Kategorie: Wszystkie | Film | Gry | Jedną Nogą w Grobie | Kawiarenka | Książka | Mity
RSS

Kawiarenka

środa, 06 października 2010

Fraa musi wyjaśnić kilka rzeczy:

Po pierwsze, kategoria Słowo na Niedzielę zostaje przemianowana na Kawiarenkę. Wynika to z prostego faktu, że nie będzie kontynuowana wyłącznie w niedziele, ale prawdopodobnie jak popadnie. Na przykład dziś. W środę. Środa to dobry dzień.

Pamiętam jak dziś. Była środa. Jak zwykle pod koniec tygodnia... i tak dalej. Każdy, kto choćby otarł się o KOC i o Ze wspomnień dyrektora cyrku, ten wie.

Po drugie, sprawa regularności: Fraa widzi, że nie jest lekko. Postanowiła sobie, że nie będzie trzymać się bezsensownie jakichś własnych rygorów, typu jeden wpis dziennie. I jak postanowiła, tak okazało się, że jednak bez rygorów to nie idzie, bo Fraa musi mieć bat nad sobą, żeby cokolwiek zrobić. Tym niemniej czas na poważną rozmowę z własnym lenistwem i ogarnięcie się.

Po trzecie, Fraa wreszcie znalazła kabel do komórki, co umożliwiło jej dostanie się do robionych telefonem zdjęć. A to oznacza, że kawiarka może podzielić się z Państwem kilkoma refleksjami z towarzyszeniem fotografii wykonanych gdzieś w tak zwanym międzyczasie.

 

A więc oto zbiór ciekawostek z kawiarczej perspektywy:

Dobermann

Fraa już kiedyś wspominała o nieszczęsnym filmie Dobermann i wypisanym tam biało na czarnym "znaleść", za które klient miał przecież zapłacić - niby niewiele (Fraa nie pamięta już konkretnej kwoty), no ale jednak. Jak się za coś płaci, to ma się prawo oczekiwać, że produkt będzie wykonany porządnie.

 

 

 

 

Gothic

AIONObrazek po lewej: tak wygląda przeciętna instrukcja do gry komputerowej. To znaczy - tak Fraa zawsze myślała. Że to taki zeszycik i to ten zeszycik nazywa się "instrukcja obsługi". Kawiarka była jednak zmuszona zmienić zdanie, kiedy zobaczyła instrukcję do gry Aion (zdjęcie po prawej). Cóż - przynajmniej drzewa wesoło szeleszczą listkami, a ekolodzy klaskają uszami.

 

 

rynek A tu z kolei można zobaczyć sól jodowaną. Co więcej - sól jodowaną w (jak głosi napis przy cenie) drewnianym rynku. Gdyby nie było toto takie drogie, Fraa chyba nawet by to kupiła. Nie każdy może się pochwalić własnym, drewnianym rynkiem z solą, prawda?

 

 

 

 

Na razie to tyle, przynajmniej pustki nie ma, a Fraa dała znak życia. Następnym razem kawiarka obiecuje więcej treści.

 

 

Pamiętam jak dziś. Właśnie zastanawiałem się nad tym, nad czym by się tu zastanowić, kiedy do mojego gabinetu wpadł jak wicher...

11:45, fraa_farara , Kawiarenka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 maja 2010

VoteFraa miała pisać zupełnie o czymś innym, ale tak się złożyło, że przeprowadziła ostatnio krótką rozmowę z paroma osobami, co stało się przyczynkiem do tej notki.

Rozmowa zaczęła się od nadchodzących wyborów prezydenckich i od napomknięcia, że Janusz Korwin-Mikke jest za odebraniem praw wyborczych kobietom. No i dalej (po masowym bulwersie) oczywiście wypłynęła kwestia bardziej ogólna, czyli jak by tu ograniczyć prawa wyborcze, żeby demokracja miała ręce i nogi. Jeśli w ogóle może je mieć.
Dialog został przerwany przez niezależne okoliczności przyrody, ale wątek zawisł gdzieś w kawiarczej świadomości i nie dawał o sobie zapomnieć.

Fraa zacznie od tego, od czego zaczęła się rozmowa, czyli od Janusza Korwin-Mikkego (odmiana za Poradnią PWN). I od świętego oburzenia na odbieranie praw wyborczych kobietom. Należy zdać sobie sprawę z paru rzeczy:

  • Po pierwsze, pan Janusz Korwin-Mikke odebrałby prawa wyborcze wielu ludziom. Prawdopodobnie, gdyby miał taką możliwość, zostałby jedyną osobą zdolną do głosowania.
  • Po drugie, tak uczciwie rzecz ujmując: naprawdę wśród kobiet jest mniejsze zainteresowanie polityką. Oczywiście że jest to kwestia wciąż dość tradycyjnego wychowania w Polsce, czyli: chłopiec zajmuje się matematyką i polityką, dziewczynka – językiem polskim i wystrojem wnętrz. Co prawda Fraa uważa, że tradycje nie rodzą się tak całkiem bezpodstawnie, ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że – jakkolwiek kobiety zainteresowane polityką mogą się czuć urażone – to jednak płeć potocznie zwana piękną istotnie w większym stopniu zajmuje się wystrojem wnętrz, niż sprawami państwa. Przynajmniej w tym kraju. Oddzielną sprawą tutaj jest odpowiedzialność zbiorowa (jak koleżanki nie interesują się polityką, to mi też nie wolno, a co!), Fraa tylko chciała zaznaczyć ten mały szczegół.
  • Po trzecie, na swoim blogu pan Janusz Korwin-Mikke wyraźnie pisał, że w tej chwili tak naprawdę chodzi o to, żeby w ogóle zaistnieć. Gadka o odebraniu praw wyborczych kobietom jest genialnym sposobem na zaistnienie i już.
  • Po czwarte, ograniczenie praw wyborczych jest tak po prawdzie szalenie istotną rzeczą. I o tym tak naprawdę Fraa chciała napisać swoje trzy po trzy grosze.

Jak wiadomo, obecnie do głosowania są uprawnieni wszyscy obywatele polscy, którzy mają dowód osobisty. Czyli są wśród nich licealiści, studenci, bezrobotni, biznesmeni, rolnicy, robotnicy, pracownicy akademiccy, emeryci, renciści, kobiety i cała rzesza osób, których kawiarce się nie chce wymieniać. Głos każdej z tych osób jest liczony jednakowo. I tu Fraa uważa, że wkrada się bzdura.

Demokracja w starożytnej Grecji sprawdzała się z kilku powodów, a były to między innymi:

„Nie wyrodziła się też nigdy demokracja ateńska w uciskanie klas posiadających przez nieposiadające i dlatego nie upadła. Przedewszystkiem zaś cechowała ją równość wobec prawa („isonomia”), która jednak nie posuwała się nigdy do nieuznawania wyższości umysłowej. (…) Drugim objawem zdrowia [demokracji ateńskiej] jest, że kobiety nie grały roli w historji ateńskiej, i to przez cały jej ciąg.”1

Tymczasem współcześnie demokracja jest niemalże tożsama z uciskiem klas posiadających przez klasy nieposiadające. W państwie jednak sporo większym niż grecka polis, z demokracją stała się najgorsza rzecz, jaka mogła się stać: przeobraziła się w parchatą ochlokrację. I trudno oczekiwać innych efektów – w polis mogli wszyscy obywatele (parę tysięcy) być zaangażowani w politykę, ale w państwie liczącym około czterdziestu milionów ludzi? Wolne żarty. Fraa woli nawet sobie nie wyobrażać, co by się stało, gdyby nagle wszyscy polscy obywatele zaczęli się angażować...

Głowę państwa wybiera się na drodze powszechnego głosowania, a więc jednakowo liczy się głos wykształconego, aktywnego zawodowo mężczyzny o jeszcze nieprzytępionym umyśle i bezrobotnego żula. Że Fraa nie wspomni tu o podstarzałej gospodyni domowej, która spędziła życie w oczekiwaniu na kolejne odcinki Mody na Sukces – a właśnie taka osoba może decydować o losach państwa. Bo „demokracja”.
A niech ktoś uczciwie powie: czy ta osóbka będzie w stanie trzeźwo ocenić sytuację gospodarczą w kraju oraz położenie tegoż kraju na arenie międzynarodowej? Fraa jakoś wątpi. Ale może po prostu nie ma najmniejszej potrzeby, żeby oceniała?

I dlatego Fraa jak najbardziej popiera ograniczenie praw wyborczych. Teraz pozostaje pytanie, komu zostawić, a komu zabrać.

Pierwszy pomysł, który się nasuwa, to cenzus majątkowy. Tyle tylko, że – w przeciwieństwie do Grecji epoki Peryklesa – w Polsce nie uznaje się wyższości umysłowej. Zawód nauczyciela jest chyba jednym z gorzej płatnych (hohoo, to akurat temat na osobny wpis...), utrzymanie się z pisania graniczy z cudem, a jednymi z najbardziej roszczeniowych grup są rolnicy i górnicy. Ludzie, którzy w najlepszym razie skończyli technikum, ale strajkują, bo zarabiają tylko cztery tysiące na rękę i nie mają za co wyżywić rodziny. A to, że ktoś inny po szkole średniej zdecydował się na studia, praktyki, staż, a zarabia niecałe dwa tysiące – jakoś nikogo nie interesuje. Choćby był to naprawdę szalenie inteligentny człowiek. Nie przerzuca węgla, czyli mu się nie należy (Fraa obejrzała przed chwilą Dzień świra i znów jest rozgoryczona). I tu nie chodzi o to, że Fraa neguje konieczność istnienia klasy robotniczej – oczywiście, że oni wszyscy, z górnikami, rolnikami i stoczniowcami włącznie, są potrzebni tak samo jak nauczyciele. Fraa też nie twierdzi, że jak ktoś jest górnikiem, to automatycznie musi być głupi czy coś w ten deseń. Nie w tym rzecz.
Żeby nie odbiegać od głównego wątku (bo to tak naprawdę też temat na oddzielną wypowiedź): przy takim podejściu społeczeństwa do wartości pracy intelektualnej i fizycznej, cenzus majątkowy nie ma szans się sprawdzić – automatycznie odsuwałoby się od rządów znaczną część tak zwanej inteligencji.

Cenzus wykształcenia: nad tym Fraa się nie będzie rozwodzić. Po prostu Fraa widzi studentów, widzi jak stają się magistrami... I nie – zdecydowanie wykształcenie nie jest dobrym pomysłem.

Fraa za to pomyślała, że może dałoby radę coś zdziałać z kwestią aktywności zawodowej. Pal sześć, czy będzie to przerzucanie drutu w stoczni, czy prowadzenie wykładów z historii literatury włoskiej. To demokracja, więc muszą być przedstawiciele różnych klas, wiadomo.
Rzecz w tym, że osoba aktywna zawodowo siłą rzeczy bywa wśród ludzi, widzi co się dzieje dookoła, coś zarabia, więc jest pewna szansa, że nie będzie wciskać wszędzie uszczęśliwiaczy społecznych typu zasiłki, becikowe i tak dalej... Kto wie? Może nawet jest to osoba, która czyta w tramwaju (w drodze do pracy), zamiast siedzieć przed telewizorem! Pies trącał co czyta. Nie chodzi o to, żeby prawa wyborcze mieli wyłącznie obywatele, którzy mają poglądy zgodne z kawiarczymi. Chodzi o to, żeby byli to ludzie, którzy w ogóle mają jakiekolwiek poglądy, a nie są bezmyślnym stadem bydła, które lezie tam, gdzie ktoś akurat szczeknie coś o zwiększeniu zasiłków.
Jeśli idzie o duże bezrobocie i o to, że to niesprawiedliwe w stosunku do ludzi, którzy chcą pracować, ale nie mogą, to Fraa myśli, że to nie musi być wcale takie problematyczne. Fraa naprawdę ma styczność z osobami z rozmaitych względów bezrobotnymi i widzi, że jeśli ktoś chce pracować, to tę pracę znajdzie. Nie dziś, nie za tydzień – ale znajdzie. Dlatego można by dorzucić do osób aktywnych zawodowo jeszcze osoby, które pracowały nie dalej niż – dajmy na to – półtora roku temu. Oczywiście Fraa nie jest stuprocentowo pewna tego „półtora roku”, ale nie w tym rzecz. Chodzi po prostu o danie jakiegoś marginesu dla ludzi, którzy z różnych przyczyn stracili pracę i są akurat w gorszej sytuacji.

Teoretycznie, w całkowicie utopijnej wersji wydarzeń, takie rozwiązanie powinno skłonić bezrobotnych do znalezienia pracy (bo inaczej nie mogliby decydować o losach własnego państwa), a pracujących na czarno – do zatrudnienia się legalnie. W utopijnej wersji, Fraa powtórzy...

Teraz są dwie opcje:

  • Fraa nie jest aż tak durna, jak mogłoby się zdawać i to ma sens;
  • Fraa właśnie udowodniła słuszność słów pana Janusza Korwin-Mikkego o odebraniu kobietom głosu.


