że nieletni rosną, ale w tym przypadku chodzi o wzrost liczby przestępstw popełnianych przez nieletnich sprawców.
  • Bliższe zbadanie wisielca wykazało, że nie daje on oznak życia, co i prawidłowe, bowiem jest z papieru. → (…) Tylko w języku niby-polskim wisielec normalnie daje oznaki życia, jeżeli nie jest z papieru.
  • Obyło się na szczęście bez ofiar w ludziach. Ciężkich obrażeń doznał jedynie maszynista pociągu. → Maszynista pociągu – to też człowiek.
  • Samochód z przyczepą przy wykonywaniu skrętu w prawo potrącił kierującego motorowerem m-ki Jawa, który doznał obrażeń ciała, oddalając się w kierunku Kocmyrzowa. → Widocznie obrażenia ciała m o t o r o w e r u nie były zbyt ciężkie, jeżeli się mógł oddalać w kierunku Kocmyrzowa (…).
  • W sądzie w Puławach odbył się proces przeciwko oskarżonym o niedopilnowanie przepisów bhp, w wyniku czego uległ śmiertelnemu wypadkowi pracownik kotłowni. → Czyżby rzeczywiście proces był przyczyną śmiertelnego wypadku?
  • Gdyby objawy zatrucia u Stanisława Wojdyły wystąpiły równocześnie z jego dziećmi, powtórne wezwanie nie nastąpiłoby z tak dużym opóźnieniem. → Widocznie najpierw wystąpiły dzieci, a dopiero później objawy zatrucia.
  • Zajmuje się zresztą nie tylko mieszkańcami oceanów, mórz, wielkich jezior i rzek, ale i czworonogów, a także ptaków. → O ile nam wiadomo, najpospolitszymi mieszkańcami czworonogów i ptaków są pchły.
  • Wtedy konwojenci Zakładów Jajczarsko-Drobiarskich w Lublinie zażądali od spółdzielców łapówki za zaklasyfikowanie ich do wyższej klasy drobiu. → Spółdzielcy jednak łapówki nie dali i teraz pewnie żałują, że ich do wyższej klasy drobiu nie zaliczono.
  • Georg Sand uchodziła za potężny buldożer postępu, który miażdżył bezlitośnie reakcję. → Porównanie kobiety do buldożera brzmi dość ryzykownie, nawet jeśli jest to buldożer postępu.
  • Mamy trupę Grotowskiego, którą znaczącą część koneserów całego świata uważa za szczytowanie w teatralnym orgazmie. → Można tę przenośnię uznać za szczytowanie w językowym orgazmie autora.
  • 15 tysięcy rozwiedzionych małżeństw miało jedno dziecko. → Jedno dziecko na 30 tysięcy osób? (…)
  • Dalsze lata to walka ojca o odzyskanie dziecka, który czterokrotnie porwał syna. → Krótko mówiąc: ojciec chce odzyskać dziecko, a ono mu porywa syna.

Co więcej, na samym końcu Walery Pisarek zamieszcza Ćwiczenia – trzy teksty do „przetłumaczenia” z języka niby-polskiego na polski. Fraa jeszcze się nie podjęła, ale jak opanuje już zawartość słownika, to nie omieszka sięgnąć i do Ćwiczeń.

Fraa po raz pierwszy spotkała się z tym, że słownik można napisać ciekawie i zabawnie. Wydaje jej się, że to stanowi pewien ewenement i dlatego warto zwrócić na niego uwagę. Między innymi dlatego.

23:03, fraa_farara , Książka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 kwietnia 2010

(bez zdjęcia, jako że książka była w bibliotecznej oprawie, czyli przedstawiała sobą jednolicie brązowy prostokąt... Fraa nie ma pojęcia, jak wyglądała oryginalna okładka tej książki)

 

Autor: Herbert George Wells
Tytuł: „Wojna Światów”
Przekład: Henryk Józefowicz
Tytuł oryginału: „The War of the Worlds”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1977
Wydawca: Iskry

 

Po przemiłej lekturze „Wehikułu Czasu”, Fraa radośnie zabrała się za czytanie „Wojny Światów” tegoż autora. I przyznać musi, że była to bardzo słuszna decyzja.
Być może części z Państwa tytuł ten kojarzy się głównie z Tomem Cruise'm i piszczącą dziewczynką z klaustrofobią. Fraa ma jednak nadzieję, że nie, bo to by było dość straszne.
Tak właśnie – najnowsza adaptacja filmowa „Wojny Światów” jest absolutnie straszliwa. Jest tak zła, że nawet nie sięga do dna, żeby zapukać w nie od spodu.
„Wojnę Światów” trzeba przeczytać.

Rzecz w tym, że po raz kolejny jest to historia, która nie przedstawia Bohatera uwikłanego w jakieś wydarzenia i rozprawiającego się z nimi, a przedstawia wydarzenia. Bohater jakiś jest, ale jest nieważny, jest jedynie czymś w rodzaju samobieżnej kamery w rękach czytelnika.
Powieść ma postać relacji czy pamiętnika pewnego wykształconego mężczyzny, który opowiada o tym, jak to był świadkiem ataku Marsjan na Ziemię. Ale – jak już Fraa wspomniała – ten człowiek nie ma wielkiego znaczenia. Wiadomo, że ów inteligent przetrwa tę straszliwą, choć stosunkowo krótką, wojnę, bo przecież trudno, żeby opowiadał tę historię po śmierci, prawda? Wiadomo też, że przeżyje jego brat, bo narrator wspomina, że o swoich perypetiach rzeczony brat opowiedział mu później. W ogóle od początku wiadomo, że ludzkość przetrwała i że Marsjanie ostatecznie przegrali wojnę, bo bardzo szybko pojawiają się wzmianki o późniejszych badaniach, jakie ludzie prowadzili na tym, co pozostało po niebezpiecznych agresorach.
„Wojny Światów” nie czyta się po to, żeby dowiedzieć się co się stanie. Czyta się po to, żeby zobaczyć jak dojdzie do tego, do czego dojdzie.

Bohater nie jest istotny, bo – tak jak w „Wehikule Czasu” – jest to tylko obserwator. Czytelnik widzi Anglię atakowaną przez Marsjan oczami wykształconego mieszkańca niewielkiego miasteczka niedaleko Londynu. Tym samym podczas lektury można poczuć się, jakby było się w środku wydarzeń. To właśnie dlatego Fraa z zapartym tchem czytała, jak to bohater tkwił nieruchomo pod węglem i drewnem w piwnicy zrujnowanego domu, podczas gdy macka Marsjanina pełzała dookoła w poszukiwaniu żywej istoty. A nie dlatego, że była ciekawa, czy bohaterowi uda się wymknąć.

Jest to zresztą podstawowa różnica między książką a filmami. Bo filmy traktują o Wielkich Bohaterach, którzy stawiają czoła straszliwemu zagrożeniu (zagrożeniu, które nawiasem mówiąc w filmach dotknęło cały świat, podczas gdy Wells ograniczył się do Anglii, a właściwie do okolic Londynu). Tymczasem Wells napisał powieść, w której pokazał rozwój nastrojów i zachowań społeczeństwa w obliczu takiego zagrożenia, pokazał też różnice, jakie mogą istnieć między Ziemianami a przybyszami z Kosmosu. Wskazał na uniwersalność pewnych mechanizmów (poszukiwanie przestrzeni do życia, chęć przetrwania gatunku), ale też na to, że – kolokwialnie mówiąc – „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Mimo że wielokrotnie w „Wojnie Światów” pojawia się wzmianka o tym, że Marsjanie byli odrażający, czytelnik znajduje też takie uwagi:

„Zanim osądzimy ich zbyt surowo, przypomnijmy sobie, jak bezlitośnie tępił własny nasz gatunek nie tylko zwierzęta, bizony i ptaki dodo, ale i inne rasy ludzkie, na niższym stojące szczeblu rozwoju. Choćby Tasmańczycy wytępieni doszczętnie w ciągu pięćdziesięciu lat przez przybyszów z Europy. Czyż tacy z nas apostołowie litości, byśmy mieli prawo żalić się na Marsjan postępujących tak samo z nami?”

albo:

„Dla nas sama już myśl o tym jest niewątpliwie odrażająca, sądzę jednak, iż należy równocześnie pamiętać, jak odrażającymi musiałyby wydać się inteligentnemu na przykład królikowi nasze mięsożercze zwyczaje.”

Toteż sucha logika i pewna doza zrozumienia dla Marsjan mieszają się w powieści z przerażeniem i odrazą.

