Kategorie: Wszystkie | Film | Gry | Jedną Nogą w Grobie | Kawiarenka | Książka | Mity
RSS
niedziela, 28 lutego 2010

Wiadomo – blogów jak psów, można w nich wybierać i przebierać do woli. Część z nich to coś w rodzaju pamiętników (właściwie to słusznie – idąc za kopalnią wiedzy, Wikipedią: „ang. web log dziennik sieciowy”), gdzie człowiek może się uzewnętrznić ze swoimi przemyśleniami i problemami (co oczywiście przybiera rozmaitą formę i jest bardzo niejednolite pod względem poziomu), a są blogi o precyzyjniej określonym celu: takie, na których człowiek zainteresowany fotografią wrzuca swoje zdjęcia, poeta (lub grafoman) wiersze (lub coś, co bardzo by chciał, żeby było wierszami), pisarz (lub grafoman) opowiadania/powieści (lub coś, co w założeniu ma być opowiadaniem/powieścią). Wśród tych ostatnich oczywiście też jest pełen przekrój, jeśli chodzi o wartość literacką.
Fraa nie jest znawcą, ale mimo wszystko potrafi ogarnąć, że coś takiego:

Siedzę sobie, czytam gazetę,piszą o tym, ze jacyś farmerzy umarli i ich zwierzęta.
Szukają odcisków palców.
jest też napisane, że szukają sprawcy i nie wiedzą o co chodzi z tymi zwierzętami.
Żeby mordować ludzi, ale żeby zwierzęta?
Oczywiście nikt się nie skapnie, że to byłam ja.
Od kiedy jestem Dhampirem zmieniły się moje upodobania kulinarne, muszę pić krew ludzką, lub zwierzęcą, ale jednak wybieram częściej ludzką, oczywiście kiedy mam wybór.
Od tamtego czasu wiele się zmieniło.
Wiktor mnie rzucił kiedy mu o tym powiedziałam.
Tak gadaliśmy:

- Cześć słoneczko - powiedział.
- Wiktor muszę ci coś powiedzieć...
- Mów, zawsze to zrozumiem.
- OK - powiedziałam - jestem dhampirem.

On zemdlał, jak się ocknął powiedział, ze nie będzie przebywał z kimś takim.
Nie jestem wampirem, więc nie mam serca z kamienia, ryczałam całą noc, chciałam już nim nie być (dhampirem)
Ale nie myślcie, że ja nocami piję tylko krew!
Poluję na wampiry, zmniejszając ich populację.
Robię to też dlatego, że nienawidzę wampirów.
Uważają się za lepszych bo są ,,czystej krwi''
Mam to autentycznie w d***e!
Niech się o********ą, inaczej całą ich rasę zniszczę!
Wkurzyłam się i włączyłam komputer.”

[źródło: http://i-am-dhampir.blog4u.pl/]

nie mieści się w kategorii „dobre opowiadanie”. Na pewno są gdzieś w przestrzeniach blogów bardziej wartościowe dzieła, ale. No właśnie – „ale”.

Fraa nie wie dokładnie kiedy to się odbyło i w jakim odstępie czasowym, ale faktem jest, że dzieci nagle uznały, że blogi to świetne miejsce na spełnianie swoich literackich aspiracji, a starsze dzieci uznały, że młodociani grafomani to świetny pretekst na uzewnętrznienie własnych frustracji.
I pojawiły się „analizatornie”.

Fraa lubi czasem zajrzeć do takiego miejsca – co jak co, ale zazwyczaj jest tam śmiesznie. Pewnie większość ludzi lubi wyśmiać bezdenną głupotę, zwłaszcza że to ktoś inny się tą głupotą wykazał. Można poczuć się lepiej.
Fraa natomiast od jakiegoś czas zaczęła się zastanawiać, po co właściwie są te analizatornie, czemu mają służyć i czy na pewno ich istnienie wychodzi na zdrowie blogowej społeczności.
Chodzi o to, że przecież to właśnie analizatornie robią parszywą krecią robotę, jeśli chodzi o ogólne postrzeganie poziomu literackiego blogów. Analizatornia wywłóczy „sweet blogasek” z kolejnym opowiadaniem, w którym nastoletnia autorka wciela się w postać wampirzycy, w której rozkochuje się dawniej Draco Malfoy, teraz Edward z „Tłajlajtu”, po czym rzeczona analizatornia dokonuje analizy. Czyli wyśmiewa po kolei każde zdanie, które owszem – zazwyczaj woła o pomstę do wszystkich poziomów nieba.
Tyle tylko, że gdyby nie analizatornia, najprawdopodobniej popularność wielu z tych tekstów nie wyszłaby poza autorkę i jej najbliższe psiapsiółki. Tymczasem dobre opowiadania? Gdzieś pewnie są. Tyle że nie można się przy nich pośmiać z cudzej głupoty i ponapawać własną złośliwością, więc o nich się nie mówi. I później wychodzi na to, że na blogach istnieją wyłącznie kiczowate grafomańskie dzieła dziewczynki, którą rodzice zbyt długo zostawiali samą przed telewizorem.

Zresztą nietrudno się zorientować, że te żenujące blogaski koszą konkurencję pod względem popularności: najbardziej znany blog ostatnich tygodni to przecież ten. Dlaczego ludzie go czytają? Fraa nie wie. A jeszcze bardziej nie wie, po co komentują. No ale jednak tak to jest, wystarczy porównać aktywność u rzeczonej Martynki z tą tutaj albo tutaj.
I Fraa przypuszcza, że analogicznie wygląda sprawa z blogami nastawionymi na przedstawianie swoich płodów literackich. 

Czy więc warto popularyzować żenującą grafomanię tylko po to, żeby móc zalśnić własnym intelektem?
I tutaj pojawia się kolejna kwestia: jakość wykonywanych analiz. Fraa nie mogła powstrzymać uśmiechu, kiedy najpierw przeczytała uwagę analizatorki odnośnie „cofania się do tyłu”, „schodzenia w dół” i tego typu pleonazmów, po czym kilka wpisów dalej ta sama analizatorka walnęła „unosić się do góry”. Fraa uważa, że jeśli ktoś się bierze za analizowanie, sam musi bardzo, ale to bardzo uważać na słowa. Inaczej okaże się niewiarygodny. Czyli należy albo okazywać więcej pokory, albo dbać o własną polszczyznę, bo lada moment pojawią się analizatornie analizatorni.
Ale ważniejsze od tego jest odpowiednie usytuowanie własnej analizatorskiej osoby. Fraa może rechotać przy uwagach dotyczących jakiegoś bzdurnego konceptu, ale zgrzyta zębami widząc, że analizatorka onanizuje się własną zajebistością i ciągle podkreśla, że jest tak straszliwie złośliwa, wredna, paskudna i zUa. I że tak bezlitośnie potraktuje czyjś blogasek. I to dlatego, przez tego typu wstawki analizatorów, Fraa uznała, że analizatornie mają główny cel: dowartościować analizatora. Fraa nic nie poradzi – analizatornie same skłoniły ją do takiego wniosku.

Łącząc jedno z drugim Fraa dochodzi do wniosku, że wszystko to jest jeden burdel: młode grafomanki, zamiast czytać lekturę na język polski, silą się na wyższą literaturę, bo chcą być podziwiane i adorowane (zarówno przez czytelników, jak i przez urojonych bohaterów), a analizatorzy, zamiast wziąć się za coś sensownego, czytają twory młodych grafomanek, bo chcą być podziwiani i adorowani (za swoją złośliwość i wredotę, przy której doktor House to koffany misio-pysio).

Fraa nie jest przeciwniczką analizatorni – jak już pisała: sama do nich zagląda i podśmiewa się z większości zamieszczonych tam tekstów. Fraa stwierdza po prostu, że oprócz analizatorni dobrze by było rozpropagować również blogi z tymi dobrymi opowiadaniami. Nie byłoby to oczywiście tak prześmieszne i łatwe, ale w jakiś sposób jednak sprawiedliwe. Plus Fraa byłaby zachwycona, gdyby analizatorki (tak, Fraa jednak ma wrażenie, że to głównie kobiety) zajęły się analizowaniem tekstu, a nie własnej zajebistości.


I to tyle dzisiaj. Do zobaczenia we wtorek.




„Nieważne jak o Tobie mówią, ważne, żeby mówili w ogóle.”

12:14, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 lutego 2010

Dawno temu Vamphra zaczęła pewien projekt, a po dwunastu odcinkach go zamknęła i wyrzuciła klucz. Łosiu co prawda zapytała, kiedy druga seria, ale Vamphra miała postanowione: dwanaście odcinków i ani jednego więcej.
Tymczasem Fraa, skoro już ma ten swój poligon... ekhm, ten swój blog, postanowiła włamać się do ciemnego magazynu, w którym pokrywał się kurzem i pajęczynami wyżej wspomniany projekt i – kto wie – może nawet spróbować pobawić się w kontynuację. Dla ćwiczenia systematyczności czy coś takiego. Fraa jeszcze nie wymyśliła po co.

Oczywiście będą to – przynajmniej na razie – makabryczne improwizacje. „Makabryczne” nie w sensie tematyki, ale strony technicznej. Fraa dopiero odkrywa pewne programy i/lub narzędzia, więc teraz zacznie się etap prób i błędów. Oby z czasem było więcej prób, a mniej błędów.