Ale niech się Państwo nie martwią – Fraa i tak jest za monarchią, więc gdyby to od kawiarki zależało, cała ta demokracja poszłaby w diabły.




Chciałbym odebrać prawo wyborcze wielu osobom, nie tylko kobietom.

[Janusz Korwin-Mikke]

 

 

_____________________

1) S. Witkowski, Epoka Periklesa [w:] Wielka Historja Powszechna, t. 2, cz. 1, T. Wałek-Czernecki, S. Witkowski, Dzieje greckie, Poznań 1996, s. 312

22:53, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (21) »
niedziela, 23 maja 2010

DictionaryFraa nie zamierza się wypierać – do tej notki zainspirowało ją to.

Fraa oczywiście ma pełną świadomość tego, że sama trzaska błędy, w końcu robi to pewnie niemal każdy użytkownik języka polskiego, co nie zmienia faktu, że są takie językowe grzmoty, obok których żadna uczciwa kawiarka nie może przejść obojętnie, bo od razu wywołują falę drgawek, nerwowe tiki, zielenienie skóry i nieodpartą chęć przewracania samochodów.

Jeszcze tylko na wstępie Fraa nawiąże do głównego argumentu ludzi utrzymujących, że nie muszą posługiwać się językiem polskim poprawnie: czyli do tego, że język ewoluuje i teraz też nikt nie mówi jak sto lat temu, a to co kiedyś było błędem, teraz jest cacy.
Wała, mili Państwo.
Należy być uczciwym: ewoluowanie języka nie musi być tożsame z bezmyślnym psuciem go przez coraz bardziej analfabetyczne społeczeństwo. Oczywiście, że do języka wchodzą i muszą wchodzić neologizmy i słowa obcego pochodzenia. Fraa pamięta, jak parę(naście?) lat temu oglądała Ojczyznę polszczyznę (swoją drogą to znamienne, że program trzymał się dzielnie przez tyle czasu, bo przecież od 1988 roku, aż ostatecznie został zdjęty ze względu na niską oglądalność w ostatnich latach), gdzie prof. Miodek opowiadał, jak to w Polsce pojawiły się joysticki. I jak to ponoć były próby utworzenia rodzimej nazwy – tyle tylko, że wszystkie te wydumane wesołe kijki były tak idiotyczne, że ostatecznie i tak przyjął się „joystick” i tyle. Ale co innego wybór mniejszego zła w przypadku wesołego kijka, a co innego zatwierdzanie przez RJP formy „poszłem”. Fraa jest ciekawa, jak dużo debili musi kaleczyć jakieś słowo, żeby używana przez nich forma była uznana oficjalnie za poprawną.
I jeśli ktoś powie kawiarce, że przecież obecnie język jest inny niż w XIX wieku, to Fraa z czystym sumieniem odpowiada: owszem, jest, a Fraa chciałaby mówić tak, jak mówiło się ponad sto lat temu (chociaż i wtedy przecież na pewno popełniano błędy). Albo chociaż tak, jak mawiali kawiarczy dziadkowie. Nie robi tego tylko dlatego, że byłoby to pretensjonalne i – o ironio! – niepoprawne. Tym niemniej Fraa żałuje, że język wyewoluował do fazy, w której na większość tematów można dyskutować ograniczając się do słów „kurwa”, „ja jebię”, „jaka beka”, „masakra” i „bynajmniej”.

Ale kończąc utyskiwania – czas na listę!

Grzmot numer 10: Cofanie się do tyłu
A także wszystkie miesiące grudnie, autentyczne fakty i tak dalej. Fraa sama ma dość dużą skłonność do pleonazmów, dlatego jest na nie uczulona u innych. Kawiarce trudno powiedzieć, skąd się właściwie biorą te błędy. Na pewno nie chodzi tu o nieznajomość znaczenia jakiegoś słowa, bo przecież każdy wie czym jest cofanie się, opadanie i fakt (rzetelnym dziennikiem, oczywiście). Może wynika to z jakiejś podświadomej chęci doprecyzowania wypowiedzi albo wydłużenia jej. Fraa nie wie. Ot, po prostu – jest to głupie i przecież trywialne do uniknięcia. A skoro tak, to czemu by tego nie unikać?

Grzmot numer 9: Dwudziesty trzeci maj
No dobrze: więc wedle jakiego kalendarza ten nieszczęsny maj jest dwudziesty trzeci? Bo tak jak Fraa liczy, to maj w roku jest jeden i tylko jeden, żeby nie powiedzieć „jeden jedyny”. No, chyba że to jakieś liczenie zbiorcze, takie – szukając na poczekaniu nowego słowa – transanniczne. To by jednak oznaczało, że (w tym konkretnym przypadku) zliczane są maje raptem od dwudziestu trzech lat. Dlaczego akurat od tylu? Jeśli już bawić się w „maj – zbierz je wszystkie!”, to chyba powinno się mówić: „Dwa tysiące dziesiąty maj”, prawda?
Dwudziesty trzeci (dzień) maja. Na tym to właśnie polega.

Grzmot numer 8: Nekromancja
Tak właśnie – „nekromancja”, a więc ożywianie trupów, czyż nie? Chodzi tu konkretnie o ożywianie nieżywotnych rzeczowników, czyli używanie biernika dopełniaczowego zamiast mianownikowego. Fraa wie, że Kiepskim zdarza się mieć pomysła, a zapewne czasem też zjeść jogurta, ale dobrze by było, żeby reszta Polaków wyewoluowała do etapu, w którym mieliby pomysł i jedli jogurt.

Brutal Facepalm

 

Grzmot numer 7: Włanczanie
Fraa właściwie nie ma pomysłu, skąd się coś takiego wykluło. Przecież tryb rozkazujący zazwyczaj jest wymawiany normalnie: „włącz” [włoncz]. Nikt nie mówi „włancz”. Niby drobiazg, ale paskudny. Tym bardziej, że od niedawna Fraa zaczęła widywać „włanczanie” również na piśmie – no nic dziwnego, przecież dziecko od najmłodszych lat uczy się polskiego słuchając otoczenia, a nie czytając. Między innymi dlatego ludzie – zwłaszcza dorośli, a jeszcze bardziej: dzieciaci – powinni dbać o to, jak mówią.

Grzmot numer 6: Pieniążki i reszta zdrobnień
Mili Państwo: zdrobnienia, jak sama nazwa wskazuje, podkreślają, że coś jest drobne. Malutkie. Toteż „pieniążki” to mogą być jakieś wydłubane z dna kieszeni drobniaki, najlepiej halerze słowackie czy coś w ten deseń, jak się dziecię chce bawić w sklep. Zazwyczaj, niestety, nie można niczego kupić za pieniążki. Jedyną grupą ludzi, którzy mogą bezkarnie używać słowa „pieniążki”, są matki. Naprawdę. Kiedy matka daje dziecku „pieniążki”, Fraa znosi to ze spokojem. „Pieniążki” brzmią tak... matczynie. Ale kiedy coś takiego pojawia się w grupie studentów, z których ktoś chce zaciągnąć u kumpla pożyczkę na papierosy, brzmi to co najmniej żenująco.
Jeszcze gorzej jest, jeśli dorosły samiec ogólnie nadużywa zdrobnień. Fraa miała wątpliwą przjemność słuchać czegoś takiego. Było strasznie. Kurteczki, kseróweczka, referacik, ręczniczki, karteczka, obrazeczek... Brrr... Samiec. Dwadzieścia cztery lata.

Jesus Facepalm

 

Grzmot numer 5: Tą/tę
No dobrze. Fraa nie uwierzy, że ktoś mówiąc „Widzę książkę” stosuje celową archaizację. Obecnie dla biernika jest formą niepoprawną i tyle, nie ma w tym wielkiej filozofii. to narzędnik. Zresztą, przecież to jest naprawdę łatwe do zapamiętania: zaimek ta odmienia się jak rzeczownik: tę książkę, tę kobietę, tę zasłonę. Czyli inaczej niż przymiotnik (tę ciekawą książkę). Owszem, kiedyś było odwrotnie, ale dopóki człowiek posługuje się współczesną polszczyzną, dopóty powinien robić to od początku do końca poprawnie. W przeciwnym razie używanie dla biernika nie jest archaizacją. Jest błędem. Dość irytującym.

Grzmot numer 4: W piśmie: -ą i -om i inne końcówki
Znów: Fraa autentycznie nie wie, skąd wzięły się problemy z tymi końcówkami. Przecież to proste i uczą tego we wczesnej podstawówce. Narzędnik, liczba pojedyncza, rodzaj żeński: rządzę – kim? czym? Tą chłopką pańszczyźnianą. Celownik, liczba mnoga: przyglądam się – komu? czemu? Tym chłopkom (albo chłopom) pańszczyźnianym. Niefrasobliwość w kwestii końcówek jest o tyle ryzykowna, że przecież często można zmienić znaczenie wypowiedzi przez jeden głupi błąd. Tak jest na przykład w przypadku czasowników w pierwszej i trzeciej osobie („Rozdaje/Rozdaję pieniądze!” ← Fraa przypuszcza, że efekty złej interpretacji tych słów dadzą się szybko zauważyć). Albo niektórych rzeczowników rodzaju żeńskiego w bierniku w liczbie pojedynczej i mnogiej („Ratunku! Zostałam zaatakowana przez żmije/żmiję!” ← jeśli ktoś chce ratować ofiarę ataku, to dobrze by było, żeby wiedział, ile tych żmij jest, no nie?). 

Grzmot numer 3: Obce zamiast własnego
Co prawda czasem (tak jak wspomniany wcześniej przypadek joysticka) nie da się uniknąć obcych wtrętów w wypowiedzi, ale naprawdę nikomu nie stanie się krzywda, jeśli powie „przezroczysty” zamiast „transparentny” albo „nazewnictwo” zamiast „nomenklatura”. Choć oczywiście warto znać te zapożyczone odpowiedniki, pomaga to uniknąć powtórzeń na dłuższą metę. Ale to, że człowiek używa masy obcych słów, nie oznacza wcale, że jest mądry. Świadczy to tylko o tym, że nie uświadamia sobie znaczenia tych słów, skoro nie potrafi znaleźć rodzimych odpowiedników. Albo że jest teoretykiem literatury i pisze artykuł. Fraa nie wie na czym to polega, ale czasem ma wrażenie, że teoria literatury za cel stawia sobie używanie jak największej liczby niezrrozumiałych słów w jak najkrótszym zdaniu. Jeśli pojawią się kiedyś zapożyczenia dla „się” oraz „i”, to teoria literatury na pewno pierwsza z tego skorzysta. Tak, Fraa ma świadomość tego, że są wyjątki. No ale właśnie: jak wszyscy wiedzą, wyjątki potwierdzają regułę.

Triple Facepalm

 

Grzmot numer 2: Tudzież
Niby niewinne słówko i nie byłoby w nim nic zdrożnego, gdyby tylko nie fakt, że większość ludzi nie dość, że go nadużywa, to jeszcze używa go w złym znaczeniu. Do publicznej wiadomości: „tudzież” nie oznacza „lub”, tylko „i”. Naprawdę. Jeśli ktoś powie: „A za tydzień pojadę nad morze tudzież w góry”, wprowadzi tym samym sporo zamętu, bo będzie to oznaczało, że delikwent jedzie za rzeczony tydzień zarówno nad morze, jak i w góry. Więc albo ojciec Pio, albo jedzie do Chile. Albo ma bardzo szybki samochód i pokaźny dodatek socjalny na paliwo.
Żeby nie być gołosłowną, Fraa przytoczy hasło ze Słownika języka polskiego PWN:

tudzież książk. «spójnik łączący współrzędne części zdania i zdania współrzędne; a także, i, oraz»: Zaproszono ją, tudzież jej przyjaciół.

Jeszcze raz: tudzież to nie jest lub! Niestety, tak to się najczęściej kończy, jak ktoś próbuje używać wyszukanego słownictwa, a nie ma pojęcia, co znaczą dane słowa.

Tactical Facepalm


(!) Grzmot numer 1: Bynajmniej i przynajmniej
A to już jest szczyt wszystkiego. Na mieszanie bynajmniej i przynajmniej Fraa porasta łuską i zaczyna palić wioski. Prawda jest taka, że jeszcze do niedawna Fraa nie miała pojęcia o tym, że w ogóle istnieje taki kłopot z tymi słowami. Kiedy pierwszy raz zobaczyła w Słowniku ojczyzny polszczyzny Jana Miodka wzmiankę o tym, że Polakom to się myli, była naprawdę bardzo zaskoczona. A później zaczęła się z tym spotykać w realnym życiu i w Internecie. I zapłakała rzewnymi łzami.
Żeby nie kombinować samodzielnie, Fraa posłuży się wymienionym przed chwilą słownikiem:
Definicja i informacje gramatyczne do „przynajmniej”:

Przynajmniej to słowo, którym możemy komuś dać do zrozumienia, że coś nas zadowala, ale tylko w stopniu minimalnym.
Partykuła.