Wells zaprezentował też pewien wachlarz osobowości, z których każda przyjmuje inną postawę podczas tytułowej wojny. Jest więc artylerzysta, który stawia na siłę, rozum i wytrwałość. Który odmalowuje przed oczami narratora wizję świata, w którym ludzie co prawda przegrali bitwę, ale jednak przeżyli; z jednej strony są jak dzikie zwierzęta, żyją w ukryciu, z drugiej jednak nie tracą człowieczeństwa dzięki dbałości o spuściznę intelektualną. Aż w końcu, pewnego dnia może nawet ci ludzie, uśpiwszy czujność Marsjan, zdołaliby nauczyć się obsługi machin najeźdźców?
Fraa zresztą zatrzymała się na dłużej nad rozmową z artylerzystą, jako że wypowiada on naprawdę mądre słowa, jak choćby przy okazji omawiania zachowań ludzi podczas marsjańskiego panowania:

„A kiedy sprawy tak się układają, że ludzie zaczynają odczuwać konieczność działania, zaraz znajdują się słabi albo tacy, co słabną na samą myśl o potrzebie ruszenia mózgiem, i zawsze wykombinują taką religię, co zabrania wszystkiego, górnolotną i głoszącą ufność i pokorę wobec prześladowców i poddanie się woli Stwórcy.”

I inne, przy których Fraa nie mogła powstrzymać radosnego wyszczerza:

„Bo ostatecznie żyć po to, by psuć rodzaj ludzki, to nielojalność.”

czy:

„Silne, mądre kobiety będą także potrzebne – nie żadne lalkowate ślicznotki ze słodkimi ślepkami.”

Inną postacią jest z kolei wikary, którego słaba wiara w żaden sposób nie jest w stanie ocalić przed postępującym szaleństwem i straszliwym losem.
Pojawia się, wspomniany wcześniej, brat narratora. Ten nie dość, że sam walczy o ocalenie, to ratuje również dwie damy z opresji i dba o nie w dalszej podróży. Podróż ta zresztą jest pełna niebezpieczeństw – nie ze względu na Marsjan, ale przez ludzi.
Początkowo obojętni, nawet nastawieni lekko drwiąco do nowinek o Marsjanach, ludzie stopniowo poddają się panice, aż w końcu bohaterowie są świadkami iście dantejskich scen, takich jak wzajemne tratowanie się uciekinierów, morderstwa i rabunki.

„O trzeciej ludzie tłoczyli się i tratowali nawet na ulicach Bishopsgate. O kilkaset jardów od liverpoolskiego dworca strzelano z rewolwerów, kłuto się nożami, a rozwścieczeni policjanci rozbijali pałkami głowy tych, do których ochrony byli przecież powołani.”

Niektórzy ludzie do samego końca nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa – ci stawali się elementami przejmujących epizodów takich jak ten, w którym staruszek z uporem maniaka utrzymuje, że musi zabrać ze sobą skrzynkę z orchideami.

Jednocześnie – obok studiów zachowań ludzkich w obliczu ataku Marsjan, Wells daje fantastyczny pokaz wizjonerstwa. W powieści wydanej po raz pierwszy w 1898 roku opisał laser (Snop Gorąca) oraz wojnę totalną z użyciem gazów trujących (Czarny Opar). Artylerzysta w swojej koncepcji przyszłości opowiada o tym, jak to wśród ludzi – będących już pod panowaniem Marsjan – znajdą się i tacy, którzy będą służyć najeźdźcom, będą wystawiać własnych pobratymców i sprzedawać ich wrogowi dla uzyskania pewnych łask czy specjalnego traktowania. Narrator reaguje na coś takiego oburzeniem, twierdzi, że trudno wyobrazić sobie, żeby istota ludzka dopuściła się tak haniebnych czynów. I jakkolwiek Fraa szczerze i serdecznie nie lubi literatury wojennej i powojennej, to tutaj od razu nasunęło się skojarzenie z całkiem świeżą historią, z łagrami i nie tylko.

Pojawiają się też poruszające obrazy opustoszałego, zniszczonego Londynu. Ziemi porośniętej czerwonymi, marsjańskimi roślinami. Opisy świata, który znalazł się u progu zagłady.

Fraa naprawdę jest zachwycona „Wojną Światów” Wellsa. Adaptacja z 2005 roku okalecza to dzieło właściwie w każdym aspekcie. Wycina niezwykle istotny element narastania strachu, tej gęstniejącej atmosfery. Podczas gdy w książce tajemnicze walce lądują gdzieś na polu, po czym następuje marsz Marsjan na Londyn, a równocześnie ucieczka ludzi, w filmie obcy przywalają prosto w centrum miasta, momentalnie wywołując panikę i tradycyjną, efektowną papkę z Cruise'm na czele. Na czele papki, nie na czele efektowności...

Zdecydowanie warto przeczytać.





„Dno walca odkręcało się od wewnątrz. Widać już było ze dwie stopy lśniącego gwintu. Ktoś popchnął mnie tak silnie, że omal nie spadłem na obracające się dno. Odwróciłem się i w tej właśnie chwili śruba musiała wykręcić się do końca, gdyż dno upadło z brzękiem na piach. Odepchnąłem łokciem napierającego na mnie mężczyznę i znowu zwróciłem wzrok ku jamie. Kolisty otwór walca był przez chwilę całkowicie czarny. Zachodzące słońce raziło prosto w oczy.”

16:48, fraa_farara , Książka
Link Komentarze (4) »
środa, 14 kwietnia 2010

Do tej pory Fraa miała przyjemność oglądać dwa filmy na podstawie książki Herberta George'a Wellsa – jeden z roku 1960 i drugi z 2002. Jakkolwiek początkowo Fraa miała wrażenie, że pierwszy z filmów jest w porządku, a drugi mocno taki sobie, to teraz doszła do wniosku, że oba są raczej gorsze niż lepsze.

Wehikul Czasu - H.G. WellsAutor: Herbert George Wells
Tytuł: „Wehikuł czasu”
Przekład: Feliks Wermiński
Przekład zweryfikował i opracował: Juliusz K. Palczewski
Tytuł oryginału: „The Time Machine”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Wrocław 1985
Wydawca: Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Seria: Biblioteka Narodowa

Fraa była bardzo pozytywnie zaskoczona tą lekturą. I nie chodzi tu o to, że okazało się, iż to malutka książeczka. Choć bez wątpienia to wpłynęło na szybkie przeczytanie, ale nie w tym rzecz. Idzie natomiast o to, że jest bez porównania bardziej przemyślana i – jak to się mówi – skłaniająca do refleksji, niż którakolwiek z ekranizacji.

Przede wszystkim widać wyraźnie, że w książce „Wehikuł czasu” główny bohater, Podróżnik w Czasie, wcale nie jest głównym bohaterem. Jest jedynie obserwatorem, a jego perypetie stanowią tylko pretekst do tego, żeby pokazać pewną możliwość rozwoju społeczeństwa i całej planety. Sam Podróżnik jest właściwie nieistotny. Czytelnik nawet nie przygryza paznokci w napięciu czekając, czy mężczyzna przeżyje swoją przygodę, bo cóż: oczywista, że przeżyje, przecież to on właśnie opowiada swoje losy. Toteż przygryzanie paznokci odbywa się z zupełnie innych powodów: czytelnik czeka w napięciu, co jeszcze tam zobaczył Podróżnik.
Zresztą, świadczy o tym choćby fakt, że Podróżnik nie ma imienia. Inni dżentelmeni też pozostają anonimowi, określani tylko jako Lekarz, Dziennikarz, Bardzo Młody Człowiek i tak dalej. Owszem, kilka nazwisk gdzieś się raz przewija, ale kompletnie nie zostają one w pamięci.
Co innego świat przyszłości, któremu tak naprawdę poświęcona jest książka: tam już nazwy własne występują w normalnym zagęszczeniu. Czytelnik ma Ejolów (w tym uratowaną przez Podróżnika Weenę) oraz Morloków.

Jeśli już Fraa wspomniała Weenę i Ejolów, to musi tutaj nadmienić, że w ogóle nie przypomina to filmów. Ejole są skrajnie niemedialni i gdyby przedstawiać ich w ekranizacjach tak jak wyglądali w oryginale literackim, całość wyglądałaby groteskowo, a Podróżnik miałby dużą szansę zostać posądzonym o pedofilię, co w konsekwencji mogłoby doprowadzić do zdjęcia filmu z ekranów kin. Rzecz w tym, że narrator wielokrotnie podkreśla, iż Ejole zachowują się jak dzieci, ponadto z wyglądu są to istotki bardzo wątłe, mają drobne podbródki, duże oczy i małe usta. Mężczyźni właściwie nie różnią się niczym od kobiet czy dzieci. Dzieci właściwie różnią się tylko tym, że są jeszcze mniejsze.
To nie wyglądałoby poprawnie politycznie na ekranie.