Cóż można powiedzieć o projekcie? Na początek może Fraa przedstawi bohaterów, jako że z braku pierwszego tuzina odcinków pewne informacje mogły umknąć:
Franki → zombie; za życia był taksówkarzem; Fraa nie ma bladego pojęcia, dlaczego zombie ma na imię akurat Franki (jak ktoś chce być hiperpoprawny, może oczywiście to zapisywać „Frankie”, ale Fraa nie widzi sensu takiego postępowania), ale coś jej się tli, że to po prostu była pierwsza z brzegu ksywka należąca do osobnika, którego Fraa spotkała bodajże raz w życiu, akurat jakoś w okolicach narodzin pomysłu na ów projekt.
Grabarz → Fraa jest niemal pewna, że grabarz miał jakieś imię, ale za skarby dwóch wszechświatów nie może sobie przypomnieć, jakie. Toteż dopóki nie będzie jakiegoś nagłego objawienia, grabarz pozostanie po prostu Grabarzem. Co można o nim powiedzieć? Cóż: jest grabarzem i to on odkrył Frankiego, a później rzucił tę robotę, rzucił nałogi, założył rodzinę i zaczął nowe życie.
Petunia → po prostu Petunia. Twierdzi, że to imię niszczy jej imidż.

Więcej uwag Fraa chwilowo nie ma.

Eksperyment „Jedną nogą w grobie” uważa się za (ponownie) otwarty.

 

piątek, 26 lutego 2010

Powieści Alexandre'a Dumasa są interesującym zjawiskiem. Bardzo chętnie ekranizowane, ale bardzo niechętnie czytane. Trudno się dziwić: nazbyt dokładne opisy, pełno Überherosów, nieco nieprzystające do dzisiejszych czasów dialogi no i Francuzi pokazani jako społeczeństwo pięknych, odważnych kobiet oraz dzielnych, silnych mężczyzn. Francuzi! Kto by w to uwierzył? A co z dowcipem „Mam do sprzedania miecz francuski. Prawie nowy, raz rzucony.”? Albo z tym: „Francuskie czołgi mają pięć biegów. Cztery wsteczne i jeden normalny, w razie gdyby wróg atakował z tyłu.”? Nie – proza Dumasa nie ma możliwości cieszyć się szerszą popularnością. Co zrobić – najwyraźniej dzieła pisane jako powieść w odcinkach do gazet kiepsko się starzeją, czego potwierdzeniem jest nasze rodzime „Nad Niemnem”.
A jednak bohaterowie, których stworzył Dumas, oraz ich przygody to bardzo wdzięczny temat dla filmowców. A efekty tego są rozmaite.

aramisFraa z lubością śledzi te efekty, jako że powieści Dumasa czytuje i jest ciekawa reżyserskich wizualizacji. Szczególnie dobrze wspomina oczywiście wszelkie produkcje z udziałem Richarda Chamberlaina. Fraa od najwcześniejszego dzieciństwa była fanką Chamberlaina (taaak, dziewczynką będąc... to aż przykre), jest nią zresztą do dziś (babą będąc... to nadal przykre). Nic więc dziwnego, że jedne z ulubionych filmów, jakie Fraa może wymienić, to połączenie Dumas+Chamberlain: „Trzej Muszkieterowie” z Chamberlainem, „Hrabia Monte Christo” z Chamberlainem i „Człowiek w żelaznej masce” – dla odmiany – z Chamberlainem.

 

threemusketeersAle należy się pogodzić z faktem, że ekranizacji „Trzech Muszkieterów” było jak mrówków. No i dać im szansę, co też Fraa uczyniła, oglądając (nie pierwszy raz, zresztą) „Trzech Muszkieterów” z roku 1993, w reżyserii Stephena Hereka.

Cóż – film ma swoje lepsze i gorsze momenty. Fraa jest prostą kobieciną, która nie potrzebuje nie wiadomo jak wyrafinowanej rozrywki, w związku z czym z przyjemnością ogląda biegającego w tę i nazad, radosnego Portosa (Oliver Platt). Kiedy w karecie przebierał między flaszkami Fraa miała wrażenie, że mogłaby się z takim napić jakiegoś dobrego wina – choćby i francuskiego. Dialogi w stylu tego o królowej Ameryki czy o gatunku cuchnącego sera Fraa odbierała bardzo pozytywnie i świetnie się bawiła. Podobnie sytuacja wygląda z Atosem, choć tu oczywiście widz ma do czynienia z większą dawką powagi. Tym niemniej Fraa polubiła tę postać... a może to zasługa Kiefera Sutherlanda, którego Fraa również bardzo lubi, niemal tak bardzo jak Sutherlanda seniora? Trudno powiedzieć. Do tego oczywiście nie można zapomnieć o Aramisie (Charlie Sheen).
richelieu

Jakby mało było samych Muszkieterów, Fraa jest zachwycona Timem Curry, który wcielił się w rolę – a jakże! – kardynała Richelieu. Przyznać trzeba, że Curry doskonale nadaje się do paskudnych, cynicznych i opętanych wielkimi ambicjami mynd (takich jak Poeta w jednym z odcinków „Lexxa”), więc jako kardynał był bardzo przekonujący.

Oczywiście oprócz kardynała Richelieu, drugim złym bohaterem jest Rochefort. I to jakim złym! Rochefort stracił oko przy okazji plugawych knowań (naturalnie, że przy okazji!), więc nosi iście piracką, mroczną opaskę. Oprócz tego jest ubrany zawsze, ale to zawsze na czarno. Jest mroczny. Bardzo.
Dla kontrastu, mamy też komicznego złego bohatera, Girarda: gościa, który od samego początku usiłuje pomścić zhańbienie swojej siostry. Jak na przeciwnika głównych herosów przystało, jest w jakiś sposób „wadliwy”. Co prawda udało mu się zachować oboje oczu, ale za to ma piskliwy głos kastrata i jest ogólną pierdołą. Co jak co – ale żaden z bohaterów pozytywnych nie jest pierdołą. Portos jest elementem humorystycznym, ale widz śmieje się z nim, a nie z niego. W przeciwieństwie do skowyczącego Girarda.

Co tu dużo mówić: w filmie poczucie humoru jest proste jak konstrukcja cepa, d'Artagnan jest naiwnym kretynem, który wywołuje jedynie:

doublefacepalm

...a „nieoczekiwane zwroty akcji” to najbardziej wyeksploatowane numery pod tytułem „zastrzelili go i uciekł, bo miał w kieszonce na piersi papierośnicę/książkę/medalik/zegarek/wstaw-jakikolwiek-inny-przedmiot”. Albo „jedziemy przez kompletnie pusty las i nagle właśnie na naszą drogę wychodzi wieśniak z wozem pełnych źle przywiązanych beczek” przypominające klasyczne sceny pościgów, gdzie zawsze elementem spowalniającym jest handlarz porcelany, grejpfrutów czy koleżka niosący szybę.

Fraa wychodzi z założenia, że ocenianie tego filmu pod kątem zgodności z literackim oryginałem nie ma większego sensu. Ta wersja jest bezpardonowo unowocześniona, zrobiona z przymrużeniem oka – taka, która ma bawić współczesnego widza. Zauroczyć bajeranckimi płaszczami, eleganckimi szpadami i rozweselić nieskomplikowanymi żartem tu i ówdzie. I Fraa uważa, że tę funkcję „Trzej Muszkieterowie” Hekera spełniają doskonale. Dają półtorej godziny wytchnienia po dniu spędzonym na myciu podłóg, czyszczeniu toalety, zmywaniu naczyń i tego typu upierdliwych zajęciach.
A jak ktoś chce poznać prawdziwych Muszkieterów – to przepadło, niech sięga po książkę.
Warto.




„– Przepraszam...
– Chwileczkę! Tę chustę dostałem od królowej Ameryki!
– Nie ma takiej.
– Łączy nas duża zażyłość. Udowodnisz, że tak nie jest?”

19:37, fraa_farara , Film
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 lutego 2010

Są filmy, do których po jakimś czasie chce się wrócić i przeżyć przedstawione w nich historie jeszcze raz. A są takie, które chce się zapomnieć. Najgorzej jednak jest z filmami, które kiedyś się widziało, ma się mgliste pojęcie, że chyba nie bardzo się podobało, ale tak właściwie nie umie się powiedzieć dlaczego ani o czym to tak w ogóle było.
Do tej ostatniej kategorii zaliczała się produkcja „Władcy Ognia” z 2002 roku w reżyserii Roba Bowmana. Fraa więc postanowiła obejrzeć ten film jeszcze raz i wyrobić sobie opinię.

Bodajby oślepła za tak durne pomysły!

wladcyogniaGłówny bohater, Quinn (Christian Bale), został wychowany przez samotną matkę, która – ponieważ była prawdziwie twardą kobietą – pracowała w kopalni. Pewnego pięknego dnia, chłopiec odwiedził matulę w pracy, podczas gdy koledzy matuli dokopali się do jamy smoka. Smok się obudził, zionął w górników tak, że został z nich smród i skarpetki, po czym ruszył w świat. Przeżył tylko dwunastoletni Quinn.
Dwadzieścia lat później ludzkość została już wybita niemal co do nogi. Zostało parę ostatnich bastionów rozrzuconych tu i tam. Quinn (tu przez chwilę można podziwiać jego obnażone piersi) dowodzi grupką Anglików ukrywających się w zrujnowanym zamku. I do tejże grupki przyjeżdża z kolei grupka Amerykanów: ich szef (Matthew McConaughey) wygląda co prawda raczej na coś zbliżonego do Wikinga, ale pal sześć. Nazywa się Denton Van Zan, bo – jak wiadomo, „van” jest takie am... chwileczkę! Przecież to niderlandzkie „z”... a więc Amerykanin czy może jednak Holender? No ale pies to trącał, widocznie facet był przywiązany do holenderskich korzeni swojej rodziny. Grunt, że był twardy, wytatuowany i miał smoczy kieł zawieszony na szyi. W każdym razie Amerykanie wpadają do zameczku Anglików z czołgami, karabinami i – a jakże! – śmigłowcami. Co więcej okazuje się, że Amerykanie są zabójcami smoków, mają elitarny oddział do skakania z helikopterów i w ogóle są tak kozaccy, że nawet nie muszą mówić, co jest kozackie. Po prostu są.
Fraa się zaczęła zastanawiać: skoro są tacy świetni i mordują smoki na śniadanie, to dlaczego dwadzieścia lat wcześniej, kiedy jeszcze było w USA jakieś trzysta milionów ludzi, nikt nie potrafił sobie z tymi bestyjami poradzić? Czemu oddział „Archaniołów” (o banalności tej nazwy Fraa się woli nawet nie wypowiadać) mógł powstać dopiero kiedy ludzkość została zredukowana do kilku dziesiątek?