Definicja i informacje gramatyczne do „bynajmniej”:

Bynajmniej to słowo wprowadzające do wypowiedzi element negacji.
Wyraz ten pełni rolę partykuły lub wykrzyknika.

Komentarz do obu:

Tradycyjne kłopoty sprawiają użytkownikom języka formy podobne pod względem brzmieniowym. I tak na przykład pomieszanie znaczeń i wypływających z nich zastosowań konstrukcji przynajmniej i bynajmniej przytrafia się wielu rodakom. Oto więc przykłady poprawnych użyć omawianych postaci: Musisz powiedzieć przynajmniej parę zdań; Ze swymi uczuciami bynajmniej się nie krył.

Jeśli więc nie chcecie Państwo być odpowiedzialni za przypadkową śmierć niewinnych przedstawicieli klasy robotniczej, lepiej będzie, jeśli Fraa nigdy więcej nie uświadczy mylenia bynajmniej i przynajmniej.

Epic Facepalm

19:20, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (8) »
niedziela, 16 maja 2010

Uwaga! Fraa będzie utyskiwać.


Temple of PoseidonMożecie Państwo wierzyć lub nie, ale kiedy w jakimś większym gronie pojawi się hasło „filologia klasyczna”, spora część odpowiedzi obraca się wokół: „Będziesz uczyć polskiego?” – naprawdę. Może filologia angielska istotnie kojarzy się z Anglią, a germańska – z Niemcami. Ale filologia klasyczna to nowatorskie określenie na polonistów i kropka. Jedyne co można zrobić, to zacisnąć zęby i tłumaczyć, że filolog klasyczny to nie jest polonista. Że zajmuje się antykiem. Dorobkiem kultury grecko-rzymskiej. A właściwie łaciną średniowieczną też, jeśli ktoś to lubi. Jak już się to wyjaśni, pojawiają się kolejne pytania, tym razem dotykające kwestii: „I co chcesz po tym robić?” czy „A na co to komu potrzebne?”.

A na tak postawione pytania czasem naprawdę trudno odpowiedzieć. No bo jak wyjaśnić jednostce absolutnie pragmatycznej wartość płynącą z badania greckich tekstów geograficznych czy rzymskiej liryki miłosnej?
W swoim czasie niejaki Wybitny Autor (odpowiedzialny za popełnienie tłumaczenia świetnego dziełka niejakiego Eneasza Taktyka, Obrona oblężonego miasta) tę kwestię poruszył ze studentami. I to naprawdę nie jest proste. Architekt czy budowlaniec ma jasną odpowiedź: od ich pracy zależy, czy uda się wybudować most i czy ten most będzie stał. Jak źle wykonają robotę, jak będą niedouczeni, to most się zawali – będą ofiary w ludziach, a na dodatek nie będzie można przedostać się na drugi brzeg rzeki. Ale filolog klasyczny? Nie buduje dróg ani domów. Nie leczy ludzi. Studiowanie anglistyki czy germanistyki jest bardziej zrozumiałe ze względu użytek płynący ze znajomości języków: delikwent nauczy się niemieckiego i będzie mógł znaleźć dobrą pracę za granicą albo w jakiejś dużej korporacji. Ale filolog klasyczny? Uczy się łaciny i starogreckiego. Gdzie tu sens? Jak pokazać ten sens komuś, kto patrzy tylko na to, czy most się zawali czy nie? Nie ujmując oczywiście nikomu – most musi być solidny, to oczywiste. Fraa nie twierdzi, że fizyk, matematyk czy elektryk są nieważni. Tyle tylko, że często trafia się tu na barierę niezrozumienia, w której Fraa nie potrafi znaleźć jakiejś sensownej szczeliny. Mimo to Fraa jest przekonana, że studia filologiczne, nawet klasyczne, mają wartość i to ogromną.

Problem w tym, że – pod warunkiem, że ktoś nie jest entuzjastą – trudno nawet wskazać, że filologia klasyczna jest najzwyczajniej w świecie: fajna. Bo jeśli już ktoś przyswoi sobie, czym się zajmują tacy filolodzy, to pojawia mu się przed oczami duszy jego obraz starego, smutnego człowieka, który siedzi przy biurku i, w okularach jak denka od słoików, mozoli się nad lekturą Homera w oryginale.
Oczywiście, że jest nieco mozolenia się z tekstami. Ale przecież to też daje pewną frajdę – bądź co bądź, człowiek czyta teksty, których rdzeń powstał ponad dwa tysiące lat temu, a których dokładne brzmienie właściwie do tej pory nie jest do końca jasne, bo teksty są uszkodzone, niepełne czy przeinaczone przez kopistów, a najpewniej wszystko na raz. A jednak nagle okazuje się, że od tamtego czasu człowiek wcale nie posunął się dużo dalej w swoim postrzeganiu otaczającego go świata.

Widać aż nadto wyraźnie, że filologia klasyczna nie cieszy się popularnością. Na przynajmniej jednym z polskich uniwersytetów trzeba walczyć z rektorem o otwarcie każdego kolejnego roku, bo jest to kierunek na tyle mały, że uczelni nie opłaca się tego trzymać. Bo i owszem, liczebność roku waha się między trzema a dziesięcioma osobami, a im wyższy rok, tym mniej na nim studentów. Tym niemniej to nieco żenujące, żeby studenci i wykładowcy musieli przekonywać szefostwo uniwersytetu, że oni chcą się uczyć/pracować. Tym bardziej, że kiedy rektor oznajmia, iż kierunek nie będzie otwarty z braku dostatecznej liczby chętnych, a jednocześnie jest już po rekrutacji na inne kierunki, nie jest to w porządku w stosunku do osób, które wniosły opłatę rekrutacyjną, spełniły wszystkie warunki, a okazuje się, że i tak zostają na lodzie.

To niefrasobliwe podejście do istnienia filologii klasycznej na uczelni, która ma w nazwie „Uniwersytet” dziwi o tyle, że przecież to właśnie w antyku tkwią korzenie tej instytucji. Nie trzeba być geniuszem, żeby przypomnieć sobie Akademię Platona (prawda, że niezbyt obce? Ot, nie szukając daleko – wciąż używa się sformułowania „środowisko akademickie”). Wypadałoby więc okazać nieco respektu wielowiekowej tradycji, jeśli to ma być istotnie uniwersytet, a nie szkoła policealna.

Problem tkwi też w skostnieniu polskiego (ha!) środowiska akademickiego. Wyobrażenie filologa klasycznego jako smutnego pana z Homerem w bladych dłoniach nie wzięło się znikąd. To zresztą w ogóle problem polskiej edukacji – jeśli ktoś jest polonistą, klasykiem, czy – nie dajcie bogowie – filozofem, to na pewno oznacza, że nie potrafi wbić gwoździa, że o wkręceniu żarówki to już w ogóle strach mówić. I, niestety, w Polsce to częściowo pokrywa się z prawdą. Obecnie słowo „humanista” jest niemal obelżywe, bo oznacza kompletnie nieżyciowego frajera, który umie najwyżej przejrzeć streszczenie lektury (bo o całej lekturze raczej też nie może być mowy, za długie...). I tak to sobie funkcjonuje. Filolodzy klasyczni kiszą się we własnym sosie, napawając się własną elitarnością. To oczywiście całkiem miłe uczucie, ale można by się zastanowić, czy nie byłoby warto uświadomić innym ludziom, że filologia klasyczna dotyka często fascynujących tematów, które są wciąż żywe, mimo upływu lat.

Jedna z metod: konferencje. I owszem, nieco ich jest, choć kiedy Fraa czasem przegląda tematy referatów, dochodzi do wniosku, że to jest wciąż to samo. Wciąż klasycy dla klasyków, a nie dla innych osób, które mogłyby być zainteresowane tematem. Szczyt nowatorstwa był jednocześnie niemożebnym strzałem w stopę bodajże w zeszłym roku, kiedy na Uniwersytecie Gdańskim odbywała się konferencja neolatynistyczna. Zapewne można by wyciągnąć z niej sporo ciekawych informacji, gdyby tylko nie to, że całość odbywała się po łacinie. Od powitania, przez wykłady, aż po podziękowania. Kto zainteresuje się taką imprezą oprócz wykładowców z katedry filologii klasycznej? Historyk, który miał rok łaciny i Fraa wątpi, żeby nadążył, za tokiem wykładu? Polonista, który chce poszerzyć swoją wiedzę na temat dorobku Jana Kochanowskiego? Pozostają studenci, ale należy spojrzeć prawdzie w oczy: pięcioro, a może nawet dziesięcioro studentów, którzy czują się na tyle mocni w łacinie, żeby słuchać jej na żywo i rozumieć, nie zapełni całej sali.
Fraa uważa, że konferencja po łacinie na polskie realia jest chybionym pomysłem. Co innego w innych krajach – o tak, do Gdańska przyjechało kilkoro wykładowców z Norwegii. I trzeba przyznać, że posługiwali się łaciną dużo bardziej swobodnie – przecież nie dlatego, że są z przyrodzenia mądrzejsi. Rzecz w tym, że – wedle tego, czego Fraa się dowiedziała – tam łaciny uczy się w inny sposób, traktuje się ją jako jeden z języków żywych. Siłą rzeczy więc pewnie i znalazłoby się tam więcej chętnych na słuchanie wykładów po łacinie. Podchodzenie do tego języka jako do języka martwego, niemówienie po łacinie – to są przypadłości polskie.
Wspierające zresztą stereotyp smutnego filologa klasycznego.

Fraa zastanawia się, jaki jest stereotyp filologa klasycznego w USA. Poważnie. Jak na razie wynika z kawiarczych obserwacji, na Dzikim Zachodzie jest w ludziach jakaś elastyczność, która pozwala na zgłębianie tajemnic antyku w sposób nowatorski czy – po prostu – ciekawy, a której brakuje w Polsce.
Fraa musi tutaj dać przykłady. Musi, bo szkoda, żeby te nazwiska znali wyłącznie filolodzy klasyczni.

Nazwisko pierwsze: Bruce Duncan MacQueen.
W Iowa zrobił doktorat z filologii klasycznej, co nie przeszkodziło w późniejszym zaangażowaniu się w kwestie medyczne. Pozornie dość dziwne połączenie, ale w rzeczywistości profesor MacQueen dysponuje wiedzą, którą ma mało który filolog klasyczny. W związku z tym może swobodnie prowadzić wykłady, w których wyjaśnia, co bawi w komediach Plauta i dlaczego czytając jakiś konkretny fragment, człowiek się śmieje (jeśli mieliście Państwo do czynienia z filologią klasyczną – jak często przy tej okazji pojawiał się schemat mózgu na tablicy i/lub w zeszycie?).
Fraa jest przekonana, że wykłady profesora MacQueena są unikalne na skalę krajową. Pozwalają spojrzeć na teksty i na historię starożytną z zupełnie innej perspektywy, a perspektywę tę umożliwiło właśnie połączenie dwóch ekstremalnie różnych dziedzin: filologii klasycznej i neurolingwistyki.

Nazwisko drugie: Bernard Frischer.
Filolog klasyczny, ale chyba jednak potrafi wkręcić żarówkę. Po pierwsze, jest dyrektorem tego. Po drugie, jednym z projektów profesora Frischera jest Rome Reborn – coś absolutnie genialnego i unikalnego. Profesor Frischer odtwarza w 3D Wieczne Miasto. Można podziwiać zarówno zdjęcia odtworzonego Rzymu, jak i całe animacje, w których profesor funduje wycieczkę po stolicy dawnego Imperium.

Colossus i Colosseum

Forum Romanum

Marsjasz



Fraa może tylko zapytać – dlaczego takie projekty nie powstają w Polsce? Dlaczego w Polsce filolog klasyczny musi funkcjonować jako oderwany od współczesnej rzeczywistości fanatyk, który nie wie co się dookoła niego dzieje? Potrafi za to rozpoznać, że trzy smętne kolumny to świątynia Kastora i Polluksa, tyle tylko, że ta wiedza przecież i tak nikomu do niczego nie jest potrzebna...

Ale na bogów – przecież to wszystko jest, a na pewno może być ciekawe. Wystarczy ruszyć wyobraźnią.

 

 

Ktoś z pijących wraz z Anacharsisem zobaczył w czasie uczty jego żonę i powiedział:
– Aleś ty szpetną kobietę poślubił, Anacharsisie!
Odpowiedział:
– I mnie się tak zdaje. Ale dolej mi, chłopcze, mocnego wina i mniej wody, niech ją zrobię piękną.

[Atenajos 10, 445 f]

23:28, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (11) »
niedziela, 09 maja 2010

Ciąg dalszy wpisu z zeszłej niedzieli. To naprawdę nie jest żaden celowy proceder, po prostu blox.pl jakoś nie dopuszcza do siebie myśli, że ktoś może chcieć zamieścić dłuższy wpis... Fraa jest wobec takiego objawu złej woli bezradna.