Wątek miłosny w książce jest zresztą bardzo specyficzny. To nie jest banalne, filmowe zakochanie się. Weena przywiązuje się do Podróżnika po tym, jak ten wyratował ją tonącą w rzece. I tak to wygląda: nie tyle romans, co właśnie przywiązanie. Weena jest zapatrzona w Podróżnika, wszędzie z nim drepcze, obrzuca go kwiatami i zawodzi głośno, gdy ten ją zostawi. Podróżnik natomiast jest w jakiś sposób rozczulony jej niewinnością i niezwykłym urokiem, więc w końcu też się przywiązuje do swojej małej Weeny. Trudno powiedzieć tak naprawdę ile w tym romansu, ile ojcowskich uczuć, a ile zwykłego „jestem mężczyzną, muszę bronić słabszej, kruchej istotki, ugh”. Fraa zresztą miała przy tej okazji pewną wątpliwość, jako że narrator mówi w którymś momencie:

„Zawsze wydawała mi się więcej człowiekiem, niż była w istocie – może dlatego właśnie, że przywiązała się do mnie tak po człowieczemu.”

Fraa z kolei wcale nie uważa, żeby to było przywiązanie szczególnie człowiecze. Biorąc pod uwagę różnice kulturowe, barierę językową i rozbieżności w samej budowie fizycznej, przypomina to po prostu wiernego szczeniaka i jego pana. Taki szczeniak przecież też wyje i piszczy pod drzwiami, jak pan sobie pójdzie. I też chodzi za nim krok w krok. Możliwość porozumienia się z takim psiakiem nie są też dużo uboższe, niż możliwość nawiązania dialogu Podróżnika z Weeną. Sam Podróżnik zresztą wyraża się o tym romansie w ten sposób:

„Powiedziałem sobie, że nie po to dostałem się w przyszłość, aby prowadzić miniaturowy flirt.”

 

Nie ma w książce tak ewidentnej dysproporcji, jaka jest w filmach: że Ejole to wspaniali ludzie, a Morlokowie to potwory. U Wellsa owszem, jedni są śliczni, drudzy paskudni, ale obie rasy w równym stopniu są odczłowieczone, obce, ale jednocześnie ludzkie. 

Nadzwyczaj ciekawe jest śledzenie tego, jak narrator ocenia tę obcą cywilizację – mieszają się w tej ocenie poczucie niezrozumienia, zachwyt, rozczarowanie i zaskoczenie. Fraa najbardziej ceni jednak to, że zaproponowana przez Wellsa koncepcja przyszłych losów ludzkości jest całkiem logiczna i przekonująca, właściwie Fraa sama jakiś czas temu dochodziła do podobnych wniosków w tym temacie. Że rozwój cywilizacyjny w konsekwencji może doprowadzić do osłabienia człowieka, do jego bezbronności. Zresztą, nie jest to żaden bardzo świeży pomysł. O tym, że warunki życia kształtują budowę fizyczną i charakter całych narodów, pisał już Herodot w „Dziejach” czy Hekatajos w dziele „O wiatrach, wodach, miejscach”.

Pod koniec podróży narratora czytelnik może zobaczyć czasy jeszcze późniejsze – już nie rok 802 701, tylko czas, kiedy Ziemia przestaje krążyć dookoła Słońca, a Słońce wchłania kolejne planety. Są to krótkie migawki, gdyż Podróżnik szybko opuszcza te ostatnie chwile Ziemi, ale jednak są to obrazki w jakiś sposób przejmujące ze względu na wszechobecną ciszę, martwotę. Czytelnik czuje, że oto jest świadkiem agonii macierzystej planety.

Ponadto całość jest napisana lekko i przyjemnie, nie bez humoru. Pierwszoosobowa narracja sprawia, że czytelnik zagłębia się całkowicie w opisywany świat, patrząc na niego oczami Podróżnika. Podróżnik niejako „nie zasłania” tej krainy przyszłości, tak jak by to miało miejsce przy narracji trzecioosobowej.

Co do samego wydania, to – zgodnie ze starą, chlubną tradycją BN – jest to kawałek solidnej roboty. Obszerny wstęp pozwala bliżej zapoznać się z tematem i wyciągnąć parę wartościowych informacji (jak ktoś chce, może czytać wstęp po lekturze samego „Wehikułu Czasu”, bo znajduje się w tym wstępie parę spoilerów), a także parę ciekawostek, jak chociażby wzajemne oceny Verne'a i Wellsa czy to, że sam Wells przyznał, iż gdyby przyszedł do niego ktoś z takim dziełem, jakim była pierwsza wersja „Wehikułu...”, czyli „The Chronic Argonauts”, to Wells osobiście podziękowałby delikwentowi za współpracę i odradził zajmowanie się pisaniem.
Innym pozytywem wydania są przypisy – chodzi konkretnie o przypisy przy jednostkach miar, jako że o ile jeszcze cal jest jasny, o tyle stopa, jard czy mila już niekoniecznie.
Oczywiście nie obeszło się bez błędów: pod koniec rozdziału szóstego na przykład brakuje jednej linijki tekstu:

„(...) Kilka jardów nieludzko

walczyłem z omdleniem, kilka razy zakręciło mi się w głowie,

 

się jakoś z czeluści studni i wywlokłem poza obręb zwalisk

na oślepiające słońce.”

 

W jednym Fraa musi zgodzić się z Verne'm: u Wellsa mało jest technicznych konkretów, a zdecydowanie więcej czystej fantazji.
Sama maszyna do podróżowania w czasie jest opisana bardzo skromnie, Fraa bardziej sobie wizualizowała wehikuł na podstawie filmów, niż tekstu. Pozostawiło to pewien niedosyt, to prawda.

W każdym razie Fraa jest bardzo zadowolona z tej lektury i poleca ją z pełną świadomością. Zwłaszcza tym, którzy widzieli film. Bo warto zobaczyć, jak to naprawdę wygląda.





„Widząc dobrobyt i bezpieczeństwo, w którym żył ten lud, zrozumiałem, że podobieństwo płci będzie ostatecznie tym, czego należy oczekiwać, bowiem siła mężczyzny i miękkość kobiety, instytucja rodziny i różnica zawodów są tylko konieczną potrzebą wojowniczego wieku siły fizycznej. Gdy przyrost ludności jest wyrównany i liczebnie obfity, wysoka liczba urodzeń staje się raczej klęską niż błogosławieństwem państwa. Kiedy klęski są rzadkością, a potomstwo żyje bezpiecznie, mniej potrzebna, a nawet zupełnie niepotrzebna staje się liczna rodzina. Znika też wśród obojga płci podział funkcji w związku z wychowaniem dzieci. Początki tego widzimy już nawet w naszych czasach, a w owych przyszłych wiekach taki stan rzeczy zupełnie się już ustali. Tak wówczas, powiadam wam, myślałem sobie. Później dopiero przekonałem się, jak dalece mijało się to z rzeczywistością.”

08:02, fraa_farara , Książka
Link Komentarze (5) »
piątek, 09 kwietnia 2010

Tak, Fraa najwyraźniej ma fazę na poradniki, bo znów książka o tym, jak coś robić: tym razem – jak rysować postacie fantasy. Lekturę tę Fraa pozyskała razem z tą o nieumarłych, więc najprawdopodobniej nie uniknie porównań.

Lekcje rysowania i malowania fantasy - CowanAutor: Finlay Cowan
Tytuł: „Lekcje rysowania i malowania fantasy: grafika komputerowa”
Przekład: Ewa Romkowska
Tytuł oryginału: „Drawing & Painting Fantasy Figures”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2007
Wydawca: Arkady

Pierwsza rzecz, jaka się nasuwa, to tytuł książki. Nie wiedzieć czemu, polski tytuł zawiera człon „grafika komputerowa”, tak jakby to właśnie o tym traktowała ta pozycja. Co jest jak najbardziej mylące, ponieważ książka dotyka zarówno kwestii grafiki komputerowej (no oczywiście, nikt nie twierdzi, że tego tam w ogóle nie ma), jak i ołówka czy farb. Zresztą, w oryginalnym tytule przecież nie ma mowy o grafice komputerowej.

Zaczyna się oczywiście tak, jak musi się zaczynać: wstępnymi informacjami o inspiracjach, o narzędziach, co to ołówek i tak dalej. Jest też rozdział „Rozrysowywanie kadrów”, dotyczący – jak łatwo się domyślić – zasad tworzenia komiksów.

Po tym zbiorze podstawowych wiadomości, zaczyna się zasadnicza część książki. Czyli na początek: rysowanie twarzy bohaterów. Fraa ma w nosie, czy są to bohaterowie fantasy czy nie – acz fakt faktem, instrukcja obsługi do rysowania ludzkiej twarzy zawsze się przyda. Chociaż jeśli idzie o mimikę, to Fraa ma poważne wątpliwości.

 

niepokoj podejrzliwosc

Obrazek po lewej jest w książce określony jako niepokój, a po prawej – podejrzliwość. Fraa kompletnie się z tym nie zgadza, no ale to nie miejsce na dokładniejsze roztrząsanie, które elementy twarzy pasują do jakich emocji.