Ale ale, skoro już mowa o wątpliwościach: o co właściwie chodzi? Smoki wypaliły całą ziemię i co? Czym one właściwie się żywiły? Ludźmi? W którymś momencie jest mowa o tym, że smokom nie zależy na ludziach, za to chcą spalić uprawy. W takim razie dlaczego palą te uprawy tylko wtedy, kiedy na polu jest jakiś człowiek? Wcześniej nie zauważyły? Nie no, rzeczywiście, Fraa domyśla się, że przelatując nad bezkresnymi połaciami wypalonej, czarnej ziemi trudno zauważyć prostokąt zieleni, gdzie po tyczkach pną się dorodne krzewy pomidorów i fasola. Może umknąć. Zresztą, przecież było kilka scen, w których smoki wsunęły paru ludzi – czyli może jednak chodzi o świeże mięsko, a nie palenie pomidorów?

Fraa nie mogła też znaleźć żadnego sensownego uzasadnienia dla faktu, że smoki o zmierzchu widzą gorzej. Wytłumaczenie pod tytułem „magiczna godzina” nie jest satysfakcjonujące. Fraa odniosła wrażenie, że twórcy filmu wymyślili sobie coś takiego, żeby fajnie brzmiało, ale nawet nie spróbowali przemyśleć, jakie by to miało mieć logiczne przyczyny. 
Niestety, to samo dotyczy samej idei przetrwania tych resztek ludzkości w opanowanym przez smoki świecie. No bo skoro trójka frajerów potrafiła zabić największego i najgroźniejszego smoka, to dlaczego nie potrafiły tego zrobić całe potężne armie? Przecież trójka frajerów miała tylko dwie flary i topór. To nie byli żadni nadludzie. A wręcz trzeba powiedzieć, że Quinn był kretynem jakich mało: no bo kto o zdrowych zmysłach dostaje jedną, jedyną, ostatnią rakietę, którą ma rozsadzić smoka i uratować świat, po czym przebiegając przez ulicę najzwyczajniej w świecie gubi tę rakietę, o czym orientuje się będąc już daleko? Nie no, oczywiście – zdarza się od czasu do czasu coś zgubić, ale Fraa była niebywale porażona głupotą tej sceny i głupotą głównego herosa.
O Izabelli Scorupco, która drobnym kroczkiem przetruchtała przed najgroźniejszym smokiem waląc do niego serię z karabinu, Fraa nawet woli nie wspominać, bo to było żenujące. Ona – Alex – drobi tuż przed nosem samca alfa, a ten stoi. I sapie.

No i zakończenie: samiec ukatrupiony (spoiler? Fraa przeprasza... acz jednak ma wrażenie, że to nie był jakiś nadzwyczajny suspens w tym filmie, więc może Fraa nie wyrządziła nikomu strasznej krzywdy) i co? Kilkaset, jeśli nie kilka tysięcy, smoczyc wyparowało? Zdechły nieutulone w żalu? Rozsadziła je niezaspokajana chuć? Coś tu nie gra, proszę Państwa.

Podsumowując: bohaterowie albo tragicznie nieprzekonujący, albo trywialni. Smoki jakieś takie sierotowate i strasznie nieporadne jak na stworzenia, które zmiotły ludzkość i opanowały świat. Każdy pomysł, jaki zalśni w trakcie filmu, jest albo jakimś nieprzemyślanym wymysłem, albo nielitościwym banałem. Szczerze powiedziawszy, jeśli Fraa żywiła pewną awersję do Christiana Bale'a po batmanowych bluźnierstwach, to teraz chyba jest jeszcze gorzej. Muzyki Fraa nawet nie pamięta. Wszystko byłoby w porządku, gdyby film chociaż nadrabiał efektami i fantastycznymi scenami z udziałem smoków – ale to też jest jakieś takie... Po prostu bez polotu. Jakby twórcom kompletnie zabrakło pomysłów na jakąś oryginalną wizję. Fraa chciałaby coś pozytywnego powiedzieć o tym filmie, ale nie bardzo potrafi... Ha! Udało się! No więc: to mimo wszystko nie jest „Dom Usherów”...
A co tam, Fraa ma lepszy dzień: Creedy (Gerard Butler) był w porządku, ot co.




„– Co robimy, kiedy się budzimy?
– Mamy dwoje oczu czuwających na straży.
– Co robimy, kiedy śpimy?
– Mamy jedno oko czuwające na straży.
– Co robimy, kiedy ich widzimy?
– Kopiemy mocno i głęboko, biegniemy do schronienia i nigdy się nie obracamy za siebie.”




PS. Mariom pytał, jak Fraa odebrała „Blair Witch Project” (bogom dzięki, że chodzi o pierwszą część - co do drugiej, to nikt nie zaoferował na tyle pokaźniej fortuny, żeby Fraa to obejrzała) – Fraa uznała więc, że najlepiej odpowie dwoma filmikami:



oraz:

14:43, fraa_farara , Film
Link Komentarze (2) »
środa, 24 lutego 2010

Fraa miała kilka podejść do filmu „1408” w reżyserii Mikaela Håfströma – za każdym razem kończyło się na obejrzeniu kilku początkowych minut i wyłączeniu. Nudne, przewidywalne, ot: po prostu durnowate. Ale w końcu nadszedł taki dzień, że Fraa nie miała lepszego pomysłu na dwugodzinne odmóżdżenie i ostatecznie wyciągnęła to niekochane „1408”.
I tym razem wytrzymała do końca.

1408No dobrze, należy ustalić jedno: fabuła jest przewidywalna. Jeśli najpierw widz ma podane, że tu a tu jest pokój w hotelu, w którym to pokoju zginęło pięćdziesiąt sześć osób, po czym w tym samym pokoju zamyka się pisarz-sceptyk, to naprawdę nietrudno odgadnąć ciąg dalszy.
I Fraa musi przyznać, że trochę się obawiała tego, co odgadywała, bo przybierało to postać, którą można by określić: „Dwugodzinny horror z jednym duchem na minutę”.
A jednak.

No właśnie – należy zacząć od tak zwanego początku: otwarcie filmu nie jest zbyt zachęcające. Ot, hotelik przy autostradzie, burzowa noc, nasz bohater zajeżdża swoją bryką pod drzwi i chce przenocować. Banał i trywialność, na której Fraa zazwyczaj odpadała. Kiedy jednak zacisnęła zęby i obejrzała jeszcze kawałek dalej okazało się, że wcale nie jest tak źle: hotelik jest tylko taki na „dzień dobry”, a właściwy pokój numer 1408 to kompletnie inna bajka. Banał rzeczonego hoteliku jest jak najbardziej efektem zamierzonym: świetnie pokazuje tandetę, w którą obfitują głupawe historie o nawiedzonych hotelach – historie tworzone przez ludzi, którzy usiłują za ich pomocą zarobić. Czyli na przykład przez właścicieli hoteli.
Fraa natomiast była pozytywnie zaskoczona już chwilę później, kiedy wspomniany wcześniej główny bohater, Mike Enslin, ma mieć swój wielki dzień w jakiejś księgarence. Scena z księgarzem, który przez mikrofon wymieniał dorobek literacki pisarza – na swój sposób bezcenna. Fantastycznie ukazująca z kolei tandetę bestsellerowych czytadeł o nawiedzonych domach, nawiedzonych hotelach, nawiedzonych latarniach, nawiedzonym... wszystkim. I w tym momencie Fraa została przekonana do głównego bohatera. Mike ma dystans do siebie. Kiedy Mike parsknął śmiechem przy wymienianiu swoich arcydzieł, Fraa postanowiła zostać z tym filmem aż do napisów końcowych.

Michael Enslin (w tej roli John Cusack) jest naprawdę fajnym bohaterem. Z jednej strony – jak już Fraa wspomniała – ma do siebie dystans i widzi, że to co robi jest kiczowate, ale z drugiej: jest faktycznie pasjonatem. W poszukiwaniu prawdy i z szacunku dla czytelnika z pełną świadomością naraża własne życie... No a przynajmniej zdrowie psychiczne. I robi to w sposób całkiem przekonujący.

A skoro już o postaciach mowa, to warto tu wspomnieć o kierowniku hotelu, Geraldzie Olinie (tu z kolei Samuel Leroy Jackson – i Fraa z pełną świadomością przemyca „Leroy” zamiast „L.”, ot tak se) – przede wszystkim: jest wiarygodny. Widz odczuwa, jak bardzo Olin nie chce wpuścić Enslina do hotelu. Flaszka za 800$, dostęp do prywatnych dokumentów, biuro do własnego użytku... Widać, że Olin robi co może. Zupełnie inną sprawą są jednak te dokumenty: Fraa nie zna się na hotelarstwie, ale nie do końca rozumie, skąd kierownik hotelu miał pełną dokumentację z pięćdziesięciu sześciu zgonów – ze zdjęciami ofiar, opisami i tak dalej. Zazwyczaj tego typu papiery tkwią zamknięte gdzieś w policyjnych archiwach i hotelarz, nawet jeśli jest kierownikiem, nie może mieć do czegoś takiego dostępu. Fraa jednak jakoś ten fakt przebolała i dała się wciągnąć filmowi. Na tej samej zasadzie Fraa przebolała moment, w którym Mike zsumował cyfry 1+4+0+8, a wynik napisał na pocztówce. Normalny człowiek byłby w stanie tego typu obliczenia wykonać w pamięci, a wynik - olaboga! - zapamiętać, ale niech będzie. Napisana liczba wyglądała pewnie bardziej dramatycznie.