 

 

cdByć może nastał czas, w którym tak naprawdę żadna organizacja pośrednicząca między artystą a odbiorcą nie jest potrzebna. Być może niektórym trudno się z tym pogodzić, ale Internet umożliwia na tyle sprawną wymianę tekstów, filmów czy utworów muzycznych, że dystrybucja w obecnej formie jest co najmniej archaiczna. Nie zatrzyma się tak zwanego „piractwa” samym krzykiem, tu trzeba głębszych i bardziej przemyślanych przemian. Jeśli dystrybutor tłumaczy, że ceny płyt poszły w górę, bo ludzie ściągają je z sieci, zamiast kupować legalnie, to popada się w błędne koło. Podniesienie cen przecież niczego nie poprawi, a może jedynie pogorszyć. Kto przy zdrowych zmysłach wyda co najmniej pięćdziesiąt złotych na coś, co może mieć – szybciej i wygodniej – za darmo? To samo dotyczy filmów: kto kupi film za dwieście złotych (no przecież ceny filmów na DVD w większości zależą wyłącznie od tego, jaką popularnością cieszy się tytuł – „Ojciec Chrzestny” nadal kosztuje jakieś bajońskie sumy, a takiego na przykład „Rambo: Pierwsza krew” Fraa nabyła za bodaj pięć czy siedem złotych), skoro może mieć za darmo, w dodatku w lepszym tłumaczeniu? Żeby nie szukać daleko, Fraa ostatnio kupiła tego nieszczęsnego „Henryka VIII” – przecież jak człowiek uświadamia sobie, że właśnie wydał swoje pieniądze na taką fuszerkę, to się odechciewa jakichkolwiek legalnych zakupów.
Skoro już przy słabej jakości oferowanych legalnie produktów mowa, Fraa nie może nie wspomnieć tutaj grach i ich polskich wersjach językowych wykonywanych przez Cenegę. Pierwszy z brzegu przykład to bodajże Warhammer: Mark of Chaos. Gra naprawdę miodnie zrobiona, gdyby tylko nie to nieszczęsne spolszczenie z błędami i kuriozalnymi lukami (ot, po prostu część kwestii była zostawiona w oryginale).
A kontynuując tematykę komputerową: innowacyjne zabezpieczenia gier hakerzy są w stanie rozgryźć w jeden dzień. Tyle zajmuje to tym, którzy bawią się w piractwo. Tymczasem te same innowacyjne zabezpieczenia sprawiają, że przeciętny klient, który kupi sobie tę legalną kopię, nie może później z niej korzystać, jak to miało miejsce w przypadku niedawno wypuszczonego Battlefield: Bad Company 2. W sieci pełno jest wiadomości pisanych przez rozgoryczonych klientów, którzy deklarują, że mogli ściągnąć sobie pirata i przynajmniej mogliby sobie teraz spokojnie grać. To nie - im się zachciało legalnej kopii i teraz są, za przeproszeniem, w dupie, a płytę mogą najwyżej porzucać psu w parku. Tu trzeba dodać, że cena Bad Company 2 wynosi, zdaje się, niemal sto czterdzieści złotych, a więc nie jest to kwota byle jaka.
Tymczasem jeśli już dystrybutorowi tak bardzo zależy na przyciągnięciu klientów i odciągnięciu ich od nielegalnego kopiowania, to chyba należałoby zachęcić chociażby jakością produktu. Skoro można mieć coś za darmo w lepszej wersji, to za co w takim razie miałoby się płacić? Za niedoróbki? A kto zapłaci za nie klientowi?

A skoro Fraa już wspomniała o całkowitej swobodzie pod względem cen płyt DVD, to pozwoli sobie tutaj dodać, że kiedy w swoim czasie odwiedziła Niemcy, to z zaskoczeniem zauważyła, że w przeliczeniu ceny płyt w Niemczech i w Polsce są niemal jednakowe. Tymczasem średnie zarobki w Polsce wynoszą około dwóch tysięcy złotych, podczas gdy w Niemczech – tyleż w euro (stan na 2009 rok).

Inną śmieszną sprawą jest kopiowanie książek, ot – choćby podręczników. Kiedy Fraa była w podstawówce, zawsze pod koniec i na początku roku szkolnego kwitł handel podręcznikami. Dzieciaki, jeśli tylko nie pobazgrały zanadto swoich książek, mogły sprzedać je kolejnym rocznikom. Ot, takie pierwsze podejście do zarabiania pieniędzy. Tym bardziej, że za nowe podręczniki buliło się naprawdę pokaźne kwoty. Tymczasem Fraa jakiś czas później dowiedziała się, że był to proceder nielegalny. Zresztą, w tej chwili nawet nie jest to możliwe do dalszego kultywowania, bo zamiast normalnych książek, gdzie można lekko pisać ołówkiem, potem wytrzeć i sprzedać, uczniowie mają kretyńskie wyklejanki.
Ale podręczniki to temat na oddzielny wpis...
Grunt, że stary, dobry handel podręcznikami jest karalny, a Fraa najwyraźniej dorastała w środowisku ciężko skażonym kryminałem.

I wreszcie Fraa przerwie swoje prywatne utyskiwania i odda głos Partii Piratów.
Fraa życzy powodzenia tej organizacji, jak również wszystkim Partiom Piratów w całej Europie (a tych jest bodajże czternaście).
Tutaj Fraa przytacza kilka fragmentów z wywiadów z członkami partii.

Wywiad – Tygodnik “NIE”
1 Kwiecień 2009 — Trójmiasto

 

Większości ludzi łatwo byłoby określić idealny model wymiany dóbr kultury: pojawia się nowy film, album jakiejś grupy muzycznej? Ściągamy je za darmo z internetu. Gdyby zapytać społeczeństwo, czy chce dostawać za friko także jedzenie, ubrania itp., z pewnością by na to przystało. Co z ludźmi, którzy stworzyli te dzieła? Reżyser i muzyk powinni zostać wynagrodzeni za swoją pracę, nie uważa Pan? Mają pecha – w przeciwieństwie do piekarza czy krawca – że można praktycznie bezkarnie bezpłatnie wejść w posiadanie ich wytworów.

Dzieło jest w praktyce drogą artysty do zysku i popularności, a nie celem samym w sobie. Piekarz zarabia na chlebie, bo pieczołowicie pracuje nad każdym bochenkiem, tak samo krawiec nad ubraniem, każda z tych rzeczy ma wartość dlatego, że została włożona w nie praca i materiały. Artysta przygotowuje się do każdego koncertu i za to należy mu się godziwe wynagrodzenie, ale utwór jest jeden, a stworzenie kopii tegoż nie wymaga ani pracy, ani materiałów. Nie mamy tu więc do czynienia z kradzieżą. Tak działa internet, po to został stworzony, aby powielać i rozpowszechniać informacje.
Na marginesie, warto wspomnieć, że ok. 2% kasy z każdej sprzedanej czystej płyty CD, DVD, dysku twardego i innych nośników danych idzie do kieszeni organizacji producenckich, takich jak ZAiKS. Głupi to pomysł czy nie, tak się dzieje.


Oraz:

Wywiad – Puls Biznesu
1 Kwiecień 2009 — Trójmiasto

Piraci chroniący dorobek kulturalny?

Oczywiście. Przede wszystkim popularyzują go, dzięki nowym technologiom, jak bezpośrednia wymiana plikami i system rekomendacji, dzięki czemu wzrasta zainteresowanie danym tworem. Naszym głównym postulatem jest chęć i realna potrzeba rozwoju społeczeństwa informacyjnego, poprzez wzajemną edukację i otwartość, tj. chęć dzielenia się wiedzą. Chodzi o to, że żaden utwór, żadne rozwiązanie techniczne, wynalazek, nie powstają same z siebie. Ich twórcy czerpią inspiracje z tego, co już powstało, z dorobku cywilizacji, twórczości innych ludzi. Na tym polega rozwój. Owoc ich myśli będzie, zatem inspiracją dla przyszłych pokoleń. W przeciwnym razie staniemy w miejscu zamiast się rozwijać. Myślę, że nie chcemy do tego dopuścić.

(...)

Twierdzicie, że prawo autorskie najlepiej wyrzucić do kosza a patenty są niepotrzebne

Mówi się, że patenty to synonim innowacji, ale to nieprawda, bo w rzeczywistości hamują postęp. W żaden sposób nie służą społeczeństwu, a jedynie eliminowaniu konkurencji. To oficjalnie sankcjonowana forma monopolu idei. Żaden patent nie powstaje przecież sam z siebie, lecz korzysta z dorobku technologicznego. Albert Einstein nie wymyśliłby Teorii Względności gdyby Newton i Leibniz nie wymyślili wcześniej rachunku różniczkowego. Ci zaś nie dokonaliby swego odkrycia gdyby nie teorii funkcji.

(…)

W waszym programie znalazłem hasło 3x otwartość. Otwartość na co?

Po pierwsze: otwarte oprogramowanie administracji, po drugie: otwarte standardy w urzędach i po trzecie: otwarte podręczniki, czyli darmowa edukacja

Otwarte, czyli…

Bezpłatne. To może wydać się dziwne, ale urzędy państwowe nakręcają piractwo komputerowe…

Chwileczkę, sugeruje pan, że urzędnicy państwowi przyczyniają się do piractwa komputerowego?

Tak, bo nie stosują otwartego oprogramowania a jedynie komercyjne. Co gorsze, wszystkie tworzone przez siebie dokumenty generują w formatach komercyjnych a nie otwartych a tym samym zmuszają wielu obywateli do łamania prawa.

W jaki sposób?

Żeby odczytać plik zapisany w Wordzie musisz mieć program Microsoftu, tak? A co zrobisz, jeżeli nie stać cię na wydanie kilkuset złotych na ten program? Jaką masz alternatywę? Dwie: albo nie przeczytać urzędniczego dokumentu albo złamać prawo i kupić program na lewo. 

Gdyby urzędnicy stosowali wolne oprogramowanie, czyli takie, z którego każdy może korzystać bezpłatnie ( np.: OpenOffice, KOffice i AbiWord), tego dylematu byś nie miał. Urząd nie ma prawa żądać od ciebie, nawet sugerować zakupu jakiegoś konkretnego programu, tylko po to abyś, jako obywatel mógł otworzyć państwowe dokumenty, które de facto są twoją własnością, bo powstały z twoich pieniędzy. Dlatego jednym z naszych postulatów jest wprowadzenie otwartych standardów wymiany danych w urzędach i archiwizacji dóbr społecznych.

(…)

Patenty, prawo autorskie, opensource, p2p. Co do tego mają… szkolne podręczniki? Bo w waszym programie o nich piszecie.

Wspieramy ideę wolnych podręczników dla polskich uczniów, jako najlepszy sposób na tanią i powszechną edukację. To ma związek z otwartymi standardami w urzędach. Wystarczy, że Państwo zamówi ich napisanie, ale nie drukuje, lecz udostępni za darmo na stronach rządowych. Powinno tak zrobić w zgodzie z Konstytucją RP. Art. 70 ust 2 brzmi: “Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna.”.

To minister zmuszający uczniów do kupowania podręczników łamie konstytucje RP?

Tak, moim zdaniem zmuszanie ludzi do kupowania podręczników szkolnych to łamanie prawa. Wystarczy skorzystać z alternatywnych rozwiązań. Tak jak to jest np.: w Norwegii.


Fraa nie ma w tym miejscu nic do dodania. Wywiady w całości dostępne na stronie Partii Piratów.

 

I Dilbert na miłe zakończenie dnia:

Dilbert by Scott Adams

22:21, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (4) »
niedziela, 02 maja 2010

cdWbrew pozorom, Jack Sparrow i Czarnobrody to nie ta bajka. Nie chodzi tu też o kwestię somalijskich piratów, którzy w jedenastu chłopa usiłują porwać dwa okręty wojenne USA, rozbijają się o Rosjan i poruszają się na najnowocześniejszych jednostkach pływających.
Rozchodzi się o coś znacznie poważniejszego, czyli o tak zwane piractwo medialne.

Oczywiście już sama nazwa „piractwo” sugeruje, że człowiek ma do czynienia z zachowaniami co najmniej nagannymi, wręcz z łamaniem prawa, a więc naturalnym wydaje się potępienie tego procederu. Tyle tylko, że w przypadku piractwa medialnego sprawa bynajmniej nie jest jednoznaczna, nawet jeśli antypiracka kampania reklamowa sugeruje coś innego.

Kodeks Karny mówi wyraźnie:

Art. 278.
§ 1. Kto zabiera w celu przywłaszczenia cudzą rzecz ruchomą, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 2. Tej samej karze podlega, kto bez zgody osoby uprawnionej uzyskuje cudzy program komputerowy w celu osiągnięcia korzyści majątkowej.

No właśnie: „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej” – kiedy Fraa kupi sobie Windowsa na Stadionie Dziesięciolecia (proszę nie dzwonić na policję, Fraa ma legalną windę...), to nie w celu osiągania jakiejś korzyści majątkowej, bo przecież ani tego później nie sprzedaje, ani nie wypożycza za kaucją, ale po prostu chce używać i móc instalować programy, które chodzą wyłącznie pod Windowsem. Pytanie, jak właściwie rozumieć te korzyści majątkowe. Czy sam fakt kupienia taniej już jest osiągnięciem tego celu? Problem w tym, że to sformułowanie jest niejasne. Równie dobrze może chodzić o to, że korzyść majątkowa jest osiągana później, za pomocą tego ściągniętego bez zgody osoby uprawnionej programu. 