Kolejnym pożytecznym elementem są mechanizmy rysowania sylwetek. Znów: raczej uniwersalne zasady, a ich „fantastyczność” można sobie w buty schować. Ale też Fraa potrzebuje również uniwersalnych zasad – przecież w fantastyce człowiek to człowiek, rysuje się dokładnie tak samo jak niefantastycznego człowieka. W książce znajduje się schematyczny układ mięśni, porada jak sobie radzić z ruchami postaci czy z perspektywą. Czyli całkiem sensowne kwestie.

Kolejny rozdział traktuje o bohaterkach – tutaj znalazł się dodatkowy podrozdział, poświęcony ozdobom.

Fraa była nieco zaskoczona oddzielnym rozdziałem o czarodziejach – bo dlaczego na przykład twarz czarodzieja miałoby się rysować inaczej niż twarz innego bohatera? Ten podział Fraa uznała za dość absurdalny, ale nie szkodzi – więcej twarzy i więcej schematów. Tyle tylko, że równie dobrze mogłoby się to wszystko pojawić dwa rozdziały wcześniej.
Fajną rzeczą za to jest mała instrukcja rysowania takich elementów jak błyskawice czy kłęby dymu.

Przy smokach też jest kilka kwestii, które Fraa uznała za całkiem przydatne: schemat jak można zacząć rysowanie zwierzaka (Fraa zawsze jechała po prostu od łba do ogona, bez zabawy w jakieś parę kresek na początku – zresztą tego typu wskazówki znajdują się również w kolejnych rozdziałach dotyczących rozmaitych innych bestii oraz istot człekokształtnych), i jak rysować łuski (Fraa co prawda ma książkę dotyczącą rysowania zwierząt, ale składa się ona głównie z gotowych szkiców, a tutaj jest instrukcja dla debila „krok po kroku”).

Dodatkowo całkiem ciekawym rozdziałem jest ten poświęcony dodatkom, takim jak broń, totemy czy ornamenty. Niby nic specjalnego i jeśli ktoś chciałby się tym kierować przy rysowaniu, to wyszedłby mu straszny banał, ale przynajmniej rozdział ten pokazuje sam fakt, że istnieją takie elementy i że należałoby się nimi zainteresować.

Jest jeszcze jeden rozdział, który Fraa uważa za cenny: dotyczy on perspektywy i skali. Kolejna rzecz, którą można wykorzystać w rozmaitych wcale nie fantastycznych rysunkach, a z którą Fraa troszkę sobie nie radzi.

Ostatnia część książki dotyczy malowania flamastrami, farbami oraz robienia użytku z komputera.

A więc po raz kolejny: jest to książka dla początkujących, gdzie od A do Z opisano jak powinny być rysowane niektóre rzeczy. Jej wadą jest to, że jeśli ktoś miałby się z niej rzeczywiście uczyć, to jego twórczość wpadnie w okropny banał. „Lekcje rysowania i malowania fantasy” podsuwa gotowe archetypy i wskazówki, jak powinien wyglądać zły mag, jak szalony mag, jak barbarzyńca, a jak elf.
Kolejnym mankamentem, choć tu oczywiście jest to niewątpliwa kwestia gustu, jest sam autor. O ile galeria Keith Thompson naprawdę robi wrażenie, a jej grafiki są dopracowane, ciekawe i zapadające w pamięć, o tyle rysunki Finlay'a Cowana są – szczerze mówiąc – raczej nieciekawe. Właśnie banalne.

Tym niemniej książkę można wykorzystać do tworzenia wizerunków ludzi, zwierząt i krajobrazów.




„Popyt na ilustratorów fantasy nie maleje od dziesięcioleci, a ostatnie osiągnięcia grafiki komputerowej sprawiły, że jeszcze wzrósł, jako że Hollywood wykorzystuje możliwości sztuki cyfrowej do produkcji coraz bardziej widowiskowych i dopracowanych efektów specjalnych. Ilustratorzy zatrudniani są dziś do najrozmaitszych prac w wielu dziedzinach, od projektowania okładek do książek i rysowania komiksów do tworzenia różnego rodzaju projektów dla filmu.”

14:04, fraa_farara , Książka
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 kwietnia 2010

Fraa zawsze wychodziła z założenia, że książki do rysowania na przykład stworów fantasy to pieniądze wyrzucone w błoto. Bo czego może nauczyć taka książka? Że jak szkielet będzie miał wysuniętą lewą nogę do przodu, to będzie groźnie i mrocznie, a w ogóle, to bestia powinna mieć zapadniętą klatkę piersiową, wtedy sprawia wrażenie bardziej zabiedzonej i przez to agresywnej? Przecież jeśli Fraa chciałaby namalować czy narysować potwora, to wystarczy zwykła książka ze szczegółami anatomicznymi (albo nawet ze zwykłymi ilustracjami) ludzi i zwierząt – wystarczy ździebko wyobraźni i już każdy średnio inteligentny człowiek sam sobie wymyśli, jak co ułożyć, żeby wywoływało jakieś konkretne odczucia.

W końcu jednak Fraa dostała w swoje chciwe ręce książkę o rysowaniu nieumarłych, więc postanowiła podzielić się wrażeniami.

Lekcje rysowania i malowania - NieumarliAutor: Keith Thompson
Tytuł: „Lekcje rysowania i malowania: Nieumarli”
Przekład: Maciej Nowak-Kreyer
Tytuł oryginału: „Drawing and Painting the Undead”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2008
Wydawca: Arkady



Książka niewątpliwie jest przystępna dla osób bardzo początkujących i bardzo bez wyobraźni: znajduje się tam nawet obszerny rozdział o tym, skąd czerpać inspiracje (że z mitologii, że ze średniowiecza, że ze studiowania anatomii i tak dalej). Fraa była tym trochę zaskoczona, bo Fraa nie zna nikogo, u kogo chęć narysowania umarlaka narodziłaby się wedle mechanizmu: „O! Chcę narysować nieumarłego!”„Skąd by tu wziąć pomysł...? Co by tu narysować...?”. Raczej Fraa myślała zawsze, że to działa w tę stronę: „O! Jaki świetny pomysł by to był, jak to by super wyglądało!”„Ha! Narysuję to... tylko jak...?”. Najwyraźniej jednak Fraa się myliła. Jeśli ktoś najpierw wymyśla, że chce coś narysować, a później zaczyna się zastanawiać nad tym, co to właściwie miałoby być (śmierć z kosą czy może Meduza z wężowymi włosami), to w książce „Nieumarli” znajdzie rozdział dla siebie.

Fraa z większym zainteresowaniem zaczęła czytać rozdział „Techniki tradycyjne”, ponieważ nie było tam już aż takich oczywistości, a bardziej praktyczne wskazówki dotyczące narzędzi i miejsca pracy. Choć i tak znalazły się w tym rozdziale takie kwiatki, jak „Ołówki występują w wersji tradycyjnej lub automatycznej (z wymiennymi grafitami).” – jak Fraa mówiła: książka nada się dla osób bardzo, bardzo początkujących i nierozgarniętych.
Ale na szczęście zostały też poruszone bardziej sensowne kwestie, jak na przykład twardość podłoża, na którym się rysuje – prawdę powiedziawszy, Fraa nigdy nie przywiązywała do tego wagi, a teraz musi to przemyśleć.
Dalej czytelnik znajdzie rozdziały „Techniki cyfrowe”, „Prowadzenie szkicownika” oraz „Rozwijanie koncepcji” – niby wiele odkrywczych kwestii tam nie ma, ale jednak rozdziały te pozwalają człowiekowi uświadomić sobie rzeczy, które i tak od dawna wiedział.

Rzeczą, którą Fraa uznała za bardzo dla siebie pożyteczną, jest rozdział „Lekcja anatomii” – w końcu Fraa ma zarówno kilka rycin przedstawiających szkielet ludzki oraz układ mięśni, jak i podane źródło, gdzie jeszcze szukać tego typu ilustracji. A Fraa musi przyznać, że z tym akurat zawsze miała kłopot. To samo dotyczy proporcji ludzkiego ciała – Fraa oczywiście pi razy oko wie, jak to powinno wyglądać, ale zawsze brakowało jej konkretów w postaci liczb. Bo wciąż nie jest przekonana do proporcji zalecanych przez starożytnych, bo one się też zmieniały.

Kolejne rozdziały to „Studia rozkładu” oraz – szczególnie ciekawe - „Pozy postaci”: te ostatnie pozwalają w końcu uporać się z problemem w stylu „właściwie to miał być pochylony do przodu, nie moja wina, że wygląda jak karzeł”. Na szkicach wyraźnie widać, co jak się zgina i jak należy tego typu elementy rysować. W rozdziale „Ucieleśnianie” zostało wyjaśnione, dlaczego i po co należy najpierw naszkicować sobie postać ze wszystkich stron. I znów: jest to zasada, którą przecież można odnieść do rysowania w ogóle, a nie tylko do nieumarłych. Jak zresztą bardzo dużą część porad z tej książki.