Oczywiście jest też element cudownej przemiany Michaela z parchatego egoisty w kochającego męża, syna i – gdyby mógł – to i ojca, ale Fraa ten wątek pomija milczeniem. Pewnie bez tego całość byłaby jeszcze bardziej durna, choć oczywistość tej metamorfozy jest jednak nieco drażniąca.

Fraa miała początkowo pewne wątpliwości, czy Mike nie za szybko zaczyna się miotać, bać i panikować – jeśli jednak się nad tym głębiej zastanowić, to Mike już wchodząc do pokoju był mocno nakręcony po rozmowie z kierownikiem hotelu, w związku z czym faktycznie cały proces mógł nastąpić szybciej. Oczywiście patent z oknem był czymś w rodzaju strzelby, która musi wypalić: Fraa przyzna, że z pewną sadystyczną fascynacją czekała, aż Mike'owi coś przytnie (oczywiście bez żadnych zbereźnych skojarzeń). 

Jeśli zaś próbować zastanowić się nad tym, jak bardzo film „1408” wzbudza strach, to cóż – jest parę nerwowych scen z rodzaju tych, na których się podskakuje. Jest pewne napięcie i niepewność, w zasadzie utrzymana do samego końca. Większość duchów jednak budzi raczej sympatię, ewentualnie lekkie rozbawienie. I brońcie bogowie, żeby Fraa na to narzekała. Fraa ma szczerze i serdecznie dość niby-horrorów, w których na prawo i lewo rzuca się gumowymi upiorami, krew tryska niczym Old Faithful w Yellowstone, a między tym wszystkim biega drąca paszczę blondynka. W „1408” ewentualne strachy były pokazane tylko od czasu do czasu – i wystarczy. Wbrew najgorszym obawom, nie było ducha na minutę. Nie było całego szeregu upiorów, które Fraa sobie wyobrażała jak tylko zobaczyła zdjęcia ofiar pokoju.

Innym przepięknym elementem była tabliczka na drzwiach ze strzałeczką i zaznaczonym „Tu jesteś” – Fraa ma tu tylko jedno skojarzenie i jest to dość wulgarny dowcip, którego pointa całkiem tu pasuje: „Zdrada, panowie! Jesteśmy w dupie!”

Fraa naprawdę jest pozytywnie zaskoczona filmem „1408”. Niewykluczone, że to zasługa niskich oczekiwań, jakie miała przed seansem. Bo trzeba przyznać, że Fraa nie spodziewała się cudów. Jakby nie patrzeć, „Maglownica” też jest na podstawie tekstu Stephena Kinga.... No. I to powinno wystarczyć jako wyjaśnienie, dlaczego Fraa trochę wątpiła w tę produkcję.
Oczywiście, że nie jest to film genialny, głęboki i poruszający do trzewi. Acz z czystym sumieniem można polecić jako całkiem przyjemny odmóżdżacz z leciutkim dreszczykiem.
Inna sprawa, że Fraa w żaden sposób nie może porównywać filmu z opowiadaniem Kinga, jako że opowiadania po prostu nie czytała.

No i ta wątpliwość do samego końca i jeszcze po filmie: a co jeśli to rzeczywiście była tylko czekoladka naszpikowana prochami...?


Tylko ten szef Mike'a... Fraa nic nie poradzi, że mimowolnie oczekiwała, że zaraz powie coś po włosku i wskoczy do taksówki. Niestety, „Skrzydła” mają w sobie coś takiego, że zapadają w pamięci.



A w ramach bonusu - enjoy (ale czemu w tytule jest Stephenie Meyer?):

 



"– Uwaga, miłośnicy książek! Dziś wieczorem w kąciku autorskim gościmy pisarza Michaela Enslina. Jest autorem bestselerowych poradników przetrwania z duchami, między innymi: „10 nawiedzonych hoteli”, „10 nawiedzonych cmentarzy”, „10 nawiedzonych latarni”. Dziś wieczorem o 19:00."

21:02, fraa_farara , Film
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 lutego 2010

Ostatnie cielę z obory, czyli ostatnia książeczka z serii „Opowieści niesamowite”, jaką Fraa ma w swoim posiadaniu.

pies Autor: Arthur Conan Doyle
Tytuł: „Pies Baskerville'ów”
Przekład: Katarzyna Surówka
Tytuł oryginału: „The Hound of the Baskervilles”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Kraków 2003
Wydawca: Zielona Sowa
Seria: Opowieści Niesamowite

Sherlock Holmes dostaje do rozwikłania zagadkę śmierci sir Charlesa, starszego pana, który zmarł niedaleko furtki do własnej posiadłości – ślady łap, które znaleziono przy zwłokach, wskazują na znaną wszystkim w okolicy klątwę, która ma prześladować ród Baskerville'ów. W sprawę zostaje wplątany sir Henry, ostatni spadkobierca po sir Charlesie. Już na wstępie spotykają go dziwaczne przypadki, takie jak tajemniczy anonim sporządzony z liter wyciętych z gazety oraz ginące buty. Co dziwniejsze – pierwszy z zaginionych butów wrócił!
Jak przyznaje sam Sherlock Holmes w powieści, do tej pory przychodziło mu mierzyć się z zagadkami z tego świata. Tym razem jednak ma do rozgryzienia sprawę psa z piekła rodem; psa, którego wycie rozchodzi się po całych wrzosowiskach, a z pyska bucha ogień. Fantastyczna atmosfera tajemniczego wrzosowiska, ruiny celtyckich zabudowań, bagna i poboczne wątki tworzą z „Psa Baskerville'ów” bardzo wciągającą i intrygującą powieść, od której trudno się oderwać.

Fraa zawsze bardzo ceniła sobie opowieści o Sherlocku Holmesie – głównie ze względu na niesamowite dopracowanie. Każdy szczegół, o którym gdzieś w tekście pojawia się wzmianka, jest ostatecznie wykorzystany i ma swoje konkretne miejsce w intrydze – intrydze, która (tym cudownym zwyczajem kryminałów) jest dokładnie wyjaśniona w ostatnim rozdziale. Dzięki temu dopracowaniu czytelnik może z łatwością uwierzyć, że Holmes istotnie jest genialnym detektywem, który na drodze dedukcji i logicznego łączenia faktów jest w stanie rozwiązać najbardziej skomplikowane zagadki. Nie ma tu naciągania, a każdy wniosek Holmesa ma uzasadnienie. Szczególnie fajnie wkomponowuje się w teksty Doyle'a kwestia „szkolenia” doktora Watsona, któremu detektyw co jakiś czas zadaje pytanie – a to odnośnie laski, a to kapelusza, a to jakiegoś innego rekwizytu. Watson jest pośrednikiem między genialnym i błyskotliwym Holmesem, a niewyćwiczonym w dedukcji czytelnikiem. Sprawia, że podczas lektury można poczuć, że wytrenowanie umysłu do poziomu Sherlocka Holmesa jest możliwe, choć niebywale trudne i pewnie dla większości ludzi niedostępne.

Tutaj jednak Fraa nie może nie wspomnieć o człowieku, który dał początek Sherlockowi Holmesowi. Nie chodzi o sir Arthura Conan Doyle'a – a o Poe'go. Każdy kto czytał którąś z przygód Auguste'a Dupina powinien dostrzec podobieństwo. Podobieństwo, którego zresztą Doyle wcale się nie wypierał, a wręcz nawiązywał do niego w opowiadaniu „Studium w szkarłacie”. Fraa nie ukrywa, że Holmes zdecydowanie przerósł swojego protoplastę, który przecież wcale nie był zawodowym detektywem. I Fraa zgadza się z Doyle'owskim detektywem:

"– Wszystko to brzmi bardzo prosto – powiedziałem z uśmiechem. – Przywodzi mi pan na myśl Dupina z opowiadania Edgara Allana Poe. Nawet nie przypuszczałem, że takie postacie mogą istnieć w życiu.

Sherlock Holmes wstał i zapalił fajkę.
– Sądzi pan, zapewne, że pochlebia mi porównanie z Dupinem? Ja jednak myślę, że był on dość miernym typem. Ten jego trick, gdy po kwadransie milczenia wdziera się trafną uwagą w myśl przyjaciela, jest bardzo efektowny, ale i powierzchowny. Niewątpliwie miał on genialne zdolności analityczne, ale nie był takim fenomenem, jak Poe sobie wyobrażał.
– Czytał pan powieść Gaboriau? – zapytałem. – Czy Lecoq odpowiada pańskiemu pojęciu o detektywie?
Sherlock Holmes uśmiechnął się ironicznie.
– Lecoq był nędznym partaczem – powiedział gniewnie. – Miał tylko jedną dobrą stronę – energię. Niedobrze mi się robi, kiedy czytam tę książkę. Chodziło o to, jak zidentyfikować nieznanego więźnia. Ja uporałbym się z tym w dwadzieścia cztery godziny. Lecoq potrzebował sześciu miesięcy czy coś w tym rodzaju. Można by z tego ułożyć podręcznik dla detektywów, jak unikać błędów.
Trochę mnie dotknął pogardliwy sposób, w jaki Holmes skrytykował moich dwóch ulubionych bohaterów. Stanąłem przed oknem i patrzyłem na ruchliwą ulicę.
Może to i niegłupi facet – pomyślałem – ale niesłychanie zarozumiały.
– Dziś już nie ma prawdziwych zbrodni ani wytrawnych zbrodniarzy – mówił Holmes zaczepnie. – W naszym zawodzie rozum przestał być potrzebny. Wiem, że mam go dosyć, by stać się sławnym. Jeszcze nikt na świecie, czy to teraz czy dawniej, nie włożył tyle naukowej pracy i tyle wrodzonego talentu w sztukę kryminalnej dedukcji, co ja. I z jakim wynikiem? Nie ma żadnej zagadkowej zbrodni do wyjaśnienia poprzez dedukcję. Najwyżej jakieś mierne partactwo o motywach tak przejrzystych, że byle urzędnik ze Scotland Yardu je odgadnie."