Oczywiście oprócz programów komputerowych, antypiracka kampania dotyczy też ściągania filmów, muzyki czy książek.

W Ustawie o Prawie Autorskim i Prawach Pokrewnych szczególnie interesujące są artykuły 116, 117 i 118. Traktują one o bezprawnym rozpowszechnianiu, bezprawnym utrwalaniu lub zwielokrotnianiu oraz obrocie nielegalnymi kopiami:

Art. 116. 1. Kto bez uprawnienia albo wbrew jego warunkom rozpowszechnia cudzy utwór w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania, artystyczne wykonanie, fonogram, wideogram lub nadanie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Art. 117. 1. Kto bez uprawnienia albo wbrew jego warunkom w celu rozpowszechnienia utrwala lub zwielokrotnia cudzy utwór w wersji oryginalnej lub w postaci opracowania, artystyczne wykonanie, fonogram, wideogram lub nadanie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Art. 118. 1. Kto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej przedmiot będący nośnikiem utworu, artystycznego wykonania, fonogramu, wideogramu rozpowszechnianego lub zwielokrotnionego bez uprawnienia albo wbrew jego warunkom nabywa lub pomaga w jego zbyciu albo przedmiot ten przyjmuje lub pomaga w jego ukryciu, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

Fraa zawsze lubiła te przepisy. Zwłaszcza bardzo jej się podobały nasuwające się przy tym pytania: czy jeśli mieszkający na parterze delikwent otworzy szeroko okno i na cały regulator rozkręci muzykę, to jest to już rozpowszechnianie? Czy popełnia się tu przestępstwo inne niż ewentualne zakłócanie ciszy nocnej etc.? A rozmaite studniówki i tego typu większe imprezy – czy ich organizatorzy łamią prawo, kiedy włączają płyty z muzyką? Nie, jeśli odpalą stosowną dolę ZAiKS-owi. To samo dotyczy pubów. A jaka jest różnica między organizatorem studniówki a rozrywkowym mieszkańcem akademika? Chodzi o to samo: ktoś włącza płytę i wszyscy naokoło mogą tego słuchać.

Jeśli chodzi z kolei o wszelakie kampanie typu „Nie ściągam – nie kradnę”, „Ściąganie filmów jest przestępstwem” i tak dalej, to znów ustawa w tym miesza. Bo wedle niej, rozpowszechnianie utworu co prawda jest przestępstwem, ale nabywanie go – już nie. No, chyba że nabywa się go celem dalszego rozpowszechnienia. Jeśli jednak ktoś tylko ściąga, to wszystko jest w najlepszym porządku. Siłą rzeczy więc kampanie antypirackie najzwyczajniej w świecie oszukują, bo nie rozchodzi się o zdobycie piosenki za darmo, tylko o udostępnienie jej innym. Jasne, często oba te procesy się zazębiają (sieci p2p), ale trzeba pamiętać, w czym tak konkretnie tkwi problem. Nie w tym, o czym mowa w kampanii. Proszę więc nie wciskać kitu, że ściągnięcie filmu jest jak zakasanie kurtki i wsadzenie sobie w portki DVD w sklepie. Bo to nie jest to samo.

Żeby już skończyć z prawnymi bredniami, należy dodać jeszcze dwa artykuły z Ustawy o Prawie Autorskim i Prawach Pokrewnych:

Art. 122. Ściganie przestępstw określonych w art. 116 ust. 1, 2 i 4, art. 117 ust. 1, art. 118 ust. 1, art. 1181 oraz art. 119 następuje na wniosek pokrzywdzonego.
Art. 1221. W sprawach o przestępstwa określone w art. 115-119 pokrzywdzonym jest również właściwa organizacja zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi.

I tak naprawdę tutaj wyjaśnia się tajemnica wszechświata. Bo należy spojrzeć prawdzie w oczy: tu nie chodzi o tych biednych, okradanych twórców: muzyków, aktorów czy reżyserów. Oni robią co do nich należy i za to dostają stosowną zapłatę, a byłby złodziejem ten, kto chciałby im tego odmówić. To wyłącznie aktora sprawa, czy za zagranie w filmie dostanie dwa miliony dolarów, czy czterysta złotych i nikomu nic do tego, nawet jeśli ktoś uważa, że to była denna rola. Później natomiast pojawia się kwestia „właściwej organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi” – czyli będzie to oczywiście dobrze znany pewnie większości Polaków ZAiKS.
Bez dokonania stosownej wpłaty na rzecz ZAiKS-u, dwie osoby, które staną na ulicy i zaczną odgrywać fragment „Naszej małej stabilizacji”, popełniają przestępstwo. Zresztą, być może warto zajrzeć tutaj.

 

 

I oto blox.pl mówi: "Treść wpisu zbyt długa (max. 16KB)". Do zobaczenia więc w przyszłą niedzielę, wpis został - za przeproszeniem - bezlitośnie przerżnięty. Na pół.

19:02, fraa_farara , Kawiarenka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 kwietnia 2010

radioW dzieciństwie Fraa nie słuchała radia. W jej świadomości jakoś utarło się, że radio to brak możliwości wyboru, której piosenki człowiek chce w danej chwili posłuchać, za to że jest sporo reklam i przynudzania niezbyt rozgarniętych ludzi.
Od jakiegoś czasu jednak Fraa zaprzyjaźnia się z kolejnymi stacjami radiowymi. Niestety, efekty nie nastrajają zbyt optymistycznie.

Na początku zapowiadało się całkiem nieźle. Ogromną zaletą radia było to, że Fraa mogła posłuchać czegoś nowego, innego, czegoś, czego nie ma we własnych zasobach muzycznych. Przy niektórych piosenkach pojawiała się nawet refleksja: „O, wieki tego nie słyszałam, a przecież tak to lubię!”.
Kiedy jednak po dziesięciu godzinach Fraa była na etapie szóstego słuchania tegoż kawałka, w kawiarczym umyśle rodziła się wątpliwość: „Dobra, dobra... ale już dość... chyba się nieco powtarzają...?”.
I szybko okazało się, że istotnie pierwotne obawy były słuszne.

Radio jest dobre na tydzień. Może dwa. Jeśli dobrze trafić, to i miesiąc można wytrzymać. A potem zaczyna się ta faza, kiedy człowiek ma ochotę wgryźć się w radioodbiornik i wyssać wszystkie kable jak spaghetti, byle tylko umilkło toto na wieki.

Po pierwsze: muzyka.
Słuchając danej stacji, Fraa jest skazana na łaskę i niełaskę prezenterów radiowych. A ci mają nieprzyjemny zwyczaj męczenia przez trzy miesiące pięciu piosenek na krzyż. Czasem jest to coś, co od samego początku sprawia wrażenie pomyłki historii, tak jak na przykład na Esce Rock nie tak dawno katowano „Pussy” Rammsteina. Mimo całej sympatii do tego zespołu, Fraa szczerze i serdecznie nie cierpi tej piosenki. Najpierw całość brzmi niemal jak Niewidzialny Templariusz, a potem zaczyna się coś, co niby ma jakiś tekst, ale i tak sprowadza się do:

„You’ve got a pussy
I have a dick
So, what’s the problem
Let’s do it quick”

No ileż razy można słuchać czegoś takiego?
To więc jest sytuacja numer jeden. Sytuacja numer dwa ma miejsce wtedy, gdy taka na przykład Eska Rock dopadnie piosenkę, którą się wcześniej lubiło. Stacja stanie wtedy na rzęsach, żeby w przeciągu dwóch tygodni dany kawałek wywoływał mdłości nawet w najbardziej zagorzałych fanach danej kapeli. Tak było w przypadku „Marysi” Kultu. Fraa lubiła tę piosenkę. Przez pierwsze pięćdziesiąt odsłuchań. I jak na początku Fraa się ucieszyła, że jest w ogóle nowa płyta Kultu, może warto by kupić, tak po jakimś miesiącu kawiarka warczała na każdą myśl, która choćby ocierała się o tytuł „Hurra!”. Prawdopodobnie gdyby ktoś wtedy odniósł jakiś sukces i radośnie zakrzyknął „Hurra!”, a Fraa przypadkiem byłaby w okolicy, delikwenta znaleźliby z własną stopą przewleczoną przez uszy.
Jeśli chodzi o aspekt muzyczny, należy tu też wyróżnić niektóre weekendy. Eska Rock od czasu do czasu ogłasza jakiś specjalny weekend. Był weekend z Rammsteinem, był z Kazikiem, były i inne. Fraa nie pamięta jak było w innych przypadkach, ale jeśli chodzi o Kazika, to przez trzy dni weekendu (bo piątki też się wliczają) Fraa mogła usłyszeć niezliczoną ilość razy „Marysię” i chyba jeszcze więcej razy zajawkę, że oto właśnie słuchacie weekendu z Kazikiem w Esce Rock! Yeah!!!1111oneone!!!!11jeden!
Oczywiście, zawsze można przełączyć, jeśli akurat leci jakiś kawałek, którego się nie lubi. Cóż z tego, skoro zazwyczaj przełącza się na coś jeszcze gorszego albo na reklamy?
No właśnie, skoro już o reklamach mowa...

Po drugie: reklamy i sample, czyli aspekt niemuzyczny.
Własna playlista ma tę wyższość nad radiem, że nie ma tam co trzy piosenki durnego przerywnika i masy reklam.
O reklamach radiowych zresztą należy powiedzieć oddzielnie parę słów.

Bardzo często zdarza się tak, że reklama korzysta z rozmaitych efektów dźwiękowych, takich jak syrena policyjna czy klakson. Z jednej strony jest to zrozumiałe: nie mając do dyspozycji wizji, trzeba jakoś uatrakcyjnić fonię, żeby reklama nie była jedynie ciągiem odczytywanych sloganów, ponieważ wtedy osiąga się efekt Jeanette Kalety:

zanet kaleta

Trzeba jednak pamiętać, że przecież normą jest słuchanie radia w czasie jazdy samochodem. Pozostaje więc pogratulować wyobraźni specom od marketingu, dzięki którym przeciętny kierowca co pół godziny dostaje mikrozawału, bo nagle słyszy syrenę policyjną czy ambulans.
Pomijając fakt, że przy takiej reklamie kierowca zamiast spokojnie i bezpiecznie jechać, zaczyna się rozglądać, gdzie jest ta cholerna karetka i w którą stronę odbić, żeby jej ustąpić, to przecież to działa i w drugą stronę: przyzwyczaja się kierowcę do tego, że syrena czy klakson to tylko reklama. Wobec tego jeśli któregoś dnia faktycznie będzie jechała karetka, delikwent zorientuje się o tym dopiero kiedy będzie miał jej tłumik wbity w potylicę.
Oczywiście trudno wymagać jakiegoś oficjalnego zakazu w tej kwestii. Ani nie można zabronić kierowcom słuchania radia (po to są produkowane radia samochodowe, żeby ich używać. Poza tym jest to czasem całkiem korzystne dla kierowcy, który z radia może na przykład czerpać informacje na temat aktualnych korków na ulicach), ani stacji radiowej emitowania reklam z klaksonem. Bo idąc tym tropem, można przecież zabronić również włączania do reklam elementów typu płacz dziecka (bo zarobiona matka będzie się ciągle bała, że to właśnie kwili jej dziecię w drugim pokoju), śmiech (bo prezes pomyśli, że to jego sekretarka, zamiast sumiennie pracować, plotkuje z psiapsiółkami i rechocze), a w ogóle to zakazać mówienia w radiu (bo jakaś starsza pani z galopującą sklerozą dostanie ataku serca kiedy sobie uświadomi, że słyszy głosy, mimo że jest sama w domu). Nie w tym rzecz. Tym niemniej miło by było mieć tę radosną świadomość, że marketingiem nie zajmują się półgłówki bez cienia wyobraźni, których twory być może stwarzają zagrożenie na drodze.

To jednak była tylko mała, reklamowa dygresja.