Na swój sposób przekomiczny jest rozdział „Tworzenie atmosfery”, gdzie pod konkretnymi przedstawieniami postaci oświetlonej z różnych stron znajdują się podpisy „Dramatyczne”, „Surrealistyczne”, „Neutralne” oraz „Upiorne” – Fraa w tym momencie uśmiechnęła się z politowaniem i neutralnie, może nieco surrealistycznie, bo wskazówki w tym stylu uważała zawsze za głupotę. Fraa żyje w cudownym świecie marzeń, w którym rysownik naprawdę potrafi sam sobie wymyślić, jaka poza i jakie oświetlenie sprawi, że dzieło będzie wzbudzać grozę lub rozbawienie. To samo dotyczy kolejnego rozdziału, „Poruszająca sceneria” oraz „Drobne szczegóły”, chociaż w przypadku tego ostatniego istotnie Fraa wyłowiła kilka elementów, na które wcześniej nie zwracała uwagi i pamięć o których przyda się na przyszłość.

Z czysto ciekawskiego punktu widzenia, Fraa z zainteresowaniem przeczytała/obejrzała rozdział „Artysta przy pracy”, w którym przedstawiono kolejne etapy od szkicu i od rycin oraz zdjęć, które stanowiły inspirację, po ostateczną ilustrację.

Powracajacy SkaldA potem zaczyna się obszerna część „Katakumby”, a w niej trzy rozdziały: „Na wpół żywi”, „Ożywieńcy” oraz „Niematerialni”. Co prawda byłoby bardzo źle, gdyby rysownik rysował wyłącznie takie stwory, bazując tylko na tej jednej książeczce, ale naprawdę pewne elementy przedstawionych istot, niektóre koncepcje są naprawdę fajne. Galeria jest całkiem obszerna i takie stworzenia jak Antropofag, Wieczny Biczownik, naprawdę świetna Nekromantka, Powracający Skald (coś, co Fraa szczególnie polubiła) czy Kolekta – to kreatury, o których Fraa za bardzo wcześniej nie słyszała, a teraz ma możliwość poszerzenia nieco horyzontów i nowe pomysły.

Podsumowując: Fraa nie ukrywa, że książka jest przeznaczona głównie dla początkujących, którym trzeba po kolei wyjaśnić co to ołówek, do czego służy gumka (do wycierania, paskudy Wy!) i skąd brać pomysły. Obok tego jednak w „Nieumarłych” można wyłowić naprawdę fajne sugestie i pomysły, które na pewno będą wartościowe dla kogoś, kto co prawda wie co to ołówek, ale nadal zmagają się z rozmaitymi problemami – takimi bardziej podstawowymi, niż „Niepokoi mnie ta plama w prawym górnym rogu... Wydaje mi się, że światło padające w ten sposób może odciągać uwagę od pagonów nieumarłego na pierwszym planie, chyba z tego zrezygnuję”.

Wydanie jest estetyczne, a przeglądanie daje sporo frajdy. Warto zapoznać się z książką choćby dla świetnych ilustracji Keith Thompson, jak również innych artystów.



„Iskra życia”, ryc. Paul Gerrard:

Spark of Life


„Te pradawne stworzenia od zamierzchłych czasów żyją w symbiozie z otaczającymi je bagnami. Chociaż mokradła dawno już uległy zatruciu i zniszczeniu, owe archaiczne istoty zachowały gdzieś w głębi swych ciał esencję życia, bowiem od tego zależy przetrwanie ich krainy. Jeśli umrą, wraz z nimi umrze cała przyroda. Tym rdzennym mieszkańcom zabrakło energii dla nich samych – mają jej tylko tyle, by podtrzymywać istnienie swych bagien”

13:41, fraa_farara , Książka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 kwietnia 2010

Fraa miała kilka podejść do tej książki i jakoś się rozbijało o czas, o „ee tam, czego można się dowiedzieć z pisania o pisaniu?” i o najzwyczajniejsze lenistwo. Jednak ponad pięć godzin w pociągu działa cuda i Fraa w końcu przeczytała tę pozycję do końca.

Jak pisac. Pamietnik rzemieslnikaAutor: Stephen King
Tytuł: „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”
Przekład: Paulina Braiter
Tytuł oryginału: „On Writing: a Memoir of the Craft”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2008
Wydawca: Prószyński i S-ka

O dziwo, po tej lekturze Fraa stwierdziła, że istotnie było warto.

Książka ta nie jest prostą instrukcją obsługi w stylu „opisy postaci wplataj przy okazji dialogów, na opisy krajobrazów zużywaj najwyżej cztery zdania za jednym razem, Twoja powieść powinna zmieścić się w ośmiu rozdziałach, dodaj scenę seksu na trzy strony i dwa szybkie, czarne samochody”. To raczej zbiór refleksji, wspomnienie rozmaitych doświadczeń, które sprawiły, że Stephen King został pisarzem. Autor nie pisze, jak czytelnik ma pracować. Pisze jedynie, jak on pracuje/pracował i jaka metoda u niego się sprawdziła.
Oprócz członu „Jak pisać”, duże znaczenie ma człon „Pamiętnik rzemieślnika”. W istocie, elementy autobiograficzne zajmują znaczną część książki. Zresztą, autobiografią jest cały pierwszy rozdział („Życiorys”), czyli jakaś jedna trzecia całości. I wbrew pozorom, nie należy go ignorować i przechodzić od razu do rozdziału „Jak pisać”. Bo w „Życiorysie” kryje się naprawdę ciekawa opowieść o wytrwałości i pokonywaniu przeciwności, jak również czytelnik przy tej okazji może sobie w pełni uświadomić, że nawet jeśli ktoś „wielkim pisarzem jest”, to nadal jest przecież zwykłym człowiekiem, nie urodził się z zarezerwowanymi rubrykami w czasopismach ani z gwarancją publikacji.

Tym niemniej Fraa traktuje rozdział „Życiorys” jako wstęp. A dopiero potem Stephen King przechodzi do meritum.
Zaczyna od krótkiego wykazania, że pisanie jest telepatią (krótki rozdzialik „Czym jest pisanie”) – na początek brzmi to nieco patetycznie, ale naprawdę autor całkiem sensownie to wyjaśnia, ukazując jednocześnie prozaiczność oraz magię tego stwierdzenia.

Kolejny rozdział, „Skrzynka z narzędziami”, to pewien prosty schemat, wedle którego pisarz powinien mieć swoją „skrzynkę”, a w niej – odpowiednio posegregowane – narzędzia, takie jak słownictwo, gramatykę, środki stylistyczne i tak dalej. Tu z kolei czytelnik (w razie gdyby już zapomniał) może sobie przypomnieć, że nie ma w tej książce mowy o pisaniu jako o ekstatycznych, natchnionych chwilach iluminacji, w których skończony analfabeta tworzy swoje wiekopomne dzieło. W książce podkreśla się, że pisanie to – oprócz pasji i radości – po prostu praca. I jak każdy rzemieślnik, pisarz do swojej pracy potrzebuje narzędzi.
Szczególnie radośnie Fraa przyjęła ten fragment:

„Obok słownictwa na najwyższej półce skrzynki z narzędziami winna znaleźć się także gramatyka. I, proszę, tylko bez dramatycznych jęków i okrzyków, że nie rozumiecie gramatyki, nigdy jej nie rozumieliście, oblaliście gramatykę w szkole, że pisanie to świetna zabawa, ale gramatyka jest koszmarem. (…)
Poza tym... Do diabła, jeśli potraficie spamiętać wszystkie dodatki pasujące do najlepszej kreacji, zawartość torebki, skład podstawowy drużyny New York Yankees albo Houston Oilers oraz to, jaka wytwórnia wypuściła „Hang on Sloopy” The McCoys, zapamiętacie też różnicę pomiędzy spójnikiem (łączy części zdania lub różne zdania) a partykułą (zmienia bądź wzmacnia sens wypowiedzi)!”

Otóż to! Święte słowa!
Tak samo ciekawe są – pojawiające się co jakiś czas – reguły, typu ta stworzona przez Williama Strunka: „Jeśli autor nie jest pewien, że postępuje słusznie, powinien raczej trzymać się reguł”.
Pewne zasady Fraa musi oczywiście jeszcze przemyśleć, ponieważ po pierwsze: nie wie do końca na ile są one uniwersalne, a na ile do użycia jedynie kiedy mowa o języku angielskim; po drugie: w ogóle nie wie, czy aby to nie jest jakaś fanaberia Kinga... Chociaż uzasadnienia tych reguł zazwyczaj są całkiem sensowne.

Poza tym, Stephen King używa naprawdę prostych i obrazowych przykładów oraz porównań, dzięki którym nawet naprawdę ograniczony czytelnik może zrozumieć o co chodzi.
Podkreśla wielokrotnie, że pisarz musi dużo czytać i dużo pisać. Ćwiczyć. „Czytanie to twórcza podstawa życia pisarza”.