Fraa była nieco rozczarowana, że Agnieszka Fulińska pominęła ten fakt w posłowiu do „Psa Baskerville'ów”. Aczkolwiek Fraa w ogóle była mocno rozczarowana tym wydaniem powieści. Nie wie do końca, czy sprawę położyła pani Surówka odpowiedzialna za przekład, czy też osoba odpowiedzialna za korektę, ale faktem jest, że „Pies Baskerville'ów” w serii „Opowieści niesamowite” ma mnóstwo irytujących błędów, które w żadnym razie nie powinny znaleźć się w powieści, która wychodzi drukiem. Są tam takie kwiatki, jak „naprawdę” napisane oddzielnie (na prawdę), przypadkowe i niekontrolowane ogonki typu nię zamiast „nie”, zjedzone znaki interpunkcyjne, błąd w postaci owy zamiast „ów” (Fraa zrozumiałaby, gdyby przekład został popełniony przed stu laty, ale że jest on jednak dość nowy, to Fraa nie widzi uzasadnienia dla używania niepoprawnej formy – mogłaby tu wejść w grę celowa archaizacja, ale w oryginale przecież tekst wygląda całkowicie normalnie), podczas gdy słownik podaje wyraźnie: "ów (nie: owy), owa, owo (nie: owe)" [Wielki Słownik Poprawnej Polszczyzny PWN pod red. A. Markowskiego, Warszawa 2006], potężny błąd ortograficzny w postaci nadażyła i różne inne kwiatki.

Pani Fulińska z kolei nie popisała się z posłowiem – abstrahując już od pominięcia sprawy korzeni Sherlocka Holmesa, o czym Fraa już wspominała, znajduje się tam jedno zdanko, które Fraa uważa za dość irytujące: „Co najmniej od czasów Makbeta Williama Szekspira wrzosowiska są miejscem nawiedzanym przez wiedźmy, duchy i siły piekielne.” – Fraa tymczasem oczekiwałaby, że jeśli już kobieta bierze się za pisanie o literaturze angielskiej i o wrzosowiskach, to zna sprawę na tyle, że nie będzie pisać „co najmniej od Makbeta”, ale poda konkretnie, od którego autora lub od którego tekstu zaczęto wykorzystywać wrzosowiska jako miejsce magiczne i nawiedzane. Bo że „co najmniej od”, to może napisać każdy laik, który ledwo liznął historię jakiejkolwiek literatury i Fraa ma tym samym wrażenie, że autorka posłowia tak naprawdę sama nie ma bladego pojęcia, od kiedy pojawia się ten motyw. Fraa bardzo nie lubi, kiedy ludzie odwalają fuszerkę.

Ale – jeśli pominąć słabiznę wydania – powieść „Pies Baskerville'ów” jest godna polecenia jako fantastyczna powieść detektywistyczna, gdzie wśród wrzosowisk i ruin starożytnych chat strach przed klątwą przeplata się z logicznym myśleniem i racjonalizmem. Co ciekawe, Sherlock Holmes nie pojawia się przez większą część powieści, pozostawiając prowadzenie śledztwa narratorowi, doktorowi Watsonowi. 

Bo warto Sherlocka Holmesa znać nie tylko z filmów.





„Usłyszeliśmy odgłos kroków naszych gości na schodach i trzask zamykanych drzwi. W jednej chwili z ospałego marzyciela Holmes zamienił się w człowieka czynu.
– Wkładaj buty i kapelusz, Watsonie! Szybko! Nie ma chwili do stracenia! – Holmes wpadł w szlafroku do swojego pokoju i wrócił kilka sekund później w surducie. Zbiegliśmy szybko po schodach i wyszliśmy na ulicę. Doktor Mortimer i sir Baskerville byli wciąż widoczni w odległości około dwustu jardów przed nami; kierowali się w stronę Oxford Street.”

15:35, fraa_farara , Książka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 21 lutego 2010

Fraa musi przyznać, że lubi oglądać reklamy. Uważa to za coś bardzo pouczającego i – oprócz tego – za świetną rozrywkę. Czasem. To oczywiście nie oznacza, że Fraa skacze z radości, kiedy przerwą jej film piętnastoma minutami reklam, tak że już nie wiadomo, co się w ogóle oglądało.
Ale na przykład kino: Fraa nigdy nie wychodzi z założenia, że może przyjść trochę później, bo co się stanie? Najwyżej na reklamy się spóźni. Bo Fraa z prawdziwą radochą ogląda je w kinie. To tam zresztą wyłapała kiedyś tę reklamę, która jest chyba do tej pory jej ulubioną, a przynajmniej jedną z ulubionych – mimo że trwa minutę:



Fraa jednak z coraz większym smutkiem stwierdza, że poziom większości reklam zjeżdża po równi pochyłej. Chociaż w niektórych przypadkach to norma, która istniała chyba zawsze. Fraa na przykład nie może zrozumieć, dlaczego reklamy proszków do prania i innych środków czyszczących zawsze muszą być tak idiotyczne. Szczytem tego były chyba te reklamy, w których uśmiechnięta pani wyjmowała z torebki opakowanie proszku/płynu do prania w kinie, w sklepie i gdzie jeszcze tylko się dało. Fraa nie zna co prawda zawartości wszystkich damskich torebek, a z doświadczenia wie, że można tam znaleźć najdziwniejsze rzeczy, aczkolwiek jakoś noszenie ze sobą butli płynu wydaje się mało prawdopodobne. Ten sam poziom idiotyzmu osiągają reklamy bodaj Vanisha, gdzie miła pani paskudzi bluzki przypadkowym przechodniom, a oni – zamiast zrobić awanturę na cały hipermarket, spoliczkować panią i domagać się odszkodowania od kierownictwa sklepu, z uśmiechem rozbierają się, wdziewają różowe koszulki Vanisha i oglądają, jak ślicznie ich bluzka się pierze w akwarium. Fraa nie lubi zbyt nachalnego wciskania próbek jogurtów w sklepach, więc za ufajdanie jej bluzki jakąś bliżej niesprecyzowaną mazią, najprawdopodobniej by zastrzeliła z małej armatki.
Nie wiedzieć czemu, reklamy artykułów czyszczących jakoś nie mogą się wyrwać z błędnego koła nudy i idiotyzmu.

Bardzo różnie natomiast jest z reklamami samochodów. Czasem zdarzają się miłe dla oka, chociaż ostatnimi czasy Fraa nie widziała niczego ciekawego. Dość interesujący był cykl reklam Forda Ka jakiś czas temu – szczególnie ta z udziałem gołębia:



Proste, krótkie, a ileż radości.

Zazwyczaj Fraa mogła liczyć na reklamy alkoholi. Oczywiście pod warunkiem, że nie była to zwykła Warka (w przeciwieństwie do Strong) ani Karmi. Ale w ogóle mówienie o Karmi w kategoriach „alkohole” zakrawa na potężne nadużycie semantyczne.

Fraa nie do końca wie z czego to wynika, ale jakoś tak się dzieje, że reklamy adresowane do mężczyzn są dużo fajniejsze. Te dla kobiet są albo durne, albo nudne. To albo pani wyjmująca proszek w kinie, albo pani siedząca przy stoliczku w kawiarni. I to tyle. Ach, Fraa zapomniała o jeszcze jednej reklamie! To chyba były jakieś zupki instant czy coś w ten deseń. Główną ideą reklamy było to, że zupki te miały błonnik. No więc siedziały te panie (tym razem na tarasie – wychodzi na to, że kobieta jeśli tylko nie robi zakupów, nie pierze, nie gotuej ani nie myje toalety, to siedzi z przyjaciółkami na plotach. Kobiety mające inne rozrywki... występują w reklamach dla mężczyzn, ale o tym później) na jakimś tarasie i piały z zachwytu, jaki wspaniały błonnik właśnie wsuwają. Fraa oczywiście rozumie, że wartości odżywcze i zawartość takiego na przykład błonnika może być dla kogoś istotna. Aczkolwiek Fraa ma niejasne wrażenie, że akurat błonnik nie jest najbardziej aromatycznym ze składników zupy. Równie dobrze można by się zachwycać „Mmmm, pektyyyna!” albo „Mniamm, celuloooza...!” – tyle tylko, że to trochę idiotyczne. Fraa zazwyczaj zachwyca się smakiem albo zapachem jedzenia, no ale Fraa może być durnym odmieńcem.