Po trzecie: element ludzki.
Na bogów! Fraa nie wie do końca, co trzeba obecnie zrobić, żeby znaleźć zatrudnienie w radiu. Waha się między „przespać się z odpowiednią osobą” a „mieć szczęście i przyjść na świat w odpowiedniej rodzinie”. Fraa nie dlatego preferuje Eskę Rock, że tamtejsze audycje są najlepsze, ale dlatego, że są najmniej żenujące. A przecież są przepotężnie żenujące!
Przytłaczająca część prezenterów radiowych to ludzie bez żadnego stosownego wykształcenia (że Fraa wypomni tylko jednego pana po budowlance – nie żeby było coś złego w byciu po budowlance. Ale w takim razie może niech ów pan poszuka pracy w zawodzie, a pracę w radiu zostawi komuś, kto umie się wysławiać?). Nie wiedzieć czemu, za punkt honoru postawili sobie robienie debili albo z siebie, albo ze słuchaczy (no właśnie – cóż to właściwie za maniera, żeby ośmieszać na antenie niczego nieświadomego słuchacza? A to Niezły Numer w Radiu Zet, a to Poranny WF w Esce Rock...). Zdaje się, że radio Eska ma prezentera, który celuje w humorze typu: wyraźne i zdecydowanie nadmierne pobudzenie na wieść o tym, że słuchaczka jest ubrana w ręcznik. Jakby Fraa chciała słuchać szczytującego frajera, nabyłaby sobie jakiegoś pornola. Ale Fraa nie po to słucha radia.
Oczywiście nie można tu nie wspomnieć o radiomaryjnym: „Kasiu, jak masz na imię?”.
Jeszcze gorzej się dzieje, kiedy jakiś program jest prowadzony przez dwójkę prezenterów. Zazwyczaj wtedy oni próbują się przekomarzać i wyzłośliwiać, czego efekt jest raczej żałosny. Tutaj Fraa znów musi wrócić do Eski Rock, w której chyba wszyscy spikerzy onanizują się domniemaną złośliwością niejakiej Ani. Fraa jeszcze nigdy nie słyszała, żeby rzeczona Ania rzuciła jakąś ripostą bardziej ciętą niż średniej wielkości poduszka, za to miała okazję niezliczoną ilość razy usłyszeć zachwyty, jak bardzo Ania jest złośliwa, po prostu eskorockowa Mistrzyni Ciętej Riposty. Naprawdę szkoda, że to nachalne wciskanie słuchaczom image'u Ani w żaden sposób nie pokrywa się z jej zachowaniem.

Pod tym względem stacje radiowe bardzo skorzystały na tygodniowej żałobie narodowej, kiedy anulowano wszystkie te kretyńskie programy i po prostu puszczano muzykę. Fakt, muzyka momentami zahaczała jakościowo Chilli Zet, a więc po godzinie trzeba było przełączyć, bo mózg się lasował, ale mimo wszystko lepsze to niż ta banda niekompetentnych błaznów.

Głupio przyznać, ale na tle wszystkich tych prezenterów najlepiej wypada Kuba Wojewódzki i Michał Figurski. Robią z siebie pajaców, ale od czasu do czasu zdarza im się powiedzieć coś trafnego. Co więcej, parę razy już udowodnili, że potrafią - w przeciwieństwie do innych - powiedzieć kilka składnych zdań z rzędu.

Fraa rozumie, że to wszystko ma być rozrywka. Tutaj jednak pojawia się zasadnicza kwestia: teoretycznie komik, aktor, kabareciarz jest po to, żeby zabawić publikę. To jego praca. Jak świat światem, na tym ta praca polegała. Jeśli taki komik czerpie z tej pracy satysfakcję, to naprawdę świetnie. Przypuszczalnie zarówno dla niego, bo się nieborak nie męczy, jak i dla widza, bo zawsze to lepiej oglądać czyjeś występy bez świadomości, że delikwent właśnie przeżywa tortury jakby go pakowali do żelaznej dziewicy. Tymczasem w polskich mediach nastąpiło kuriozalne przewartościowanie i teraz to celebryci się bawią, a widz może ewentualnie cieszyć się ich radością. I to samo jest w radiu: kolejne parki spikerów robią z siebie debili i chrzanią trzy po trzy, byle tylko wypełnić jakoś ciszę między piosenkami, a słuchacz ma się z tego cieszyć. A jak się nie cieszy, to jego problem. Zawsze może wyłączyć to ustrojstwo.

Na szczęście są jeszcze inne rozwiązania, które są pozbawione radiowych wad. Są to radia internetowe. Począwszy od radia Gadu-Gadu (do którego uruchomienia jednak potrzebny jest Winamp, co niektórym może nie odpowiadać), a skończywszy na radiowych gigantach typu PolskaStacja.pl. Ta ostatnia ma na przykład bardzo duży wachlarz kanałów do wyboru, a prawie nie ma reklam. Ot, samplik od czasu do czasu, jakaś jedna czy dwie reklamy na krzyż i to wszystko. I, co więcej, piosenki powtarzają się dużo mniej, niż w tradycyjnym radiu.
No i zawsze można poszukać w sieci czegoś konkretniej ukierunkowanego, co by nie było uniwersalnym portalem dla każdego.
I tak na przykład jeśli ktoś lubi irlandzkie klimaty, Fraa może polecić LiveIreland.

Tak naprawdę na temat kondycji radia powiedziano już wszystko co powiedzieć należy: „Family Guy”, sezon piąty, odcinek drugi: „Mother Tucker”. Fraa poleca.





„I'm gonna dance with somebody
Dance with somebody
Dance, dance, dance”

15:04, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 kwietnia 2010

Fraa miała w ogóle się na ten temat nie odzywać, ale nie zdzierżyła. Od tygodnia słyszy same brednie. Prawdopodobnie gdyby to potrwało jeszcze trochę, Fraa podcięłaby sobie żyły tłuczkiem do mięsa.
Oczywiście, że chodzi o tragedię narodową, bo o cóż by innego? A konkretnie – pochówek na Wawelu.

sarkofag Lecha i Marii KaczynskichFraa z pewnym zaskoczeniem przyjęła decyzję o pochowaniu śp. Lecha Kaczyńskiego oraz śp. Marii Kaczyńskiej na Wawelu. Dość szybko okazało się, że w istocie wątpliwości ma nie tylko Fraa. Podział społeczeństwa na zwolenników i przeciwników pochówku zaznaczył się dość szybko i na tyle silnie, że nawet w radiu o tym wspominali. Szczególnie błyskotliwym spostrzeżeniem wykazała się tu Eska Rock, niestety, Fraa nie zwróciła uwagi, kto konkretnie był autorem słów:
„Dyskusje o tym przed pogrzebem są co najmniej nietaktowne” – Fraa ma wobec tego pytanie: a kiedy miałyby być te dyskusje? Po pogrzebie? Wtedy to by było co najmniej bezsensowne, czyż nie? Chciałoby się rzec: musztarda po obiedzie, prawda?
No ale dziennikarze najwyraźniej usiłowali przez ostatni tydzień być bardziej taktowni i patriotyczni, niż ustawa przewiduje. Ich sprawa, a Fraa na szczęście zawsze może wyłączyć radio, jeśli słyszy, że ktoś ewidentnie plecie bzdury.

Radio można wyłączyć. Historii wyłączyć się nie da.

Janusz Korwin Mikke na swoim blogu 16. kwietnia napisał:

„Gdy po raz pierwszy moja krewna Kaja spytała mnie, czy sądzę, że ciała śp.Prezydentostwa powinny spocząć na Wawelu, zdębiałem – i odparłem, że o tym decyduje Rodzina oraz właściciel miejsca pochówku. Ani nie jestem Ich krewnym, ani właścicielem tego zamku - więc po co mnie o to pytać? 

Gdy takie pytanie zadano mi po raz dwudziesty, pojąłem, że d***kratyzacja ze szczętem przeżarła dusze Polaków. Obawiam się, że gdyby rodzina pp.Kaczyńskich postanowiła pochować ciała w moim Józefowie, uzgodniwszy to z księdzem proboszczem – to zaraz by się zebrała Rada Miejska i albo by to chciała uchwalić większością głosów, albo zarządziła referendum wśród mieszkańców. 
(...)
Gdyby za to ktoś mnie spytał, czy na miejscu JEm. Stanisława kard.Dziwisza zgodziłbym się na pochówek ciał pp.Kaczyńskich na Wawelu – to odpowiedziałbym: NIE. To, że człowiek dał się zabić w historycznym miejscu nie czyni zeń Wielkiego Człowieka. Gdyby odważył się zawetować Traktat Lizboński – a, to co innego. To wymagałoby stanowczości i odwagi. Zginąć w katastrofie potrafi każdy. 
(...)
Gdyby żył - w listopadzie przestałby być prezydentem: opuszczony przez Prawicę i opluwany przez Lewicę. Teraz stał się Symbolem. 

Ale czy wszystkie Symbole muszą leżeć akurat na Wawelu? 

To jednak, powtarzam, ani nie moja ani nie ”społeczeństwa” sprawa. Społeczeństwo ma uszanować wolę Rodziny i ks.kard.Dziwisza – i już. Nikt nikomu nie każe podczas zwiedzania Wawelu podchodzić do Jego trumny...”


Mimo całej sympatii do lidera partii Wolność i Praworządność, Fraa w paru punktach zdecydowanie się nie zgadza.

1. Wawel nie jest tym samym co cmentarz w Józefowie (oczywiście bez obrazy dla Józefowa). Wawel to ogromne muzeum historii Polski, którego koszt utrzymania – jak to bywa w przypadku zabytków – najpewniej pokrywa budżet państwa (a może i Unia Europejska, Fraa do końca nie wie, ale przypuszcza, że tak). Skoro już kradnie się obywatelom jedną piątą ich dochodów w ramach ogólnopolskiej zrzuty, to wypadałoby uzgodnić z tymi obywatelami sposób wydania ich pieniędzy. Fraa nie jest do końca przekonana, czy konserwacja kaplicy, w której spoczęli śp. państwo Kaczyńscy, to właśnie ta wymarzona forma wydawania pieniędzy większości Polaków. Dlatego też Fraa jest zdania, że to jednak jest po trosze sprawa obywateli. Fraa co prawda jest zagorzałą rojalistką, a co do demokracji zgadza się w stu procentach z panem Januszem Korwinem-Mikke („Dyktatury dzielą się na dobre i złe. Demokracja jest zawsze głupia”), ale jednak skoro już trwa w Polsce zabawa w demokrację, Fraa wymaga jakiejś konsekwencji w tym wszystkim. Bo albo udawać, że jest demokracja, albo otwarcie przyznać, że śp. Lech Kaczyński to król polski, tylko go koronować nie zdążyli.
2. Skoro już o królach mowa – no właśnie. Wawel to nie cmentarz w Józefowie. Wawel to miejsce pochówku królów. Byli koronowani w Krakowie, rządzili z Krakowa, Kraków był ich stolicą i w Krakowie ich pochowano. Jeśli nawet nie rządzili w Krakowie, tak jak Wazowie, to jednak nadal byli kontynuatorami monarchii, jako tacy więc – zgodnie z tradycją – byli chowani na Wawelu. Wszystko ma sens. „Prezydent” nie jest nowszą nazwą na króla, nie ma więc żadnej tradycji tytularnej, do której pochówek śp. państwa Kaczyńskich miałby nawiązywać. Śp. Lech Kaczyński nie był też biskupem krakowskim, żeby chować go w Krakowie, co nadal miałoby znamiona sensu. A Fraa jest zdania, że – ponieważ trwa zabawa w demokrację – kultywowanie lub nie pewnych tradycji narodowych jest jak najbardziej sprawą społeczeństwa.

A teraz trzeba wejść na grząski grunt hasła „bohater narodowy”. No właśnie – jako taki jest obecnie przedstawiany śp. Lech Kaczyński i to to jest argumentem przemawiającym za pochówkiem na Wawelu. Bo Piłsudski, bo Sikorski, bo Mickiewicz ze Słowackim (i Norwidem), Kościuszko i tak dalej.

Jeśli o to chodzi, to Fraa już jak najbardziej zgadza się z panem Januszem Korwinem-Mikke: „Zginąć w katastrofie potrafi każdy.” – może i okrutne, ale przecież prawdziwe. Śmierć w katastrofie lotniczej to tragedia, owszem, ale nie ma w tym bohaterstwa. Jest tylko tragedia (ile razy słyszeli Państwo słowo „tragedia” w ciągu ostatniego tygodnia?). Jeśli ta śmierć miałaby być aktem bohaterstwa, na Wawel należałoby wcisnąć jeszcze 94 osoby, które przecież też zginęły na pokładzie TU-154. Tymczasem od paru dni Fraa ma wrażenie, że tym samolotem leciał właściwie tylko śp. prezydent ze śp. małżonką. Że w sumie to nawet załogi tam nie było, a co dopiero mówić o innych pasażerach. Czasem – ale naprawdę rzadko – Fraa słyszała o „prezydencie i osobach towarzyszących”. A w czym śmierć pilota była mniej bohaterska? Na Wawel z nim!
No proszę Państwa – albo wszyscy zginęli bohatersko, albo nikt. Gdzie tu sprawiedliwość dziejowa?
I nie ma co argumentować całej tej szopki nadzwyczajnymi dokonaniami śp. Lecha Kaczyńskiego za jego prezydentury, bo czy ktokolwiek łudzi się, że śp. Lech Kaczyński zostałby pochowany w Krakowie, gdyby umarł z przyczyn naturalnych? Nie, raczej Fraa wątpi. Tutaj chodziło wyłącznie o okoliczności śmierci, a nie życia. Media od tygodnia dwoiły się i troiły, żeby wykreować śp. Lecha Kaczyńskiego na herosa narodowego, ale – gdyby ten wizerunek miał ręce i nogi – dlaczego nie robiły tego na przykład miesiąc temu? Rok temu?