W książce „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” czytelnik może znaleźć sporo naprawdę wartych przemyślenia sugestii, które oczywiście nie są jedynymi słusznymi metodami czy zasadami, ale na pewno nie są tak do końca głupie. I mówi to Fraa, która tak naprawdę wcale nie przepada za twórczością Kinga. Fraa woli Poe'go, Lovecrafta i Tolkiena. Wskazówki Kinga nie uczynią z nikogo Wielkiego Pisarza, ale może skłonią do refleksji. Nawet jeśli potencjalny grafom... pisarz zechce zrobić inaczej, niż to podpowiada Stephen King, przynajmniej będzie to już w jakiś sposób świadoma decyzja, a nie dzieło przypadku.

Innym ogromnym atutem tej pozycji jest humor. Stephen King naprawdę napisał lekką i przyjemną książkę, chociaż temat jest całkiem na serio. Barwne anegdoty, autobiografia, czy nieprzeciętne porównania sprawiają, że lektura jest bardzo przyjemna i Fraa nie raz parskała zduszonym śmiechem w pociągu.

A teraz Fraa idzie sobie, coby przemyśleć tę książkę. I się ustosunkować do poszczególnych postulatów. Acz, jeśli Fraa może coś zasugerować od siebie, to warto później o kwestiach zawartych w „Jak pisać...” pogadać z kimś o zbliżonych zainteresowaniach. Nie za dużo (bo może jednak zamiast rozmawiać o pisaniu, lepiej po prostu pisać), ale chyba warto.





„Tylko Bogu udaje się wszystko za pierwszym razem, a jedynie śmierdzący leń mówi «nie szkodzi, zostawmy to, po to są korektorzy».”

21:03, fraa_farara , Książka
Link Komentarze (6) »
piątek, 02 kwietnia 2010

Zazwyczaj tak jakoś się układa, że części drugie są słabsze od części pierwszych. A jednak Fraa została tym razem bardzo pozytywnie zaskoczona, jako że spotkała się z dokładnie odwrotną sytuacją: tom drugi okazał się bez porównania lepszy od tomu pierwszego.

Wielka ksiega horroru - t. 2Tytuł: „Wielka Księga Horroru” (tom drugi)
Przekład: Marta Kisiel
Tytuł oryginału: „The Mammoth Book of Best New Horror”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Lublin 2010
Wydawca: Fabryka Słów
Seria: Obca Krew

 

Tym razem w skład tomu wchodzą opowiadania:

    • Don Tumasonis – „Rzucony”
  • Caitlin R. Kiernan - „Wszystkie domy zniknęły, zalało je morze”
  • David Morrell - „One”
  • F. Gwynplaine MacIntyre - „Mechaniczny horror”
  • Richard Christian Matheson - „Szafki”
  • Geoff Ryman - „Piękna córka Pol Pota”
  • Glen Hirshberg - „Uśmiech diabła”
  • Kim Newman - „Człowiek, który wysiadł z Pociągu Duchów”

 

Wnikliwy czytelnik łatwo może zauważyć, że jest tutaj bez porównania mniej tytułów, niż w pierwszym tomie, gdzie było ich bodaj szesnaście. Wyjaśnienie tej tajemnicy kryje się w ostatnim opowiadaniu, które zajmuje ponad sto trzydzieści stron tomu.

 

Co prawda lektura nie zapowiadała się aż tak dobrze, bo pierwszy tekst, „Rzucony”, sprawiał wrażenie mieszczącego się w granicach przeciętności tomu pierwszego. Fraa już wątpiła przez chwilę, że to ona jest jakaś ograniczona i nie doceniła tego opowiadania, ale jej zdanie na szczęście potwierdził niezależny czytelnik, który po pierwsze uznał, że mu się to zwyczajnie nie podobało, a po drugie stwierdził, że zakończenie było jakieś dziwne i w sumie nie bardzo zakumał o co chodzi.

Fraa ma mniej-więcej takie same odczucia. Plus naprawdę nie może zrozumieć, jakie znaczenie dla rozwoju fabuły miała bardzo rozwlekle opisana scena aktu miłosnego pary bohaterów. Sprawiało to troszkę wrażenie, jakby autor po prostu napawał się tym, jak wspaniale potrafi coś takiego opisać. Fraa nie wie czy autor potrafi, a jego misterny pisarski kunszt zniweczył tłumacz, czy może w oryginale też tak było, ale przy sformułowaniu „falujące pośladki” Fraa niestety posmarkała się ze śmiechu, wizualizując sobie dwa półdupki falujące niczym słabo naciągnięte żagle na wietrze. Z kolei przy dramatycznym opisie kur wkopanych w błoto po powodzi Fraa parsknęła śmiechem, bo przed oczami ukazało się jej błotniste pustkowie z kurzymi kuprami sterczącymi dumnie jak nać pietruszki. Zdecydowanie tego typu akcenty zburzyły nastrój opowiadania. Jedyny pozytyw całego tekstu to słowa:

„Grecy prędzej by padli trupem, niż przyznali, że czegoś nie wiedzą, bez względu na to, jak bardzo nie mieli o tym pojęcia.” - Fraa uważa, że jest to uwaga nadzwyczaj urokliwa i, co więcej, może nawet trafna.

 

Ale już drugie opowiadanie jest o wiele lepsze: wciągające, do samego końca trzyma w napięciu (mimo pewnego niewdzięcznego, acz upartego powtarzania słówka „twarz” w jednym akapicie). Fraa z zainteresowaniem śledziła odtwarzaną historię Jacovy Angevine, do tego dochodziły smaczki typu bardzo rozsądne stwierdzenie narratora: „Bez względu na to, kim mogę być, lubię o sobie myśleć, że nie jestem idiotą.” oraz tytuł zmyślonej książki ojca Jacovy - „Człowiek, który śmiał się na pogrzebach” - Fraa bardzo chętnie sięgnęłaby po coś takiego. Brzmi intrygująco i chwytliwie.

 

Fraa najbardziej chyba polubiła tekst „One” - po pierwsze, zwraca uwagę narracja: to, że jest pierwszoosobowa, nie jest niczym szczególnym. Ale o ile w innych opowiadaniach z „Wielkiej Księgi Horroru” pierwszoosobowe narracje są dość nijakie, o tyle tutaj czytelnik ma do czynienia z wiejską dziewuszką, wychowaną w dziczy, dorastającą w surowych warunkach. I to widać w tekście. Całość spina się ładną klamrą refleksji dotyczącej tatka narratorki. A fabuła – choć częściowo przewidywalna ze względu na narrację – jest niesamowicie wciągająca. Pomysł nie jest przekombinowany, można by rzec, że koncepcja tajemniczych bestii atakujących wiejskie chaty jest dość oklepana, ale jednak tutaj całość jest po prostu ciekawa. Zresztą, jakże mogłoby być inaczej? David Morrell jest przecież autorem książĸi „Pierwsza krew”, a więc twórcą Rambo. Można się domyślać, że opowiadanie „One” będzie warte zapoznania się. Chociaż tutaj należy dodać, że w samej notce dotyczącej autora, znalazło się takie oto zdanie:

„Tamtego wieczoru tamtego wieczora smagająca śnieżyca sprawiła, że widoczność spadła niemal do zera” - cóż: najwyraźniej Morrell się jąkał albo ktoś nie mógł się zdecydować, która wersja będzie poprawna: „wieczoru” czy „wieczora”. Fraa rozumie. Fraa też ma często ten sam problem.

 

Bardzo ciekawy jest również tekst „Mechaniczny horror” - głównie ze względu na pomysł, którym było spotkanie Edgara Allana Poe'go z mechanicznym szachistą na przełomie lat 1835 i 1836. Choć w wielu momentach niestety Fraa odczuwała brak stylizacji na język Poe'go, to jednak aluzje do takich tytułów jak „Kruk” czy „Człowiek, który się zużył”, zasługują na uznanie. No i raziło trochę to niemal wiszące w powietrzu „Luk, ja sem tvoj papinek!” - ale tylko trochę...

 

Bardzo krótkim, ale również bardzo mocnym tekstem jest opowiadanko „Szafki” - miniaturka niemal.

 

„Piękna córka Pol Pota” stosunkowo najmniej wciągnęła, choć przecież i tak była ciekawa. Po prostu blado wypadła w porównaniu z innymi, naprawdę świetnymi opowiadaniami. A zaraz po niej czytelnik dostaje kolejny rewelacyjny tekst, „Uśmiech diabła” - niesamowitą, pełną grozy i napięcia opowieść wdowy ze zrujnowanej latarni morskiej. Do samego końca wciąga, a czytelnik niemal czuje piasek w zębach i pianę morską we włosach. Tekst ma po prostu fantastyczną atmosferę.