Sprawą, o której Fraa napomknęła już wcześniej, jest to, że kobiety o nieco innych zainteresowaniach występują wyłącznie w reklamach dla mężczyzn. Kobieta w pubie wystąpi w reklamie Tullamore Dew, wciśnięta gdzieś między chłopów, no ale jest. Reklamę skądinąd Fraa uważa za naprawdę udaną: świetny klimat, klify w czasie burzy, no i ta jedna wiejska knajpka gdzieś na skraju drogi – a wewnątrz ciepło i wesoło. Fraa przyznaje, że tego typu reklama na nią jak najbardziej działa i do niej przemawia. Fraa złego słowa o Tullamore Dew nie powie, a wręcz może otwarcie przyznać, że jeśli kiedyś najdzie ją ochota na whiskey, to będzie to Tullamore Dew. Obok reklamy TAG Heuer, ta jest drugą ulubioną:



Dalej: kobiety prowadzące samochody czy w ogóle zainteresowane samochodami są w reklamach (o dziwo!) samochodów, a więc adresowanych do mężczyzn. Są to oczywiście kobiety, które ślinią się na widok przystojnego pana w ładnej furze, ale to inna sprawa, zrozumiała ze względu na odbiorcę docelowego. Był też cykl takich reklam, Fraa nie pamięta co to było, gdzie różne seksowne panie próbowały a to prac w jakimś warsztacie, a to przy jakichś robotach drogowych i tego typu – zdaje się, że seksowne panie zresztą nie bardzo się w tych rolach sprawdziły ostatecznie, ale mniejsza o większość: chodzi tutaj o to, że zostały pokazane w troszeczkę innych okolicznościach przyrody.

Niechlubnymi wyjątkami wśród reklam dla panów, które jednak są absolutnie idiotyczne, są:
– Nowa filmo-reklama Opla Astry: trzyminutowy filmik z udziałem dwóch sztuk Astry. Całość nużąca niemożebnie. Byłoby dobre, gdyby trwało dwadzieścia sekund. Sam pomysł czegoś w rodzaju zwiastuna do filmu byłby całkiem niezły. Tyle tylko, że ten „zwiastowany” film sprawia wrażenie strasznie durnego (miał być chyba w klimatach Bondowych, ale Fraa uważa, że jest w klimatach nudy i braku fabuły), a całość jest zdecydowanie za długa.
– Reklama Axe z udziałem tego czekoladowego ludzika. Fraa zdecydowanie jest zdania, że ten ludzik jest tragicznie przerażający. Kojarzy się z klaunami z filmów grozy albo z jakąś laleczką Chucky. Sztywne ruchy, wytrzeszczone oczy i ten przerażający uśmiech – coś okropnego. Po obejrzeniu tej reklamy Fraa ma nadzieję, że żaden samiec z jej otoczenia nigdy, przenigdy nie użyje dezodorantu Axe.

Zupełnie innym rozdziałem są billboardy. Te też oczywiście bywają różne. Ale Fraa ma wrażenie, że przede wszystkim są nietrafione. Fraa zwróciła uwagę na kilka billboardów w jej okolicy, które pojawiały się ostatnimi czasy. Były to kolejno:
– Gigantyczny zad grubego hydraulika, wyłaniający się z przyciasnych portek – Fraa nie ma pojęcia czego to była reklama, bo od czasu jak ją zobaczyła, próbuje o niej zapomnieć. Niestety, bez skutku. Widok był koszmarny i werżnął się w świadomość. Tyle tylko, że przesłaniając kompletnie reklamowany artykuł.
– Wszelakie plakaty Saturna z hasłem reklamowym: „Żer dla skner” – Fraa dziwi się, że ktoś wymyślił to hasło i że ono nadal funkcjonuje. „Sknera” jest określeniem o raczej negatywnym wydźwięku. Skąd się to bierze, że ludzie czują się do czegoś zachęceni, kiedy ich się obrazi?
– Był też taki billboard z jakimś telewizorem czy monitorem japońskiej firmy i ideą przewodnią była solidność wykonania. Toteż wielkimi literami była wypisana jakaś informacja o długiej gwarancji. A obok półnaga Japonka. Pierwsze skojarzenie: „ta Japonka jest na gwarancji?” – problem w tym, że billboard był chyba jakoś źle skomponowany, bo zamiast wyeksponować towar, wyeksponowana była gwarancja i Japonka.

Aktualnie Fraa więcej sobie nie przypomina, ale to nie znaczy, że reszta jest fajna. Co więcej Fraa jakoś nie przypomina sobie fajnych billboardów. Może ten z hasłem „Gładź, gładź, gładź” i nagimi plecami pani. Fraa uważa, że była to całkiem wdzięczna gra słowem „gładź”, a przecież nie były pokazane żadne intymne rejony pani, więc całość nie była jakaś pieruńsko pornograficzna. Fraa oczywiście słyszała o tym, jak straszliwie ta reklama była oprotestowana, ale Fraa uważa tę reakcję za przesadzoną. Jest dużo o wiele gorszych reklam, tamta była akurat stosunkowo delikatna i estetyczna. Poza tym na bogów – nawet jeśli to jawna i bezpardonowa sugestia, żeby mężczyzna gładził kobietę – co w tym złego? Bez jaj, Fraa nie uwierzy, że większość kobiet tego nie lubi.
Kolejne reklamy z tej serii jednak były już cienkie – pierwsza miała świeżość pomysłu i pewien wdzięk, późniejsze były odcinaniem kuponów.

Na koniec Fraa nie może się oprzeć pokusie wspomnienia o pewnej restauracji, mijanej gdzieś w drodze do Zakopanego kilka lat temu. Restauracja oczywiście reklamowała się tabliczką przy drodze, a na tej tabliczce, pod „śniadania, obiady, kolacje”, dumnie widniała nazwa: „BUMERANG” – Fraa może jest nadwrażliwa, ale takie nazwanie jadłodajni jest wyjątkowo niesmaczne i nietrafione. Jaka jest cecha charakterystyczna bumerangu? Wracanie. A więc co robią te spożyte tam śniadania, obiady, kolacje...?

Fraa dziękuje za uwagę. I apeluje: na litość bogów, mili Państwo, postarajcie się choć trochę przy robieniu reklam. Za to Wam płacą.

Do zobaczenia we wtorek.





„Nie dla idiotów.”

12:40, fraa_farara , Kawiarenka
Link Komentarze (1) »
sobota, 20 lutego 2010

„Opowieści niesamowitych” ciąg dalszy. Tym razem nazwisko nieco bardziej znane od Mary Shelley, choć Fraa ma wrażenie, że większość ludzi będzie kojarzyła je głównie z „Wyspą skarbów”. Fraa jednak nigdy nie była fanką tej powieści (choć sama nie umie powiedzieć dlaczego, bo po prawdzie to by było w jej klimatach nawet...), a Roberta Louisa Stevensona poznała dzięki opowiadaniu „Niezwykły przypadek doktora Jekylla i pana Hyde'a”.

dr jekyll i pan hydeAutor: Robert Louis Stevenson
Tytuł: „Niezwykły przypadek doktora Jekylla i pana Hyde'a”
Przekład: Maurycy Kulak
Tytuł oryginału: „The Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Kraków 2002
Wydawca: Zielona Sowa
Seria: Opowieści Niesamowite

Fraa musi przyznać, że nigdy chyba nie widziała żadnej filmowej adaptacji tej opowieści, chociaż było ich całkiem dużo. Ale Fraa nawet „Hulka” nie widziała, więc najwyraźniej po prostu nie ma szczęścia do filmów opartych na tym motywie. Z drugiej strony, Arkadiusz Latusek w posłowiu chyba słusznie napisał, że „Niezwykły przypadek...” jest „jedną z tych książek, o których wszyscy wiedzą, a których nikt nie czytał”.

Wedle informacji pochodzących od samego Stevensona, w 1886 roku (a więc siedemdziesiąt lat po domniemanym śnie Mary Shelley) pisarzowi przyśnił się zarys opowiadania o doktorze Jekyllu i panu Hyde. Stevenson zaprezentował jego spisaną, rozbudowaną wersję małżonce, Fanny, która jednak nie wyraziła się o dziele zbyt pochlebnie. Pisarz w furii spalił rękopis i napisał całość od nowa – i ta właśnie wersja ukazała się drukiem.

Głównym bohaterem opowiadania jest właściwie nie doktor Henryk Jekyll, ale prawnik – pan Utterson. Czytelnik towarzyszy mu, kiedy ten od przyjaciela dowiaduje się o tym jak Hyde stratował dziewczynkę, oraz później, kiedy próbuje dowiedzieć się, kim właściwie jest ów mężczyzna i co go łączy z serdecznym przyjacielem mecenasa, doktorem Jekyllem. Znajomość Hyde'a i Jekylla wydaje się wszystkim bardzo dziwna, jako że doktor jest człowiekiem ogólnie szanowanym, uczynnym i miłym, natomiast wieści dotyczące Hyde'a są co najmniej niepokojące, a największą grozą zaczynają przejmować londyńskich gentlemanów, kiedy zostaje popełnione makabryczne, okrutne morderstwo w biały dzień.
Czytelnik podąża za panem Uttersonem w jego dochodzeniu, stopniowo zapoznając się z kolejnymi liścikami i wiadomościami, aż w końcu dochodzi do prawdy, która okazuje się dużo bardziej szokująca, niż podejrzenia o szantażu czy innych tarapatach, w które mógł popaść doktor.

Fraa jest zdania, że „Niezwykły przypadek...” jest naprawdę porywającą lekturą, którą każdy może przeczytać choćby w tramwaju czy czekając na wizytę u dentysty. Fraa tylko trochę żałuje, że ogólny zarys tej opowieści jest powszechnie znany, bo przez to odpadła niepewność odnośnie tożsamości tajemniczego pana Hyde'a, a więc czytelnik towarzyszy Uttersonowi w dochodzeniu, ale znając już zasadniczą część intrygi. To w jakiś sposób zmniejsza emocje, choć nadal pozostaje napięcie i współczucie, plus dodatkowe poczucie czytelniczej bezradności pod tytułem „Wejdź tam i zabierz mu te cholerne prochy! Nie odchodź! Nieee!!”.