W Internecie krążyła petycja, którą można było podpisać, a która wyrażała sprzeciw pochówkowi śp. Lecha Kaczyńskiego w Krakowie. Fraa nie omieszkała petycji podpisać, choć oczywiście bez ambicji zmieniania dziejów, a tylko dlatego, że mogła. Mogła wyrazić swoje zdanie, to je wyraziła.
Ciekawsze od samej petycji były jednak komentarze do niej. I to zarówno zwolenników, jak i przeciwników.

Niejaki Eryk na przykład pisał:

„Autorzy tej petycji i podpisujący się pod nią dają dowód bezprecedensowego braku krytycyzmu wobec własnych, żenujących, zawstydzających swoją małością działań. Utraciliście w swojej nienawiści jakikolwiek dystans do siebie samych - ona was już kompromituje, ośmiesza i - krótko ujmując - pożera żywcem, a wy tego nie dostrzegacie:)”

Fraa tak naprawdę wcale się nie dziwi tego typu – skądinąd idiotycznym – postom, skoro druga strona barykady również wyskakiwała z argumentami co najmniej kretyńskimi, a właściwie nie tyle „argumentami”, co żenującą pyskówką wyrażającą ogólną niechęć do PiS-u. Większość komentarzy uwydatniła tylko to, że debili jest pełno i żadna frakcja polityczna nie ma na nich wyłączności.

Tu jednak nie chodzi o nienawiść ani o poglądy polityczne, ale o pewną logikę i konsekwencję. Śp. Lech Kaczyński był prezydentem, wcześniej prezydentem Warszawy. Urodził się w Warszawie. Czy sąsiedztwo śp. Gabriela Narutowicza w archikatedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie byłoby w jakiś sposób godzące w pamięć śp. Lecha Kaczyńskiego? Poza tym, w końcu o wielkości człowieka świadczą czyny, a nie miejsce pochówku, prawda? Fraa sobie myśli, że Warszawa nie jest jakąś zapadłą dziurą, gdzie wstyd leżeć po śmierci. Są w obecnej stolicy Polski miejsca dla bohaterów, dla prezydentów i dla innych znaczących Polaków (tak, Fraa w tym momencie już kompletnie abstrahuje od tego, czy uważa śp. Lecha Kaczyńskiego za bohatera – na potrzeby tego wpisu jest skłonna nawet uwierzyć we wszystkie pozytywne zdania o śp. prezydencie, a co! Tu naprawdę nie chodzi o przekonania polityczne czy osobiste sympatie).

I to chyba by było na tyle. Fraa powiedziała co jej na wątrobie leżało. Bo żałoba żałobą, ale – cytując generała Jaruzelskiego – „są granice, których przekroczyć nie wolno”, a wykorzystanie żałoby narodowej do politycznej propagandy i wstępu do kampanii wyborczej, to – zdaniem każdej uczciwej kawiarki – właśnie taka granica.

A skoro już klamka zapadła, to i tak pozostaje powiedzieć: niech im ziemia lekką będzie.





:*/ lol jeszzce takiej katastrofy nie było!!! [*][*]

[czyjś opis na Gadu-Gadu]

20:32, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (5) »
niedziela, 11 kwietnia 2010

writingJak łatwo zauważyć (albo i nie), wraz z rozpowszechnieniem Internetu, o wiele łatwiej być Wielkim Artystą, niż wcześniej. Przedtem należało – po stworzeniu Wiekopomnego Dzieła – wysłać je do jakiegoś Uznanego Wydawnictwa. Uznane Wydawnictwo mogło zabić interesanta śmiechem, co pewnie zazwyczaj robiło, ewentualnie od czasu do czasu przyjąć któreś Wiekopomne Dzieło i puścić je do druku.

Oczywiście zarówno sytuacja wcześniejsza jak i obecna mają swoje, jak to się mówi, zady i walety.

Wtedy nawet naprawdę wartościowy twórca mógł zrobić szokującą karierę jako hydraulik tylko dlatego, że akurat trafił na redaktora, który miał zły dzień albo po pijaku obiecał dzień wcześniej rubrykę swojemu siostrzeńcowi, w związku z czym na rzeczonego Wielkiego Artystę najzwyczajniej nie ma już miejsca. Albo który odrzucił jakiś tekst, bo główna bohaterka miała na imię tak jak jego była żona. I tak dalej. 
Słowem: co prawda większość grafomanii zostawała w szufladzie autorów, ale – niestety – mogły w niej zostać również dzieła naprawdę dobre.

Obecnie jest odwrotnie: nie trzeba już iść do Uznanego Wydawnictwa, żeby zabłysnąć. Od tego jest Internet. Praktycznie każdy może założyć stronę, bloga czy forum i zamieszczać tam swoją twórczość. Albo skorzystać z gotowych serwisów, których też jest sporo (deviantart.com, opowiadania.pl i inne – które oczywiście prezentują sobą pełen rozstrzał, jeśli chodzi o poziom, ale to już inna para bamboszy). Plus jest masa wydawnictw, które wydadzą każdą grafomanię drukiem lub w formie e-booka, jeśli tylko wyłoży się pieniądze.
Czyli: przeciętny grafoman czy inny partacz może czuć się spełnionym Wielkim Artystą praktycznie bez ćwiczeń, wielu lat prób i błędów oraz nauki. Ale może jakiemuś rzeczywiście wartościowemu twórcy też uda się w ten sposób wybić, bo nie jest uzależniony od humoru jednego, zakompleksionego redaktora. No i należy pamiętać o tym, że dla wielu osób wysłanie maila do wydawnictwa czy czasopisma może być bez porównania wygodniejszą formą zaprezentowania swojej twórczości, niż drukowanie i tyrdlanie się kurcgalopkiem na pocztę w nadziei, że przesyłka może... może nie zaginie po drodze... może nie zostanie zniszczona... może dotrze pod właściwy adres jeszcze w tej dekadzie i tam ktoś ją odbierze i oceni.

I tu Fraa zatrzyma się w swoich wywodach i wróci do kwestii stron, blogów i for. A konkretnie – for.

Oczywiście wraz ze wzrostem liczebności populacji Wielkich Artystów, wzrasta też liczebność Wielkich Krytyków. Obecnie nie wystarczy być po prostu czytelnikiem – trzeba być Krytykiem. Na przykład Krytykiem Prozy. I o tym chciała Fraa powiedzieć.

Naprawdę bardzo trudno jest trafić na forum, na którym można by:

  • Nauczyć się czegoś wartościowego odnośnie pisania;
  • Spędzić czas w przyjemnej atmosferze;
  • Dowiedzieć się o mocnych i słabych stronach swojej twórczości.


Fraa na podstawie swoich obserwacji może stwierdzić, że większość for internetowych zajmujących się twórczością mniej lub bardziej literacką dzieli się na podstawowe kategorie:

Fora słitaśne → gromadzą się tam zazwyczaj dzieci. Oczywiście nie tylko, ale w większości. I wcale tu nie chodzi o wartościowanie, że młodsi są głupsi czy coś takiego. Być może nawet część z zamieszczanych tam tekstów jest całkiem niezła – Fraa nie może tego stwierdzić z całą pewnością, bo zazwyczaj uciekała z takich miejsc wypłoszona słitaśnością. logo forum Nasze OpowiadaniaWielkie i wieśniackie, błyszczące, mieniące się kolorkami emoty i grafiki to najmniejszy problem tych for. Gorzej, że ludzie tam wyznają metodę „Chwalimy się nawzajem”. Jest to założenie absolutnie durne, bo pochwała jest dobra od czasu do czasu jako mobilizacja (Fraa wciąż pamięta, jak wykładowca kiedyś pochwalił jej wysoką frekwencję na zajęciach – od tej pochwały Fraa nie opuściła ani jednej minuty tych wykładów, nawet spóźniać się przestała. No bo jak to tak? Nie przyjść? Po głośnym odczytaniu, że się ma najlepszą frekwencję w grupie?), ale nie jest żadną tajemnicą, że ciągłe pochwały nie pokażą co się robi źle, co można by poprawić i jak można by to poprawić. Ciągłe pochwały prowadzą najwyżej do rozleniwienia. A jednak taki jest mechanizm słitaśnych for: ja pochwalę ciebie, ty pochwalisz mnie i oboje będziemy mieć poczucie własnej zajebistości. A potem wspólnie ponarzekamy na gupie polonistki i jeszcze gupszych matematyków, którzy nas nie doceniają i nie rozumieją. A potem się potniemy tępą łyżeczką.

Fora „elitarne” → w większości bywalcy takich for to ludzie dorośli z inklinacją do takich, co to pełnoletniość osiągnęli ładnych parę lub paręnaście lat temu. Fraa już chyba woli fora słitaśne, naprawdę. Przynajmniej są w jakiś sposób optymistyczne i radosne. A nie ma nic gorszego, niż durnowaty snob, który uważa, że zeżarł wszystkie rozumy. Oni będą robić wszystko, żeby udowodnić swoją wyższość. Jeśli wszyscy pieją z zachwytu nad filmem „Avatar”, oni będą rwać włosy z głowy nad tym, jaki to kicz i durne efekciarstwo. Jeśli wiersz będzie miał rymy i – nie dajcie bogowie! – nie będzie w nim żadnych przerzutni, to oni będą się pocić z konsternacji, jaki to kicz, przestarzała forma i jak w ogóle jest pozbawione ekspresji. I tak dalej. I tak samo z prozą: jeśli coś nie będzie połączeniem Coelho i Masłowskiej, to przepadło. To nie jest literatura.
Fraa miała przyjemność (naprawdę to była przyjemność – śmiechu co niemiara!) uczestniczyć kiedyś na pewnym forum w rozmowie na temat pewnego tekstu. Oczywiście Fraa w żadnym razie nie twierdzi, że tekst był świetny – ot, tekst jak tekst. Przeciętny. Na potrzeby tej notki należy o nim powiedzieć tylko tyle, że głównymi bohaterami były karaluchy.
Jeden z pierwszych komentarzy w większości wyglądał co następuje:

„Przekaz, wydźwięk utworu w moich czytelniczych oczach jest mało odkrywczy, banalny, zwłaszcza ostatni fragment. (…) nie ocali tekstu przed moją skromną oceną czytelniczą. Po lekturze, odniosłem niesmaczne wrażenia artystyczne wynikające z koszmarnego stylu i doboru środków literackiego wyrazu, które nie dostarczyły mi oczekiwanych ani estetycznych ani innych głębszych przeżyć.”

Ale co wynikło z dalszej dyskusji? Już następna wypowiedź tego samego „krytyka” sprowadziła się do:

„Nie lubię, normalnie, tak po ludzku, zwyczajnie, karaluchów”

Czyli „Nie podoba mi się, bo nie lubię karaluchów, a one są głównym bohaterem twojego tekstu” jest równoznaczne z „Przekaz jest mało odkrywczy, banalny, poza tym masz koszmarny styl i fatalnie dobierasz środki literackiego wyrazu” – nie ma między tym żadnej różnicy, prawda?

I tak wygląda, niestety, większość tych „elitarnych” krytyków. Nie mając bladego pojęcia o niczym konkretnym, kierują się jakimiś tam upodobaniami (do czego oczywiście mają pełne prawo!), ubierając to w naukowo brzmiącą gadkę, żeby wydać się większymi fachowcami, niż są w istocie (a to już jest żenujące).
Plus oczywiście traktują pisanie jako ciężką pracę, niemal karę i ponury obowiązek. Brońcie bogowie, żeby kogoś pisanie cieszyło. Oni są ponad prostacką radość tworzenia. Jakby w ich życiu nie było miejsca na rozrywkę.

Fora studenckie → nazwa jest umowna, bo na tych forach oczywiście można spotkać zarówno jednostki w wieku licealno-gimnazjalnym, jak i takie, które wszelaką edukację zostawiły już dawno za sobą, a obecnie zajmują się odchowaniem kolejnej progenitury. A jednak chyba większość to studenci. Nieco bardziej świadomi językowo niż gimnazjaliści, ale bardziej wyluzowani niż osoby z for „elitarnych”. Jasne, znajdą się tam jednostki wybitne, które w wieku dwudziestu lat twierdzą, że pozjadały wszystkie rozumy i na przykład namiętnie poprawiają komuś interpunkcję, chociaż ewidentnie czasem robią to źle. Ale uchodzą w forumowym towarzystwie jako „spece od interpunkcji” i nie ma z nimi dyskusji. Ich argumentem, dlaczego coś ma być tak a nie inaczej, jest osławione „bo tak”.
Tak naprawdę tego typu miejsca są i lepsze, i gorsze od innych. Lepsze, bo pozbawione słitaskowatości i snobizmu for z poprzednich kategorii. Gorsze, bo podatne na przyjęcie zarówno jednostek słitaśnych, jak i „elitarnych”, jako że mają słabo zdefiniowany, dość płynny własny charakter.