 

Ostatnie opowiadanie, „Człowiek, który wysiadł z Pociągu Duchów”, jest – jak już Fraa wspominała – bez porównania dłuższe od poprzednich. Co wcale nie oznacza, że jest rozwlekłe. Nawiązuje do klasycznych kryminałów, nasuwają się tu skojarzenia z takimi tytułami, jak „Morderstwo w Orient Expressie” czy „Przełęcz Złamanych Serc” - głównym bohaterem i areną zdarzeń jest pociąg, a główni bohaterowie podróżują pierwszą klasą z rozmaitymi dobrze sytuowanymi indywiduami. Przynajmniej tak to wygląda na samym początku, chociaż fakt, że bohaterami są ludzie obdarzeni Darami, zajmujący się wypędzaniem duchów i tego typu działalnością, już powinien sugerować, że fabuła rozwinie się nieco inaczej. Wyraziste postacie, wciągająca tajemnica, intrygujący Klub Diogenesa i utrzymywanie światowego ładu – to wszystko sprawia, że opowiadanie nie pozwala na nudę.

 

Fraa ocenia tom drugi „Wielkiej Księgi Horroru” bardzo pozytywnie i zaleca, żeby czytelnik nie zrażał się pierwszym tekstem. Ta część antologii jest naprawdę warta uwagi.

 

 

 

„Głowa w turbanie przesuwała się podczas przerw, jednak ruchy sprawiały wrażenie przypadkowych. Bardziej niepokojące były mechaniczne oczy. Turek przewyższał wzrostem mężczyznę, zaś oczy miał nieproporcjonalnie duże, a więc zapewne dwukrotnie większe niż oczy żywego człowieka. Wydawały się niewidzące, ornamentalne, ponieważ nigdy nie spoglądały na szachownicę. A jednak się poruszały. Automat mrugał, zerkał na boki, jakby na jego barkach spoczywał ciężar nieznanych zbrodni. Przy jedenastym ruchu, kiedy pan Hall wykonał szczególnie niezręczny manewr, automat po prostu wywrócił oczyma, wywołując w ten sposób powszechną radość widzów.”

[F. Gwynplaine MacIntyre, „Mechaniczny horror”]

22:23, fraa_farara , Książka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 marca 2010

Fraa została ostatnio zapytana o jedno, niewinne słówko z książki „Król mrówek” Zbigniewa Herberta. Dopiero po dwóch dniach wpadła na pomysł, żeby zajrzeć w ogóle do tej książki, a dopiero potem szperać po opracowaniach i słownikach. Okazało się, że pomysł był wcale niezły, bo słówko było przetłumaczone w przypisach.

Tym niemniej skoro już Fraa zaczęła przeglądać „Króla mrówek”, tak skończyła lekturę parę godzin później, z masą nowych pomysłów i w o wiele lepszym nastroju.

Krol MrowekAutor: Zbigniew Herbert
Tytuł: „Król mrówek. Prywatna mitologia”
Język oryginału: polski
Miejsce i rok wydania: Kraków 2008
Wydawca: Wydawnictwo a5

Na początek Fraa może zarysuje swój stosunek do twórczości Herberta. A jest to stosunek nieco ambiwalentny. Fraa uwielbia, kiedy teksty tego pisarza dotykają kwestii antyku: mitów, postaci historycznych, zdarzeń. Wtedy Fraa kwiczy z zachwytu, bo w większości ten Herbertowski antyk jest przemiodny. Natomiast Fraa łapie natychmiastowego agresora, kiedy pojawia się hasło „Pan Cogito”. Fraa szczerze i serdecznie nie cierpi tej serii – nie do końca umie powiedzieć, czy ta niechęć jest podyktowana jakimś konkretem, czy wyszło tak po prostu. Ale tak jest i już. Stan ten utrzymuje się od jakichś dziesięciu lat.
Są też inne teksty, które ani nie są bezpośrednio związane z Panem Cogito, ani z antykiem. Wśród tych Fraa ma takie, które lubi oraz takie, za którymi nie przepada. Acz tutaj już bez żadnej skrajnej niechęci.

„Król mrówek” zawiera w sobie wszystko to, co Fraa lubi w twórczości Herberta najbardziej. Ryszard Krynicki zebrał teksty odnoszące się do mitologii – zarówno te ukończone, jak i te oczekujące na doróbki i przeróbki. Jak również alternatywne wersje niektórych utworów.

Część z tych tekstów Fraa znała już wcześniej – czy to z przypadkowych wyborów poezji Herberta, czy z całkiem konkretnych zbiorów typu tomik (o zgrozo!) „Pan Cogito”.
Do tych drugich należy „Historia Minotaura” oraz „Stary Prometeusz”. O ile ten ostatni nie wzbudza aż takich emocji, jako że był omawiany w liceum, a więc już w jakiś sposób „oswojony”, o tyle „Historię Minotaura” Fraa dorwała po raz pierwszy jakieś cztery lata temu i się nią zauroczyła. Tekst jest na swój sposób wstrząsający. Po pierwsze – czytelnik ma okazję spojrzeć na tytułowego Minotaura w zupełnie inny sposób. Uświadamia sobie, że mit to tylko jakaś wersja historii, która choć przyjęta przez większość odbiorców i zapewne osadzona korzeniami w jakimś zdarzeniu historycznym, to jednak pozostawia kwestię nadal otwartą. Odtworzenie tej „historii prawdziwej” (chociaż to okropnie brzmi, bo kojarzy się nieuchronnie z Janosikiem, Królewną Śnieżką i innymi dennymi „historiami prawdziwymi”) może rzucić na pewne sprawy, symbole, tradycje zupełnie nowe światło. Po drugie wreszcie – ta opowieść uświadamia, że pismo linearne A może skrywać tajemnice, które mają ogromne znaczenie dla kultury współczesnej Europy, na co zresztą Fraa w żadnym razie nie wpadła sama, ale uświadomił jej to profesor Adamiec w książce „«...Pomnik trochę niezupełny...» : rzecz o apokryfach i poezji Zbigniewa Herberta”.

Innym tekstem, którym Fraa jest szczególnie poruszona, jest „Atlas” – o tak, Fraa zawsze uważała numer Heraklesa za skończone świństwo, ale to dopiero w tym utworze zobaczyła to tak wyraźnie. I naprawdę wzruszyła się losem tytana.

„Atlas dźwiga sklepienie niebieskie. To jego kara, przekleństwo i zawód. Nikt nie jest mu za to wdzięczny. Nikt nie chwali. Nikt nawet nie zachęca. Przywykliśmy. Tak ma być. Mówimy: ktoś musi to robić”

Ale przecież to straszne. Dźwiga firmament od zarania dziejów, jednym ruchem mógłby rzucić to wszystko do stu diabłów i tyle by było świata. Mimo tej – tak istotnej przecież – roli, Atlasowi nie poświęcono pieśni, tragedii czy eposów. Już Prometeusz, jego brat, jest bardziej medialny. Herbert zwrócił też uwagę na coś jeszcze:

„Wędrówka Atlasa do ogrodu Hesperyd była na pewno jego najwspanialszym przeżyciem”

Czy ktokolwiek potrafi sobie to wyobrazić? Co może czuć osoba, która przez niezliczone stulecia siedzi przygnieciona sklepieniem niebieskim, po czym nagle może się wyrwać, postawić kilka kroków, rozprostować plecy, poczuć lekkość w rękach? I co więcej: co może czuć osoba, która po tej krótkiej, wspaniałej chwili wolności, podstępem zostaje wtłoczona na powrót pod stare jarzmo?

„Atlas nie ma czasu. Ma tylko wieczność. Atlas trwa.”

Fraa jest niezmiernie przygnębiona losem tytana.

Niemniej poruszające są dzieje Cerbera, którego Herakles wywiódł z Hadesu. Szczególnie działa na wyobraźnię Herbertowskie przedstawienie pewnej sytuacji w tekście „Pies infernalny”:

„Heraklesa poniósł głos Cerbera jak potężna fala oceanu. Słuchał. Miał ochotę zawyć razem z nim, ale wiedział, że się skompromituje, bo nie wydobędzie z gardła takiej dumy i rozpaczy. Daremnie będzie usiłował głosem opisać łańcuchy ziemi, otchłanie przestworzy, niezliczone źródła krwi ukryte w ciele zwierząt, sekrety wody i pragnienie, kryjówki światła i rozległej czerni.”

Ten fragment w jakiś sposób przywodzi na myśl Arcywroga z genialnego „Raju utraconego” Miltona. Fraa ma tu na myśli tę dumę i rozpacz.
Późniejszy rozwój wypadków w „Psie infernalnym” znów jest przygnębiający i znów stawia w jak najgorszym świetle postać Heraklesa. Fraa zastanawia się, jak w ogóle tak odrażające indywiduum może być uważane przez kogokolwiek za herosa.

Inną sprawą są antyczni, mityczni artyści. Tutaj najlepszym przykładem jest oczywiście sam Apollo, który w tekście „W drodze do Delf” wypowiada znamienne słowa: „Sztukmistrz musi zgłębić okrucieństwo” – zresztą działa w myśl tej zasady, o czym można się przekonać czytając wiersz „Apollo i Marsjasz”. Ale ta zasada dotyczy nie tylko Apollona. W „Królu mrówek” znajdzie się tekst „H.E.O.”, gdzie można ujrzeć zupełnie inne oblicze Orfeusza. To nie jest już ten Orfeusz nieutulony w żalu po tragicznej śmierci Eurydyki, to nie jest Orfeusz, który zrobi wszystko, by znów połączyć się z kobietą swojego życia. To Orfeusz-artysta. Jedyną rzeczą, którą kocha, jest sztuka. Dla niej poświęci Eurydykę i – co więcej – nawet tego nie zauważy.