Oczywiście dziełko Stevensona jest traktowane jako ponadczasowa opowieść o dwoistości ludzkiej natury, o konieczności współistnienia dobra i zła i tak dalej, aczkolwiek Fraa musi przyznać, że ten życiowo-moralizatorski aspekt, jakkolwiek nie można mu odmówić obecności w „Niezwykłym przypadku...”, najmniej ją porwał. Bardziej natomiast śledzenie, jak doktor Jekyll stopniowo coraz bardziej popada w obsesję rozdzielenia swojej dobrej i złej strony osobowości. Jak czuje się zmęczony koniecznością ukrywania części swoich pragnień i jak – z ogromnym samozaparciem i wytrwałością – dąży do spełnienia projektu, którego śmiałość przerasta wyobrażenia wszystkich przyjaciół. Projektu, który przynosi doktorowi wiele bezsennych nocy oraz niewyobrażalną samotność, jako że z nikim nie może podzielić się swoimi problemami. Jak – po pozornym spełnieniu tego marzenia – przedsięwzięcie zaczyna go przerastać.

Istotną kwestią, która jest wyraźnie podkreślona w opowiadaniu, to fakt, że pan Hyde nie jest tak naprawdę jakoś fizycznie zdeformowany. Jest drobnym człowieczkiem o zwinnych ruchach, nerwowym, a kiedy mówi, mówi zachrypniętym szeptem. I to tyle. To co sprawia, że wszyscy po prostu wiedzą, że Hyde jest zły, to coś niecielesnego. To jakaś niesamowita aura, która otacza mężczyznę. Może coś w złowrogim uśmiechu, może coś w spojrzeniu, ale kiedy człowiek znajduje się obok Hyde'a, nie może powstrzymać obrzydzenia i nienawiści do niego. Dotyk Hyde'a budzi lodowate dreszcze, a sam widok sprawia, że ciarki przechodzą po plecach. Utterson wierzy, że to wynik złej duszy, która zamieszkuje ciało.

Atmosfera „Niezwykłego przypadku...” jest przesycona tajemnicą. Gentlemani wymieniają się informacjami, rozmawiają, najczęściej jednak nie-mówią, niż mówią. Nie chodzi o to, że milczą. Po prostu widać wyraźnie, że coś wiedzą, czasem nawet sami to przyznają, ale wzbraniają się od udzielenia szerszych wyjaśnień. Powody są różne: że przyjaciel, że tajemnica zawodowa. Krążą między nimi listy, które mają być otwarte jedynie w przypadku śmierci nadawcy. Czytelnik może mieć przeczucie, że przecież gdyby otworzył tę kopertę od razu, zamiast czekać, to pewnie wszystko by było wyjaśnione, kto wie – może nawet dałoby się jakoś pomóc Jekyllowi. A jednak trzeba czekać, bo gentleman nie złamie danego słowa. Bohaterowie spacerują po zamglonych uliczkach Londynu, przyjmują się w eleganckich gabinetach... i to właściwie tyle.
Opowieść dopełniają dwie relacje, które ostatecznie czyta Utterson: jedna jest sporządzona przez wspólnego przyjaciela prawnika i doktora, Lanyona, a druga – przez samego Jekylla. Zwłaszcza ta ostatnia ma ogromną wartość – w niej bowiem doktor wyjaśnia dokładnie genezę „narodzin” Edwarda Hyde'a.

Fraa była bardzo poruszona po pierwszym czytaniu „Niezwykłego przypadku...”, tak samo zresztą po drugim. Tragedia ich obu – Jekylla oraz Hyde'a – jest nieco podobna do tej, która dotknęła doktora Wiktora Frankensteina: czytelnik ma do czynienia ze zdolnym, lubianym i szanowanym człowiekiem, którego życie doprowadza do szaleństwa, a szaleństwo – do straszliwych eksperymentów, które wzbudzają wstręt przyjaciół bohaterów. Bohaterowie są zdani tylko na siebie i muszą zmierzyć się z tym, co sami stworzyli. Hyde'a na swój sposób jest jak monstrum Frankensteina, z tą różnicą, że Hyde rzeczywiście jest zły, podczas gdy Frankenstein był jedynie nieszczęśliwy i bardzo skrzywdzony przez ludzi.

Fraa ma tylko jedno, malutkie zastrzeżenie – ale to już kwestia wydania: dwie literówki jak na 66 stron opowiadania, to o dwie za dużo. Tym bardziej, że jedna z nich pojawia się w imieniu tytułowego bohatera, który jest nazwany „Jekkyl”.

W każdym razie Fraa ocenia opowieść Stevensona nad wyraz pozytywnie i chyba w końcu będzie musiała się zainteresować ekranizacjami, bo musi przyznać, że jest ich dość ciekawa. W którą stronę z przeróbkami poszli reżyserzy – na plus czy na minus? Czas pokaże.




„Chociaż niewątpliwie dwulicowy, nie byłem obłudnikiem. Obie moje połowy postępowały najzupełniej szczerze. Byłem sobą, gdy zerwawszy tamy, nurzałem się w brudzie. Ale byłem też sobą, gdy w jasnym świetle dnia pracowałem nad postępami nauki lub niosłem ulgę cierpieniom i nędzy. Badania prowadziłem wyłącznie w dziedzinie zjawisk metafizycznych i tak się złożyło, że rozwój ich rzucił potężny snop światła na tę stałą wewnętrzną walkę toczoną przez moje dwie połowy. Z dnia na dzień moralna i intelektualna świadomość zbliżała mnie do prawdy, której częściowe poznanie stało się później powodem straszliwej katastrofy – do prawdy, że człowiek to nie jedna, ale dwie istoty.”

19:13, fraa_farara , Książka
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 lutego 2010


Jeśli Fraa kiedyś umrze, a ktoś wypowie słowa „Hayley Cloake”, niech liczy się z tym, że Fraa zstąpi na ten padół i, potrząsając łańcuchami oraz wyjąc potępieńczo, uśmierci delikwenta w jakiś wymyślny, czasochłonny i zabawny sposób. Na szczęście pani Cloake, z tego co Fraa widziała na filmwebie, popełniła tylko trzy dzieła, ale to zdecydowanie o trzy za dużo. Bodajby pani Cloake oślepła, żeby więcej nie próbowała brać się za reżyserkę.

usherEdgar Allan Poe kręci się w grobie jak na rożnie, odkąd Hayley Cloake spłodziła „Dom Usherów”. Jest to film ze wszech miar i całkowicie – tragiczny.
Czasem zdarza się, że horror (albo inny film) jest tak durny, że aż śmieszny. Czasem to celowe (Night of the Living Bread), a czasem to kwestia tego, że film się po prostu słabo zestarzał, no albo zwyczajnie coś nie wyszło. Albo jest adresowany do innej widowni. „Maglownica” przez swoją durnotę jest czymś, co można obejrzeć z pewną chorą, masochistyczną fascynacją.
„Dom Usherów” z 2006 roku jest durny. I tylko to – w żadnym razie nie ogląda się tego jako pociesznej głupoty czy jako czegoś tak złego, że aż fascynującego. Szczerze powiedziawszy, podczas oglądania „Domu Usherów” trudno się powstrzymać od rzucenia czymś ciężkim w ekran, bo napady agresji są częste i bardzo konkretnie ukierunkowane.

Fraa miała nieprzyjemność oglądać „Dom Usherów”. To było półtorej godziny, które Fraa straciła bezpowrotnie i do tej pory tego żałuje.

Wytwór Hayley Cloake najzwyczajniej w świecie gwałci prozę Poego analnie i bez lubrykantu.
Roderick Usher przeobraził się w filmie w Ricka (pal sześć klimat, przecież imiona przekraczające jedną sylabę są nie do zapamiętania). Nie jest już arystokratycznym hipochondrykiem opętanym lękami, zapadającym się coraz bardziej w swoim szaleństwie, ale jest młodym frajerem, którego zadaniem będzie... no właśnie, tu należy wspomnieć o kolejnej postaci:
Narrator – zastąpiła bo Izabella Miko (właściwie Mikołajczak, ale pewnie to za długie nazwisko i nikt by jej nie zatrudnił; dobrze, że nie jest chłopcem o imieniu Roderick...) w roli Jill, która przyjeżdża nie na prośbę chorego Ro... Ricka, tak jak to było w noweli, ale na pogrzeb jego siostry, zgodnie z jej ostatnią wolą. Oczywiście, że tak. Gdyby nie wprowadzić młodej, otwartej na nowe znajomości kobiety, nie byłoby możliwości przyciągnięcia widzów tym:

mikoOczywiście klimatem pasuje to do prozy Poego jak tort bezowy do schabowego z koperkiem, no ale cóż z tego. Zresztą chyba dwie obnażone piersi Izabelli są mało widowiskowe, bo nawet Google nie znalazły tej najważniejszej sceny filmu.

Do tej świetnej ekipy dołącza wytrzaśnięta z kosmosu pielęgniarka, pani Thatcher, po której od razu oczywiście widać, że jest zła, mroczna i na pewno straszliwie krzywdzi biednego Ricka (jest stara, szczupła, wysoka, ubrana na czarno i z kokiem na głowie). Zamiast wszechogarniającego klimatu grozy, zamiast zmagania się bohaterów z irracjonalnymi lękami, widz otrzymuje idiotyczną intrygę rozwiązującą się w ślimaczym tempie. Ślimacze tempo oczywiście jest często bardzo pożądane, wszak w tekście Poego jest ono jeszcze bardziej ślimacze, właściwie nie ma tam żadnej konkretnej akcji, ale skoro film już ma głęboko w rzyci literacki oryginał, a usiłuje być tandetnym horroro-kryminałkiem, to są dwa wyjścia: albo musi nadrabiać klimatem, albo dynamiką. W „Domu Usherów” nie ma ani tego, ani tego, dzięki czemu wieje nudą jak stąd do czwartku.