Tu Fraa musi dodać, że nie miała żadnych traumatycznych przejść na forach internetowych, na których się rejestrowała. Zazwyczaj było tak se z inklinacją do poprawnie. Po prostu stwierdzała, że nie odpowiada jej towarzystwo, klimat, podejście ludzi do pisania – więc Fraa zabierała grabki i szła do innej piaskownicy. Fraa tu żadnej reklamy robić nie zamierza, ale w razie gdyby ktoś był w rozterce, to Fraa dyskretnie wskazuje na boczną szpaltę tego bloga.

Morał tej bajki jest głównie taki, że jeśli ktoś szuka dla siebie miejsca w sieci, musi uzbroić się w cierpliwość. Czasem trzeba szukać naprawdę długo. Fraa poświęciła na to ładnych kilka lat.
Ale w końcu można jakoś wygodnie się usadowić.
I w gratisie drugi morał: nie warto porywać się na coś, o czym nie ma się bladego pojęcia. Nie warto pozować na kogoś, kim się nie jest i nigdy nie będzie – bo tylko ośmieszyć się można. Tak samo krytyk-krytykant się ośmieszy durnymi wywodami, jak i autor się ośmieszy, jeśli będzie pozował na Wielkiego Pisarza. Obie strony medalu powinny okazywać nieco pokory i dystansu do siebie i swoich dzieł.







„Z zażenowaniem rzucam okiem bo nawet nie chce mi się tego już czytać, tych tanich efekciarskich (pseudo-turpistycznych hehe) wstawek, sekwencji flaków, krwi co przewalają się pomiędzy zdaniami: (…) Jeśli to miało straszyć, budzić wstręt, to to jest jak dla mnie taki obszarpany strach na wróble. I to też na młode, bo taki stary wróbel jak ja wyjada ziarno z kapelusza stracha. Widziałem podobne temu teksty, gdzie występują krwiożercze zombie albo inne strachy na lachy, czarne postaci wykreowane na poczekaniu w opowiadanku o rozbrajająco naiwnej fabule, które na mnie nie robią jednak żadnego wrażenia.”

[cytowane wypowiedzi zaczerpnięte z forum serwisu piszemy.pl]

15:35, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (5) »
niedziela, 04 kwietnia 2010

Glory of the SeasFraa w święta słucha szant. I to w każde święta: czy to Wielkanoc, czy Boże Narodzenie. Z kolędami Fraa miała nieco do czynienia dziecięciem będąc, bo wtedy jako biedna, bezbronna przyszła kawiareczka musiała zaśpiewać kolędę, żeby dostać prezent. Cóż – trauma z rodzinnych świąt zostaje na całe życie. Co do Wielkiej Nocy, to Fraa nawet nie ma pojęcia, czy w ogóle są jakieś piosenki na tę okazję. Jeśli nawet są, to dobrze się ukrywają.

Jakoś padło na szanty. Zresztą, ma to całkiem solidne znamiona sensu: pierwotnie szanty były pieśniami pracy, a przecież przed świętami należy tyrać jak mały parowozik, czyż nie? Toteż żeglarskie piosenki są jak najbardziej na miejscu. Z tą drobną modyfikacją, że oczywiście pieczenie babki jest mniej rytmicznym zajęciem, aniżeli kręcenie kabestanem czy ciąganie szotów. Ale i piosenki nie są typowymi szantami, tylko radosnymi przyśpiewkami, które sprawiają, że i praca robi się radosna. Można pośpiewać pod nosem (Fraa nie ośmieliłaby się robić tego głośno – nie z jej głosem. I nie na trzeźwo), można myślami być zupełnie gdzieś indziej, niż na tym kawałku podłogi przy stole z mikserem i miską pełną jajek.


Fraa podejmowała kilka prób słuchania kolęd w święta, ale zawsze kończyło się to przełączeniem na szanty. Kolędy są dobre do szantażowania małych dzieci, względnie po prostu do śpiewania w dużym gronie rodzinnym. Ale kiedy Fraa usłyszała te nadzwyczaj artystyczne wersje „LulajżeeeEEEeeEE JeeeezuuUUUUuUUUniiiIiiiIIIuuUUUUUuuuU!”, które zaprezentowało pewne internetowe radio, trzeba było przełączyć w trybie natychmiastowym. To było gorsze niż Edyta Górniak śpiewająca hymn narodowy wespół z Jarosławem Kaczyńskim. Jakby tego było mało, do skowyczącej artystki potrafiło dołączyć fałszujące dziecko, a to już jest ponad nerwy każdej uczciwej kawiarki.


Toteż szanty.


Niestety, i tutaj Fraa obserwuje pewne zmiany niekoniecznie na lepsze.

Oczywiście nie jest tak, że Fraa zamyka się na nowe zespoły i jest wierna jedynym słusznym Czterem Refom oraz Starym Dzwonom – chociaż owszem, piosenki żeglarskie w wykonaniu tych zespołów to klasa sama w sobie. A jednak nawet te starsze zespoły ulegają złym wpływom. Może nie Cztery Refy, ale – skądinąd świetna kapela – Smugglers już niestety tak. Chodzi tu o kuriozalne wstawki typu perkusja czy gitara elektryczna, które pasują do wykonywanych przez Smugglersów utworów jak pięść do nosa.

To nie tak, że Fraa nie jest w stanie wyobrazić sobie połączenia rocka i szant. Jest, jak najbardziej – Fraa na przykład z zainteresowaniem śledzi losy zespołu SMW (i nikt nie musi wiedzieć, że rozwinięcie tego skrótu to niefortunna Strefa Mocnych... ekhem... Wiatrów), który może nie jest jakiś urzekająco fantastyczny, ale przynajmniej chłopaki mieli pomysł. Pal sześć, że teksty mają idiotyczne. Kat też ma idiotyczne teksty, a jednak jest popularny (*nuci mrocznym, niskim głosem* „Okręt mój płyynie daleeej... Gdzieś tam..! Serce, choć popękane, chce bić...! Nie ma cię i nie było...! Jest noc..!”).


Jeśli już Fraa wspomniała o SMW, to nie może pominąć milczeniem świetnego zespołu Mordewind, który też się popsuł. Wykonują szanty raczej tradycyjne, w dodatku naprawdę fajnie. I oto jakiś czas temu wymienili skrzypce na perkusję. Dlaczego perkusja? Skąd ten pęd do modyfikowania radosnych, żeglarskich przyśpiewek pod perkusję? Fraa nie potrafi tego zrozumieć.


Na szczęście są płyty. Naprawdę. Fraa kilka razy przekonała się o tym, że zdecydowanie lepiej poprzestać na słuchaniu płyty, a koncert można sobie darować. Z różnych względów. W przypadku Smugglersów i Mordewindu, Fraa jedynie na płycie może usłyszeć pewne piosenki w starych wersjach. Gorzej jest, niestety, z Ryczącymi Dwudziestkami. Fraa dorastała w przekonaniu, że to świetna kapela i że ich koncert byłby naprawdę niezapomnianym doświadczeniem. No i był niezapomniany... Pół godziny po czasie panowie weszli na scenę, zaśpiewali trzy piosenki na krzyż, poszli na półgodzinną przerwę, wrócili na kolejny, króciutki secik, poszli na kolejną, przydługą przerwę, a potem się okazało, że to koniec koncertu. Dodać tu trzeba, że to była płatna impreza. Fraa obiecała sobie, że więcej nie da złamanego grosza na zobaczenie Ryczących Dwudziestek na żywo. Wystarczą płyty – bo na płytach panowie brzmią naprawdę rewelacyjnie. Nie można im odmówić umiejętności, co to to nie. Jakoś tak jest, że Ryczące Dwudziestki dopadł chyba samozachwyt czy inne zmanierowanie, wskutek czego na koncertach panowie stwierdzają najwyraźniej, że są gwiazdami i to powinno hołocie wystarczyć. Na szczęście nie jest to przypadłość ogólna, bo przecież nie mniej znany zespół Mechanicy Shanty daje świetne koncerty, na których zawsze człowiek rewelacyjnie się bawi. Jeśli przyjdzie się na taką imprezę, to wiadomo, że warto wyłożyć pieniądze. W przeciwieństwie do na przykład EKT Gdyni, gdzie owszem, niby grają fajnie, jeśli tylko w ogóle zaczną grać. A że panowie potrafią jeszcze przed koncertem być w stanie wskazującym na wskazanie, to różnie to bywa...


Słuchanie szant z płyt i/lub radia ma jeszcze inną zaletę: można cieszyć się fantastycznym dorobkiem zespołu Packet, który nagrał jedną płytę, po czym rozpadł się w drabiazgi. Fraa zresztą boleje nad tym faktem, bo naprawdę to co Packet po sobie zostawił, jest absolutnie bezbłędne.


Zupełnie inną sprawą jest miejsce kobiety w szantach.

Fraa nie zamierza się tu mieszać w historie o tym, że baba na pokładzie to nieszczęście i tak dalej. Jest to coś przestarzałego i zasłanianie się tym w dzisiejszych czasach nie ma wielkiego sensu. Poza tym scena muzyczna to mimo wszystko nie jest pokład żaglowca. Dlatego też jedyne, czego Fraa oczekuje, to jakiekolwiek dopasowanie treści do osoby śpiewającej. I dlatego Fraa apeluje: drogie panie, przestańcie, do stu demonów, śpiewać „Brankę” czy „Szesnaście ton”! Przecież to absurdalne i żenująco głupie. Nie ma znaczenia, czy śpiewa to solidny kawał babska z wałkiem w dłoni, czy drobna blondyneczka w jeansach ozdobionych cekinami. Żadna kobieta nie zaśpiewa tekstów typu „A że byłem wtedy dość silny chłop, to ogary wnet wpadły na mój trop.” albo „Gdy matka mnie rodziła, pochmurny był świt, podniosłem więc szuflę, poszedłem pod szyb.” tak, żeby to nie wyglądało komicznie.

Tu naprawdę nie chodzi o to, że Fraa w ogóle nie przepada za damskimi wokalami. Nie przepada, to prawda, ale są przecież piosenki, gdzie udział kobiety jest jak najbardziej pożądany. Ot, choćby taki „Szczęśliwy Powrót”, wspomnianych już Packetów: ta piosenka jest wręcz wybrakowana bez kobiety śpiewającej ostatnią zwrotkę:

Ludzie, ej! Kocham was!
Właśnie w takim ulu,
Lecz wysiadam, koniec, pas,
Chyba pójdę lulu!”

Jest zespół Za Horyzontem, który przecież świetnie dopasowuje teksty do damskich głosów – bo przecież gdyby panowie śpiewali takie piosenki jak „Panny Portowe” czy „Baba na pokładzie”, byłoby to równie idiotyczne, co kobieta śpiewająca „Brankę”.

Niektórzy więc potrafią pogodzić płeć i tekst.

Żeby nie było, że Fraa uznaje kobiety tylko jako portowe dziewki – są inne, mniej ekstremalne sytuacje, gdzie też pani sobie poradzi. Znów należy tu przytoczyć Packetów, gdzie przecież „Monę” śpiewa kobieta.


Fraa zawsze skręca się, kiedy słyszy ewidentne idiotyzmy. I kiedy widzi te lśniące perkusje na scenie. Acz niezależnie od tego wszystkiego, Fraa nadal myśli, że w Polsce szanty mają się naprawdę nieźle. Fraa się nawet zastanawia, czy Polacy nie przeżywają morskich podbojów Wielkiej Brytanii, Irlandii, Hiszpanii i Ameryki bardziej, niż sami Anglicy, Irlandczycy, Hiszpanie czy Amerykanie. Fraa była w swoim czasie na koncertach jednego kanadyjskiego zespołu i jednego francuskiego – i nie były to jakieś nadzwyczaj porywające doświadczenia. Kanadyjczycy jeszcze pozostawili w miarę pozytywne wspomnienia, choć chyba prezentowali bardziej tradycyjny, może nawet prymitywny styl: proste melodie, nie do końca dostrojone instrumenty, zero fikuśności. Fraa przyjęła to bez bólu, za to pewna skrzypaczka bardzo ubolewała przez cały wieczór, że Kanadyjczycy mają cholernie rozstrojone skrzypce. Argument: „To wyjdź, po co się męczyć?” pozostawał bez odzewu.

Za to Francuzi byli zupełnie nieciekawi.


Fraa nie będzie się łamać – zespołów szantowych jest ogromny wybór, jedne są bardziej postępowe, inne mniej. W najgorszym razie można chodzić na koncerty celem przedniej zabawy, a celem słuchania dobrej muzyki – włączyć komputer.


Grunt, że można sobie umilić święta. Wszystkie.





Hej, żeglarzu, przygotuj złota pełen trzos,
kiedy zechcesz po rejsie znów przytulić się,
bo gdy pływasz łajbą, taki już twój los –
jeśli nie masz forsy, nie zabawisz się!”

[Za Horyzontem - „Panny Portowe”]

21:29, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2

Fraacja
Liczydło, a co!