„Orfeusz odwraca się nagle ku cieniom Eurydyki i Hermesa, i krzyczy w uniesieniu jedno słowo: – Znalazłem!
Cienie znikają. Orfeusz wychodzi na światło dnia. Rozpiera go radosna duma, że doznał objawienia i odkrył nowy rodzaj literatury, zwany odtąd liryką zadumy i mroku.”

Również na uwagę zasługują takie teksty jak „Pegaz” – świetny pomysł, że pegaz jest wytworem zbiorowej wyobraźni: końskiej wyobraźni. Nie ludzkiej, tylko końskiej. Konie, przez wieki ignorowane, niedoceniane, traktowane najwyżej jako żywy postument dla ludzkiego bohatera, stworzyły pegaza.

„Pegaz jest samotny i jedyny.

Biedny Pegazie! To wszystko jest ci obojętne. Jesteś nieśmiertelnym koniem. Wyzwoliłeś się od jarzma, ale zostawiłeś jarzmo tym, którzy się do ciebie samozwańczo przyznają. (...)

Pegaza należy zostawić tam, gdzie jest jego miejsce.

W sierpniowe noce, w pobliżu gwiazdozbioru Andromedy – świeci jego niepokalana sierść.”

W podobnym tonie utrzymany jest niedokończony tekst „Giganci” – znów chodzi o postacie, które są zbyt wspaniałe, zbyt dumne dla zwykłych ludzi. Wykraczają poza ludzkie pojmowanie i za to należy je uwielbiać.

„Pozdrawiam was, Giganci, że nigdy nie przyjęliście maski ludzkiej a wasze imiona wypowiadają poprawnie tylko kozły górskie, orły i delikatny głos nawały wód, szept kamiennej lawiny.”


I tak dalej – Fraa za to właśnie ceni twórczość Herberta: ze znanych postaci wyłuskuje to, co w nich nieznane. A nieznanych bohaterów przywraca światu.

Jak już Fraa wspominała, są też inne teksty Zbigniewa Herberta, które lubi. Przede wszystkim chodzi tu o świetny „Tren Fortynbrasa” oraz „Domysły na temat Barabasza” – stanowią one dokończenie historii, które urwały się, pomijając pewne wątki. Hamlet mówi, że „reszta jest milczeniem” i kurtyna zapada. Barabasz zostaje uwolniony, Jezus ukrzyżowany i cała uwaga historyków oraz pisarzy skupia się na zmartwychwstaniu chrześcijańskiego Zbawiciela. Ale co z tymi, którzy przeżyli? Z Fortynbrasem, Barabaszem? O nich się milczy.

O takich tekstach, jak „Próba rozwiązania mitologii”, „Boski Klaudiusz”, „Kaligula” i wielu innych Fraa już nawet nie będzie się rozpisywać, bo w ten sposób można by spędzić jeszcze dużo czasu na snuciu refleksji odnośnie każdego „antycznego” utworu Herberta.
A Fraa spędzi niebawem wiele godzin w pociągu, więc zachowa sobie tę rozrywkę na czas podróży.

 

 

"Jeśli ktoś ma mocne postanowienie uszczęśliwienia ludzkości, trudno go, niestety, od tego odwieść."

[Zbigniew Herbert, "Król mrówek"]

19:30, fraa_farara , Książka
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 marca 2010

Fraa miała pisać o czymś zupełnie innym, jednak z przyczyn techniczno-logistycznych okazało się, że to niemożliwe. W związku ze związkiem, dziś będzie niewinny, wesolutki tomik, czyli:

Ani slowa prawdyAutor: Jacek Piekara
Tytuł: „Ani słowa prawdy: Opowieści o Arivaldzie z Wybrzeża”
Język oryginału: polski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2008
Wydawca: Runa

Większości czytelników Jacek Piekara może kojarzyć się głównie z cyklem o inkwizytorze Mordimerze Madderdinie. Autor ten ma na swoim koncie też rozmaite krótsze serie i pojedyncze zbiory opowiadań, a z nich wszystkich Fraa najbardziej ceni właśnie „Ani słowa prawdy”. Niewykluczone, że to przez sentyment do gry – bo trzeba przyznać, że gra „Książę i tchórz” z 1998 roku była przepocieszna, a Arivald (o głosie Kazimierza Kaczora), który tam się pojawił, naprawdę pozostaje w pamięci na lata.

Arivald jednak pojawił się już wcześniej jako postać literacka – w magazynie „Fenix” w 1992 roku ukazało się opowiadanie „To, co najważniejsze”. Fraa oczywiście nigdy tego nie widziała na własne oczy, a teksty, które były publikowane w czasopismach, poznała dopiero w zbiorze „Ani słowa prawdy”.

O ile w cyklu o Mordimerze Madderdinie nacisk położony jest głównie na to, żeby było mrocznie i ponuro, o tyle przygody Arivalda są raczej dziwaczne i nieco zabawne. Fraa uważa to za zaletę, bo ileż można się podniecać Madderdinowym mrokiem? Cóż – Fraa przestała po trzech pierwszych tomach, bezczelnie ignorując późniejsze dzieła „Łowcy dusz”, „Ja, inkwizytor” oraz „Płomień i krzyż”. Bo dobry pomysł przestaje być taki dobry, kiedy zaczyna się ciągnąć jak guma od majtek.
Tymczasem o Arivaldzie na chwilę obecną jest tylko jeden zbiór opowiadań, który zawiera:

  • To, co najważniejsze
  • Sekrety Tajemnego Bractwa
  • Cudak z Cudakowego Lasu
  • Nie wszystko złoto, co się świeci (i na odwrót)
  • Czarodziejki Chaosu
  • Robaczek świętojański
  • Ani słowa prawdy
  • Arivald i wiedźmy
  • Kiedy czeka Nowy Świat
  • Klątwa wiedźmiarzy

 

Przy czym głównym minusem książki jest brak spisu treści. Jeśli to oszczędność papieru, to Fraa naprawdę wolałaby, żeby spis treści pojawił się zamiast którejś z obszernych rozpisek „Dotychczas ukazały się”.

A odnośnie samej treści: Fraa musi przyznać, że Arivald z gry był jednak wdzięczniejszy. Mag i prosty, radosny pijaczyna. W książce troszeczkę zalatuje Mary Sue. Samo założenie jest fajne: żołnierz, który tak naprawdę tylko udaje, że jest magiem. Ale w rezultacie czytelnik dostaje silnego żołnierza, któremu na tyle sprawnie poszła nauka czarów, że tak naprawdę jest i żołnierzem, i magiem, w dodatku zdolnym do dość niekonwencjonalnych metod walki. Czyli człowiek-orkiestra, na którego nie ma mocnych. Fraa nie odczuwała tego, że bohater tak naprawdę tylko zgrywa maga.

Jeśli idzie o opowiadania, to różnie to wygląda. Niektóre są naprawdę fajne i wciągające, inne sprawiają tylko wrażenie, jakby autor pod płaszczykiem opowiadania uzewnętrzniał swoje fantazje – Fraa ma tu na myśli głównie opowiadanie, w którym Arivald trafia do siedziby trzech ślicznych magiczek-nimfomanek.

Generalnie można „Ani słowa prawdy” dość bezboleśnie przeczytać, acz Fraa nie odczuwała przy tym jakiejś dzikiej ekstazy. Sympatyczne, no i bardzo pozytywna odmiana po szesnastym opowiadaniu o bezlitosnym inkwizytorze, ale Fraa nie planuje zbyt szybko wracać do tej lektury. Poza ciekawym pomysłem na samego głównego bohatera, czytelnik dostaje uczciwą dawkę bardzo tradycyjnego fantasy. Raczej do przeczytania raz.




„Arivald był magiem. W każdym razie za takiego uchodził w oczach mieszkańców Wybrzeża. Miał niebieski płaszcz w srebrne gwiazdy, kryształową kulę i Księgę Czarów. Potrafił mamrotać szybkie zaklęcia w obcym języku, o rzeczach jasnych i prostych mówić niezrozumiale, i odwrotnie. Umiał leczyć nosaciznę bydła, przyrządzać maści na skaleczenia i oparzenia, wskazywać rybakom miejsca najlepszych połowów, dziewczętom i chłopcom warzyć lubczyk, a starym mężom potrafił dopomóc w kłopotach z młodymi żonami. Dlatego też powszechnie uważano go za czarodzieja i jednego z członków Tajemnego Bractwa.”

22:09, fraa_farara , Książka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2

Fraacja
Liczydło, a co!