I to nie jest tak, że Fraa marudzi na film tylko dlatego, że odbiegał od subiektywnej wizualizacji po przeczytaniu genialnej noweli. Fraa oglądała sporo adaptacji opowiadań Edgara Allana Poe wyreżyserowanych przez Rogera Cormana, w których rozpoznawalnym elementem był Vincent Price, i te filmy były naprawdę dobre. Mieszały oryginalne teksty, czasem łączyły fabuły dwóch-trzech opowiadań, ale w taki sposób, który jakoś nie walił po oczach. Przede wszystkim utrzymany był klimat grozy, tak charakterystyczny dla utworów Poego.
Fraa niestety nie miała okazji obejrzeć „Domu Usherów” w reżyserii Cormana, czego żałuje. Pozostaje liczyć na to, że gdzieś kiedyś jeszcze trafi się okazja do uzupełnienia tego braku.

Pozostaje też liczyć na to, że w jakimś straszliwym wypadku spłoną wszystkie kopie „Domu Usherów” z 2006 roku.




PS. Fraa jakimś ciągiem kliknięć dotarła do zwiastuna filmu „Cyclops” – gniot godny pamięci (nie, nie film – trailer; naprawdę, to najbardziej zniechęcający trailer, jaki Fraa widziała, a pierwszy z komentarzy na YouTube chyba najlepiej oddaje, co można o tym myśleć: „it's roar sounds like gorillas making love!”). Panie i Panowie: oto Nowy Spartakus!

10:04, fraa_farara , Film
Link Komentarze (4) »
czwartek, 18 lutego 2010

Reżyseria: Terry Gilliam, twórca pełnometrażowych filmów z udziałem Monty Pythona oraz takich perełek, jak na przykład „Jabberwocky”.
Wystąpili: Heath Ledger, Johnny Depp, Jude Law, Colin Farrell, Christopher Plummer, Tom Waits i inni.
Trailer:



Całość zapowiadała się naprawdę ciekawie, toteż Fraa ostrzyła sobie zęby na ten film od dłuższego czasu.

Tytułem wstępu należy tu zaznaczyć, że są dwa typy zwiastunów filmowych:
1. Wykorzystują wszystkie najlepsze sceny i po obejrzeniu trailera praktycznie nie warto iść do kina, bo i tak niczego nowego się nie zobaczy (tak jak to miało miejsce w przypadku filmu „9”, gdzie większość filmu wyglądała jak wypychacz dla trailera)
2. Sceny zostały wybrane metodą „co przyciągnie najwięcej widzów”, przez co całkowicie wypacza się wyobrażenie o całości, która niekoniecznie jest widowiskowa, a może być poruszająca w zupełnie inny sposób (świetnym przykładem jest tutaj „Labirynt Fauna” – zapowiadał się widowiskowy film fantasy, a wyszedł dramat)

Trailer do „Parnassusa” łączy oba te typy.
Lwia część zwiastuna zawiera fantastyczne sceny związane albo z historią życia doktora, gdzieś wśród niegościnnych, ośnieżonych szczytów, albo związane z samym cudownym Imaginarium. Jeśli ktoś byłby zainteresowany tym fantastycznym aspektem filmu, to niech nie idzie do kina. Niech włączy jeszcze raz trailer, bo w kinie niczego więcej nie zobaczy.
Z kolei upychając te sceny w zwiastunie kosztem zwykłego, życiowego dramatu starego człowieka, wypacza się wydźwięk całości. Jeśli ktoś chce iść pooglądać wytwory Imaginarium, to nie warto, bo ich tam wcale nie ma dużo. Film w większości rozgrywa się na ulicy. I w większości jest to opowieść o grupce ludzi, których przedstawienia nikt nie chce oglądać i wszyscy ich poniewierają. Byłoby wzruszające gdyby:
a) nie było nudne;
b) człowiek nie szedł do kina z nastawieniem na oglądanie widowiska rozgrywającego się w cudzej głowie.

Fraa jest naprawdę zawiedziona. Spodziewała się, że Imaginarium doktora Parnassusa będzie miało do zaprezentowania nieco więcej, niż Krainę Wielkich Butów i parę drabin. Fraa spodziewała się czegoś w klimatach „Alicji w Krainie Czarów”. Specyficznej szalonej, cyrkowej atmosfery. W końcu to miało być Imaginarium! Tak zachwalane przez chłopaczka w hełmie ze skrzydełkami, że widz miał prawo spodziewać się fajerwerków. Jak to było w tralerze: „A modern masterpiece” oraz – co najlepsze - „Magical & wonderful”. A na oficjalnej stronie filmu nawet: „A wild and wonderful fantasy – thoroughly entertaining”. Na bogów, jeśli Imaginarium ma być wrotami do świata wyobraźni, to przecież twórcy mają przeogromne pole do popisu, masę możliwości. Są ograniczeni jedynie wyobraźnią, tak? Cóż... Fraa ma niejasne wrażenie, że wyobraźni właśnie w tym filmie najbardziej zabrakło.

Jeszcze żeby film miał jakieś inne walory, choćby ciekawą historię rozgrywającą się w tym realnym świecie. Ale niestety – te momenty były dość nużące. A wizje z wnętrza Imaginarium sprawiały wrażenie wciśniętych na siłę, żeby nie wyszło na to, że cała produkcja to stary, smutny pan, jego dorastająca córka, niski człowieczek i dwójka zadurzonych w dziewczynie facetów, a wszyscy razem tkwią w starym wozie na ulicy i robią uniki przed lecącą główką kapusty.

Mimo świetnie zapowiadającej się obsady, Fraa pozytywnie może się wyrazić jedynie o panu Nicku, granym przez Toma Waitsa. Diabeł był rzeczywiście rozkoszny i Fraa nie mogła się oprzeć, żeby mu nie kibicować. Bo o pozostałych znanych nazwiskach trudno się wypowiadać: Johnny Depp, Jude Law i Colin Farrell byli tylko wymiennikami dla świętej pamięci Ledgera, więc pojawiali się na minutkę i znikali. Z wymienionej trójki największą rolę miał – niestety – Colin Farrell (Fraa nie ukrywa, że wolałaby któregokolwiek z pozostałych).
Inna rzecz, że w ogóle odgrywana przez tych czterech panów postać Tony'ego jest dość niejasna. Fraa do tej pory nie ma pojęcia, czy on tak naprawdę sprzedawał te dzieci na organy, czy go wrobili, jako że sam Tony się wypierał, a jedynymi dowodami były nagłówki gazet. Fraa czasem ma w rękach gazety, więc ma świadomość, jaką to ma wartość dowodową. Oczywiście Fraa nie ma nic przeciwko otwartym zakończeniom, zazwyczaj są intrygujące i zmuszają widza do myślenia. Niestety, zakończenie tego wątku w „Parnassusie” jest po prostu nieistotne. Obojętne. Fraa nie mogła wykrzesać z siebie odrobiny zaangażowania w historię Tony'ego.

I nie tylko jego. Fraa w żaden sposób nie zdołała się przywiązać do żadnej z zaprezentowanych w filmie postaci (no, oprócz wyżej wspomnianego diabła). Może dlatego, że wszystkie są do bólu typowe i nachalnie moralizatorskie w swojej wymowie.
Typ A: doktor Parnassus – zawiera pakt z siłami ciemności, pragnie rzeczy ponad miarę; morał: żyj po bożemu, nie zaprzedawaj duszy dla dziwacznych zachcianek.
Typ B: Valentina – dorastające dziewczę, w którym podkochuje się kolega, ale ona chce uciec od ojca, poznać świat i pewnie znaleźć bogatego, przystojnego męża; morał: szanuj ojca swego, nie szukaj szczęścia daleko, bo ono jest tuż-tuż.
Typ C: Anton – znaleziony na ulicy i przygarnięty przez doktora Parnassusa jako pomagier, podkochuje się w Valentinie; morał: uczciwą pracą i wytrwałością osiągniesz szczęście.
Typ D: Percy – jest prawie-karłem, więc jest mały i wredny, element humorystyczny; morał: Fraa przyzna, że nie ma tu pomysłu... „Mali ludzie są śmieszni” może być?
Typ E: Tony – fascynujący, tajemniczy, ma dar przekonywania, ale to tylko dlatego, że potrafi pięknie kłamać i zauroczyć kobiety; morał: nie ufać przystojnym amantom, są w głębi serca źli, lepiej kochać bezdomnego, uczciwego chłopca.

To wszystko jest podane w filmie bardzo łopatologicznie. Fraa nie cierpi nachalnego moralizatorstwa.

Podsumowując, Fraa bardzo się zawiodła. Spodziewała się zupełnie czegoś innego. Spodziewała się czegoś o wiele lepszego. Kiedy znajomi mówili: „Nie idź, jest beznadziejne”, Fraa mówiła: „E tam, zobaczymy, nie może być tak źle, przecież Terry Gilliam, no i jaka obsada, no i trailer wyglądał sympatycznie!” – teraz Fraa widzi, że bez mrugnięcia okiem dała się zrobić w człona, bo film naprawdę był beznadziejny.
A polski podtytuł („Człowiek, który oszukał diabła”) jest trochę absurdalny, bo co jak co, ale doktor Parnassus żadnego diabła nie oszukał akurat...

Co nie zmienia faktu, że Fraa nadal z przyjemnością ogląda trailer. Trailer jest przyjemny.





„– Percy, what would I do without you? 
– Get a midget.”

18:26, fraa_farara , Film
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2

Fraacja
Liczydło, a co!